Zbliżając się do muzeum zacząłem się jednak zastanawiać, czy to przypadkiem nie zlot fanów motoryzacji. Pojazdów było wszędzie pełno, a inwencji w parkowaniu nie brakowało. Co prawda jedna z uczestniczek szepnęła do ucha pana parkingowego, iż przydałby się megafon, aby poprosić kierowcę autka X, który zaparkował okrakiem na dwóch miejscach, by się zreflektował – ale to raczej tylko spotęgowałoby chaos.
Kierowcy więc radzili sobie jak mogli, generalnie świetnie, a organizatorzy mogli być zadowoleni, gdyż dopisała zarówno pogoda, jak i frekwencja. No i atmosfera. Idąc od strony jednego z parkingów zerkałem na miny obserwujących nas życzliwie autochtonów, chyba jednak lekko zaskoczonych, gdyż tłumy ciągnące do muzeum masowo przelewały się przez ich otwarte podwórka. Nie protestowali.
Ptakologia stosowana
Festiwal Ornitologiczny w ramach tegorocznej majówki zorganizowało miejscowe Muzeum Przyrodniczo-Łowieckie. Pomysł – powiedzmy to od razu – okazał się strzałem w dziesiątkę. Jeszcze idąc w tłumie i fotografując, usłyszałem od jednego z uczestników: – Ludzie spragnieni są takich wydarzeń. Myślę sobie, iż ludzie generalnie złaknieni są przyrody (czego mogą sobie choćby nie uświadamiać) – słowem: harmonii i spokoju, które przebywanie w niej gwarantuje.

fot. Dawid Tatarkiewicz
Uśmiech na twarzy pojawia się również podczas obserwowania naszych skrzydlatych sąsiadów. Wiosną są bardzo zajęci, nie należy im przeszkadzać. Niemniej, umiejętna obserwacja ich zachowań jest takim spędzaniem wolnego czasu, które od lat ma już swoją tradycję, a choćby piękną staropolską nazwę: birdwatching. I coraz więcej sympatyków. Sympatycy ci, zarówno doświadczeni, jak i początkujący, pojawili się dziś w uzarzewskim przypałacowym parku.
Nie będę tu wymieniał wszystkich atrakcji, ale były spacery ornitologiczne, niejedna wystawa fotografii przyrodniczej, atrakcje dla dzieci i dorosłych – choćby prace manualne z wikliną, glinką czy mozaiką. Można było dowiedzieć się nieco o obrączkowaniu ptaków, ornitologicznych pracach terenowych, a choćby posłuchać wykładów o próbach reintrodukcji dropia czy też restytucji cietrzewia i głuszca.
Zbiory muzealne
Muszę powiedzieć, iż z ciekawością wszedłem do wnętrz muzealnych. Eksponaty zrobiły na mnie spore wrażenie. Można tu w praktyce doświadczyć pojęcia skali. jeżeli bowiem wydaje nam się, iż o przyrodzie wiemy już małe co nieco, to gdy nagle staniemy przed masywnym niedźwiedziem brunatnym – iż tak powiem: oko w oko, ząb w ząb, to można zauważyć, iż z tym zwierzątkiem niekoniecznie chcielibyśmy się konfrontować w wersji „na żywo”.
To uczy pokory, uświadamia, iż są zwierzęta, które budzą czysto atawistyczny respekt. Należy do nich również żubr, a choćby wilk, w przypadku którego co większe osobniki też są niemałe. Trzeba nam nauczyć się na nowo mądrego współistnienia, bo droga wybijania charakterystyczna jest dla barbarzyńców pozbawionych elementarnej wiedzy o świecie.
Jeśli do tego dołożymy zetknięcie się – w innej sali – ze zwierzętami Afryki, to nagle, zwiedzając ekspozycję w jednym muzeum, uświadamiamy sobie inną skalę: różnorodności życia. A przecież to tylko skromny wybór z gromady ssaków. Kręgowców (szerszy takson) jest przecież znacznie więcej – co uświadamia nam bogaty zbiór papug, który muzeum otrzymało od państwa Smorawińskich. A to z kolei tylko wąska grupa reprezentantów z gromady ptaków.
Tak więc, to bogactwo form życia, które możemy oglądać w muzeum, robi wrażenie. Uświadamia, w jak pięknym i wciąż różnorodnym świecie żyjemy. Że nie jesteśmy na tym świecie sami i nie możemy bezrefleksyjnie niszczyć kolejnych siedlisk w imię rozwoju. Tę różnorodność należy pielęgnować, by całość mogła się samoodradzać i funkcjonować, jak to drzewiej bywało. Bo choć sporo już zniszczyliśmy (jako gatunek), to przyroda – na nasze szczęście – ma właśnie tę umiejętność: odradzania się. Gdyby jej nie miała, już dawno byłoby po nas…

fot. Dawid Tatarkiewicz
W tym miejscu podzielę się pewnym spostrzeżeniem: jako gatunek myślący (przynajmniej podług nazwy gatunkowej właśnie), wymyśliliśmy pojęcie „szkodnika”. Patrząc jednak z szerszej perspektywy, jedynym prawdziwym szkodnikiem w kontekście świata przyrodniczego jest – przykro mi to mówić – Homo sapiens.
Na szczęście w muzeum znaleźć można i przejawy geniuszu ludzkiego umysłu, serca i ducha. Ukazujące, iż człowiek potrafi. Jest chociażby unikatowy zbiór prac plastycznych wybitnego polskiego ornitologa XX wieku, profesora Jana Sokołowskiego.
Apogeum
Czas mijał i po pouczającym przedstawieniu dla dzieci, powoli zbliżał się czas Pierwszych Mistrzostw Wielkopolski w Naśladowaniu Ptasich Głosów. W szranki przystąpiło siedmioro konkurentów. W tym gronie znalazły się dwie przedstawicielki płci pięknej.
Prowadząca konkurs – przebrana za królową kruków – imponowała bystrością umysłu i asertywnością. Kiedy, w oczekiwaniu na powrót jury z obrad, musiała spontanicznie współpracować z publicznością – zwłaszcza z dziecięcą jej częścią – wszyscy bawili się świetnie. A kiedy, jeszcze przed werdyktem, okazało się, iż lawina dzieci chce pokazać swe wokalno-ptasie umiejętności, opanowała sytuację w sposób imponujący: zapraszając do występu całą gromadę dzieci (ptasząt) naraz.

fot. Dawid Tatarkiewicz
A co z konkursem? Tu każdy miał swoich faworytów. Ostatecznie, wygrali dwaj panowie naśladujący kruki. Dość udatnie – trzeba przyznać. Trzecie miejsce zajęła pani – pójdźka, która wśród tłumów zrobiła chyba największe wrażenie odzywając się wysokim i przejmującym głosem.
W moim odczuciu konkurs miał dwóch nieoczywistych zwycięzców – przedszkolaka, który nagle przeszedł koło mnie gruchając zupełnie niczym gołąb. A jako iż chodziłem wśród tłumów z aparatem fotograficznym, natknąłem się i na gołębicę – nastolatkę, również świetnie imitującą głosy gołębia. Coś mi się wydaje, iż w przyszłym roku śmiałków naśladujących ptasie głosy będzie wyraźnie więcej, a – tym samym – o zdobycie trofeum będzie znacznie trudniej.

1 godzina temu


