26 kwietnia, sobota
Mój zapis w dzienniku:
W każdym bloku mieszka pewna pani, co z okna krzyczy, gdy ktoś wącha papierosy pod jej oknem, twierdząc, iż całe korytarze pachną dymem. Ta sama dwukrotnie w nocy wyprowadza nastolatki z werandy, bo śpiewają w moim pokoju. Potem wysyła listy do zarządu spółdzielni, skarżąc się na brudny korytarz.
Jeśli takiej pani nie znacie to chyba ja. Tak, ja, Zła Sąsiadka. Nie mogę znieść sąsiadówopiekunów psów. Ich czworonogi zostawiają odchody w moim rabacie z begonii i piwonii. Jeszcze gorsze są ci, co dokarmiają bezdomne psy rozrzucają kupki, zakopują kości między kwiatami i nocą szczekają tak, iż jeszcze tydzień będę rozglądać się za ktotoszczeka. Nie wspominając o wiosennym wycie, które budzi mnie przed świtem.
Sąsiadów z kotami też nie lubię ich mieszkania wypełnia woń kociego żwirku. Gdy koty mają podwórkowy dostęp, to już prawdziwy koszmar. Raz wpadła kocica Burek na mój balkon, prawie doprowadziła mnie do wyblaknięcia, gdy wykrzyczałem na hałaśliwe dzieci z sąsiedniej klatki.
A te małe karły niczym szwajcarskie zegarki mnie przerażają. Nie rozumiem, po co je kochać i co z nimi robić. Jeden raz ciotka poprosiła, żebym zaopiekował się pięcioletnim bratem kuzyna. Ten w pół godziny wyjadł mi mózg łyżeczką do herbaty. Najpierw bawił się małą żółtą ciężarówką, potem po kilku minutach wpadł w obżarstwo, ale nie w kaszkę z pulpetami. Rozlał ją na stole, a gdy odwróciłem się, mały znalazł mój kosmetyczny zestaw i wyciągnął czerwoną szminkę Chanel. Przez piętnaście minut nie słyszałem go, a potem zjadł resztki mięsa, zostawiając w kuchni i korytarzu plamy w kształcie małych paluszków. Okazało się, iż mały nie powinien jeść dużo smażonych rzeczy wieczorem doprowadziło go to do wymiotów i acetonu. Na szczęście podano mu węgiel aktywowany i niedługo wrócił do zdrowia, a ja oddałem brata zmęczonej mamie.
Skandale z sąsiadami zaczęły się u mnie w wieku piętnastu lat, gdy pewna babcia przy wózku spojrzała na mnie, jakby chciała powiedzieć: Szlamona!. To mnie tak poruszyło, iż natychmiast zaczęłam wpychać do jej skrzynki pocztowej wszystkie ulotki, które znalazłam w niezamkniętych pudłach oknadrzwi, gazety o cudownych lekach, reklamy magnetycznych bransoletek na nadciśnienie. Przez miesiąc wypełniłam jej skrzynkę papierami, a kiedy szukała rachunku za prąd, wylany na nią sterta makulatury.
Lecz nie skończyło się na tym. Ukradłam jej rachunek i wydrukowałam falszywy, w którym dodałam jeden zero, żeby podwyższyć kwotę. Babcia poszła do Energa i pokłóciła się z operatorami, krzycząc o prawdzie. Od tego czasu mój konflikt przybrał nowy wymiar.
Gdy odzyskałam fragment rabatu pod oknem, po wielu próbach odkryłam, iż najlepiej rosną tam begonie nie zostaną skradzione przez zakochanych gołębi, a też nie przyciągają pijanych ich zapach odstrasza podwójniki. Pewnego słonecznego ranka na moim rabacie pojazd! Nie, nie w doniczce, ale samochód, którego przednie koła dotykały białego krawężnika, a masywny zderzak ciążył nad czerwonymi kwiatami. To było jak wyrok dla nieczułego złoczyńcy, który śmiał sięgnąć po moje najcenniejsze rośliny.
– Czyj to pojazd? zapytałam sąsiadkę, babcię Łucję, którą traktuję jak szpiega w zasadzce.
Łucja od rana siedzi na ławce po zakupach, karmiąc pięć kotów. Nic nie umyka jej oku, choćby mysz.
– To jakiś bandyta z piątego piętra odparła. Widać, iż już dawno zauważyła właściciela, ale nie chciała nikomu zdradzić.
– Kto to? dopytałem, bo znałem wszystkich w bloku, a żaden nie wyglądał jak przestępca.
– To syn babci, Marcin z mieszkania 43, chory na astmę, słabe nogi… opowiadała Łucja.
Po kilku minutach bezsensownej wymiany o chorobach, dotarliśmy do sedna w mieszkaniu 43 zamieszkał wnuk babci, który remontował tam. Zaczęło się w powietrzu jak zapach kłótni. Pobiegłem do windy, żeby wskazać nieznajomemu jego miejsce, ale drzwi nie otworzyły się. Samochód stał pod oknem, a drzwi pozostały zamknięte. Pukałem w zimną skórzaną tapicerkę, mając nadzieję, iż nie słyszy dzwonek. Nic.
Zostawiłem więc notatkę:
Szanowny nieznajomy, proszę natychmiast usunąć swój brudny samochód z mojego rabatu, w przeciwnym razie nie poniosę konsekwencji!
Wrzuciłem kartkę między drzwi a klamkę. Dzień minął, a ciężarówka wciąż górowała nad begoniami, drażniąc mnie coraz bardziej.
– Łucjo, pojawił się dziś ten sam bandyta? zapytałam, wpadła na mnie złość.
– Nie, przyjechał innym autem i po kilku godzinach odjechał skwitowała.
– Więc on sam jeździ innym samochodem, a ten zostawił tu swój dzban po kwiatach? wyraźnie się zdenerwowałam.
– Zadzwoń do niego zasugerowała Łucja. Numer zostawił, a kieruje nim szef.
– A co to za szef? podpytałam podejrzliwie.
– Przecież bandyci nie są uprzejmi zaśmiała się babcia. Zapytał o zdrowie moich kotów, bo ma przyjaciela z hurtowni ryb.
Wyobrażając sobie, iż korytarz zacznie pachnieć rybą, moje uczucia przeciwko bandytowi rosły. Dzwonię więc pod numer, a po drugiej stronie słyszę męski głos w niskim tonie:
– Co tam, dostałeś list? zapytał.
– Tak, po co nie usunąłeś swojego dzbana z mojego rabatu? odparłem.
– Zapomniałeś o jedynym słowie proszę odpowiedział spokojnie.
– Ostatni raz proszę, zabierz auto od moich kwiatów próbowałem być spokojny. Głos był tak przyjemny, iż chwilowo zapomniałem o gniewie.
– Nie zamierzam odparł z pewnością. Nie wjeżdżałem choćby na rabat.
– Poczujesz żal! obiecałem.
– Wątpię odparł.
Zakończyłem rozmowę, ale nie udało mi się zamiatać samochodu wzrokiem metal nie zgasł. Miałem jednak w zanadrzu sprawdzone środki przeciw szkodnikom. Następnego dnia właściciel jeździka zastał swój pojazd przybrudzony płatkami pszenicy, które rozrzuciłem wieczorem. Ptaszki przysiadały na dachu, a woda wylana na krawężnik zostawiła mokry ślad. Niestety, już po kilku godzinach samochód znów lśnił jak nowy, a przednie koła zostawiły na krawężniku czarne odciski, które przypominały blizny w moim sercu.
Wróciłem do mieszkania, gotów na zemstę, i ledwie nie potrąciłem rudy potwór kota sąsiadki, który z rybą w zębach wbiegł na mój balkon.
– Niosę rybę do mieszkania 43! mruknąłem do kota.
Tej nocy w całym bloku nie spało się dobrze koty z całej okolicy zebrały się przy drzwiach 43 i zorganizowały koncert. Działo się to dzięki małej butelce nalewki z walerianą, którą nalałem do szpary w drzwiach, by odstraszyć ich.
Koty wędrowały korytarzem, zamykając drzwi, i wyły pod nosem w kierunku właściciela, a jego łysiejąca głowa błyszczała w świetle lampy. Rano jego samochód pokryły pióra i odciski łap, a ja, choć wkurzony, wciąż czułem satysfakcję, bo plan się powiódł.
Następnego dnia wciągnąłem rękę do zamka, ale klucz nie chciał się wsuwać. Zrozumiałem, iż to nie ja, a ktoś inny zakłócił mechanizm pewnie sąsiad z dziurawym zamkiem. Zadzwoniłem po ślusarza, który po chwili otworzył drzwi, a ja, głodny zemsty, wróciłem do przygotowań kolejnej prankowni.
Rano kawa, którą zamówiłem w specjalnej kawiarni z Włoch, prawie wyleciała z filiżanki, gdy za drzwiami uderzyło mocno. Otworzyłem i stanąłem twarzą w twarz z sąsiadem, który wyglądał jak dawny działacz Patrioty krótko przycięte włosy, niebieskie dżinsy i zielona koszulka. Bez słowa chwycił mój płyn do mycia naczyń z aloesem i zaczął myć ręce przy zlewie.
– Nie mogłeś tego zrobić w domu? spytałem.
– Chciałem przyjść, bo drzwi twojej szafki się otworzyły odparł, podnosząc kuferek.
Zapytałem go o naprawę skrzyni w kuchni, a on od razu zaoferował, iż przyciągnie wosk do rąk. Użyłem woskowanego plastiku, by nasmarować klamki w jego samochodzie, i po chwili pożyczył mi moją ulubioną szklankę.
Rozmowa przeszła w żartobliwy ton, a on w końcu przyznał, iż wpadł w tarapaty, bo w mieszkaniu 43 włączył muzykę na całą noc i chciał się pomścić Łucji. Wspólnie postanowiliśmy naprawić drzwi szafy, a ja, za to, podzieliłem się kilkoma kęsami pierogów, które upiekłam wcześniej.
Wieczorem, po naprawie, spojrzałem na Łucję, która podeszła z tacą czekoladowych ciasteczek. Zgadło się, iż przyniosła je dla mnie, bo wiedziała, iż uwielbiam słodkości.
Kiedy zapukała do drzwi, zobaczyłem, iż to ten sam bandyta z samochodem. Tym razem nie wjechał gwałtownie, tylko delikatnie dzwonił dzwonkiem.
– Na twoim dywanie jest psia kupa powiedział, wskazując na plamę. Ja już ją rozgnieść nie mogę, więc bądź ostrożna.
Zabrał moją filiżankę z kawą i wyciągnął telefon, pytając:
– Gotowa, żeby zobaczyć, kto tu naprawdę wstąpił?
Wtedy włączono kamery w korytarzu dzięki temu, iż nasz sąsiad Sergei zamontował je po wczorajszym incydencie. Na monitorze widać było, jak babcia Łucja podchodzi do drzwi i zostawia tam prezenty kartki, listy, gazety. Po trzecim obejrzeniu filmu, wszyscy spojrzeli na siebie, nie rozumiejąc, po co to robiła.
– Porozmawiam z nią zaproponował Sergei. I zajdę wieczorem, żeby wyjaśnić.
– Rozmawiaj zgodziłem się, po raz pierwszy w życiu oddając komuś inicjatywę.
Wieczorem przygotowałem czekoladowe ciastka, choć miałem wątpliwości, czy dam radę zrzucić z siebie wrażenie. Sergei przyszedł po pracy, a ja, niecierpliwy, zapytałem:
– Co z tymi?
– Masz kakao? zapytał, sięgając po moje ciasto.
– Mam odparłem, otwierając półkę.
– Musisz naprawić drzwi w szafie zauważył, patrząc na jej przekrzywione zawiasy.
– Chcę! krzyknąłem, licząc na odszkodowanie za nerwy.
– Co z babcią Łucją?
– Nic specjalnego wzruszył ramionami. Mówiła, iż w mieszkaniu 40 była głośna i chciała się pomścić, ale pomyliła dywaniki.
Nie czułem wobec niej wielkiej wrogości, ale zemsta była potrzebna. To było jak święto, które niedługo miałam się wykonać. Sergei naprawił drzwi w szafie, a ja sprzątałem zgrzyt w łazience.
Nauczka z tego długiego, pełnego sprzeczności dni: nie warto tracić energii na ciągłe potyczki z sąsiadami, bo każdy ma swoje słabości i problemy. Lepiej znaleźć wspólny język, choćby przez kawę, ciastko i odrobinę humoru, niż żyć w nieustannej walce o własny rabat.
koniec wpisu.

16 godzin temu