Zdrada najbliższych
Daria po raz kolejny patrzyła z podziwem na brata i siostrę. Ależ oni byli piękni! Wysocy, czarne włosy, niebieskie oczy jak letnie niebo nad Mazurami. Znowu ich nagradzali wygrali kolejne zawody w Warszawie. Daria wstała, żeby zdążyć do nich pierwsza. Kuśtykając na prawą nogę, ruszyła za nimi, trzymając w dłoni własnoręcznie zrobione króliczki. W sukience i w kraciastych spodenkach dla brata i siostry na pamiątkę. Chciała im to dać, może choćby się ucieszą. Była niezgrabna, bardzo pulchna, rzadkie włosy spięte byle jak, na ustach serdeczny, trochę naiwny uśmiech.
Krystyna i Marek udawali, iż jej nie widzą. Przeciskała się przez tłum w ich kierunku.
Przepraszam, proszę przepuścić, to mój brat i siostra! wykrzyczała Daria, promieniejąc.
Krysia, patrz, jakaś gruba dziewczyna krzyczy, iż jest twoją siostrą. Serio? zapytała blond włosa koleżanka Krystyny, Liza.
Krystyna zerknęła za siebie i zobaczyła Darię.
Głupia tłusta przyszła. Pewnie mama kazała. Żenada pomyślała.
A na głos rzuciła od niechcenia:
Nie, oczywiście, mam tylko brata. Marka.
No właśnie, też się domyśliłam. Chce się podpiąć. Przyniosła wam jakieś zabawki, ubóstwo! zaśmiała się Liza.
Chyba nasza lokalna fanka. Liza, weź od niej te zabawki i dołącz do nas z Markiem, bo idziemy po nagrodę! rzuciła Krystyna i pociągnęła brata za rękę, przepychając się przez tłum.
Liza wzięła od Darii króliczki, obiecując, iż przekaże.
Dobrze! A ja na was poczekam w domu! Upiekę drożdżówki! wykrzyknęła Daria, kiwając się niefortunnie na nodze, i ruszyła w stronę wyjścia.
Masz, przekazałam ci. Powiedziała, iż będzie czekać w domu, drożdżówki upiecze. Sama jak drożdżówka wygląda. Krysia, to na serio nie wasza rodzina? dopytywała Liza.
Nie! Nie znam jej! Zawsze ktoś się pcha do nas, bo im się wydaje, iż będzie bliżej sławy. Chodź, mamy swoje sprawy! rzuciła Krystyna. Króliczków choćby nie dotknęła, tylko wylądowały w koszu na śmieci. Poszli po nagrodę.
Liza została oszukana Daria naprawdę była ich siostrą. Przyrodnią. Mama Krystyny i Marka, Irena, wzięła ją do siebie, gdy zginęła daleka krewna. Jechali wszyscy z wakacji Została tylko mała Daria. Z kontuzją nogi.
Irena była tak naprawdę siódmą wodą po kisielu, nazwiska inne, nikt bliższy nie chciał się podjąć. Ale ona zabrała Darię do siebie, choć rodzina była przeciw mąż i dzieci robili awantury, gdy się dowiedzieli. Krystyna i Marek wyrośli na rozpieszczonych, rodzice nie odmawiali im niczego.
Mamo, nie bierz jej! Jest gruba, utyka, głupia wstyd z nią się pokazać!
Dzieci, proszę, szkoda dziewczynki. Taka sama jest. Przecież ludzie przygarniają zwierzaki, to i my damy radę! przekonywała Irena.
Zgodziły się niechętnie. Pracowała jako kierowniczka sklepu, to ona utrzymywała dom. Ojciec, Zbigniew, był jej zastępcą praca lekka, więcej romansów na boku niż obowiązków. o ile Irena cokolwiek podejrzewała, nigdy nie komentowała Zbyszek był pięknym facetem jak z reklamy, dzieci zresztą podobne.
Daria rosła. Mała, zabawna, włosy jasno-blond. Oczy jakby niebieskie, prawie przezroczyste.
Ma jak mleko z błękitem, wodniste. Grubasek śmiała się Krystyna.
Daria była jak bułeczka okrągła, milutka z dołeczkami w policzkach, dobra jak chleb. Ale do zabawy jej nie wpuszczano. Brat z siostrą bawili się sami, wszystko zwalali na Darię wazon Marek stłukł, winna Daria. Krystyna przymierzała mamową bluzkę, szarpnęła i rozdarła też Daria winna. A ona choćby nie próbowała zaprzeczać kiwała głową i przepraszała, byle rodzeństwo nie oberwało. Przecież oni byli tacy piękni!
I tak naprawdę Irena też nie krzyczała na Darię, ale ojciec jak już się zaczął, to lecą iskry.
Po co, Irena, ją przygarnęłaś?! Wstyd przed ludźmi. Łazi po domu jak słoń. Syn i córka śliczni, ona taki pasztet! Kto ją zechce jak dorośnie, co?! darł się Zbigniew.
Daria słuchała zza drzwi, a potem szła do lustra. Nie lubiła swojego odbicia. Chciałaby być jak Marek i Krystyna. Ale
Do szkoły też ją posłali inną bliźniaki wymogły na matce, iż jak pójdą z Darią, przestaną się uczyć i będą uciekać z lekcji. Irena musiała ustąpić widziała, iż ten mostek, który z trudem budowała między rodzeństwem, niemal całkiem runął i nie mogła już nic zrobić.
Czas mijał. Marek i Krystyna wyjechali na studia. Daria poprosiła, by mogła zostać w domu.
Córcia, możesz iść na każdą uczelnię, ja ci zapłacę! Chcesz być projektantką? Tłumaczką? Kimkolwiek, moja kochana Daria! chciała wesprzeć ją Irena.
Daria przytuliła się do niej jak kotek, wtuliła policzek, objęła. I wtedy Irenie było ciepło na sercu. Rodzone dzieci z rzadka całowały matkę, a i to od niechcenia. Tylko z Darią czuła, iż coś ją naprawdę łączy.
Daria zawsze wychodziła po matkę do pracy, choćby gdy padało czy śnieg sypał. Witała ją na ganku albo siedziała w korytarzu na pufie. Mąż i dzieci zajęci swoimi sprawami choćby cześć nie powiedzieli. Irena kiedyś próbowała zwrócić uwagę:
Moglibyście czasem wyjść przywitać matkę! na co Krystyna wrzasnęła:
Mamo, jesteśmy zajęci! Ta głupia czeka, bo nie ma co robić. Ona choćby nie ma marzeń.
Daria podniosła bezbarwne oczy na matkę i szepnęła:
Mamo, mogę leczyć zwierzęta? Psy, koty, świnki morskie. Chcę zostać weterynarzem. U nas można się tego nauczyć.
Wybrała to, bo zawsze przynosiła do domu porzucone zwierzęta i opiekowała się nimi jak własnymi dziećmi. Jeden pies, ogromny, kudłaty, do złudzenia przypominał owczarka podhalańskiego został z nimi. Krystyna marudziła, bo chciała rasowego, ale tu mama stanęła po stronie Darii.
Wkrótce zdrowie Ireny zaczęło szwankować i musiała zostać w domu. Zbigniew, widząc iż kasa się kończy, gwałtownie uciekł do swojej nowej miłości właścicielki salonu fryzjerskiego, koleżanki Ireny.
Dzieci przyjeżdżały do matki głównie po pieniądze. Zawsze. Na szczęście miała spore oszczędności. Została przy niej tylko Daria; kuśtykając, codziennie gotowała pyszności, masowała mamie plecy, zaparzała zioła, a wieczory spędzały pod jabłonią przy herbacie. Wtedy Daria była naprawdę szczęśliwa.
Krystyna i Marek założyli własne rodziny. Mama pomogła im kupić mieszkania. I wszystko by szło dalej, gdyby nie to, iż Marek wrócił pewnej nocy, prawie płacząc: był zadłużony po uszy, musiał oddać ogromną sumę.
Skąd ja wezmę tyle pieniędzy? Pytałeś ojca? Chociaż skąd on też ma mieć Synu, choćby jakbym wszystko oddała, to nie wystarczy! Co robić? załamała ręce Irena.
No to koniec, nie masz już syna westchnął Marek.
Co ty mówisz, synku?! chwyciła go matka.
Wtedy podsunął pomysł: trzeba sprzedać dom pod Warszawą, wtedy starczy na długi.
Ale synku, a my? Ja z Darią? Gdzie się podziejemy?
Nie interesuje mnie, dokąd pójdzie ta tłusta niezdara. Sama na siebie niech zarabia. Wystarczy, dość już ją ciągnęliśmy! Ty będziesz mieszkać u mnie! Lidia się ucieszy! rzucił.
Lidia była żoną Marka. I Irena miała przeczucie, iż raczej nie będzie zachwycona tym pomysłem. Ale nie sprzeciwiła się syna trzeba było ratować Poprosiła tylko o jeden warunek: Daria jedzie z nią. Marek nie miał wyjścia i zgodził się. Tylko potem Daria podeszła do matki i powiedziała:
Mamo, jedź sama. Ja Przeprowadzę się do kogoś. Ktoś mnie zaprosił do siebie, nie martw się o mnie!
Jak to? Kto to jest? Powinnaś była powiedzieć, kochanie! Muszę go poznać! uśmiechnęła się Irena.
Poznasz później, mamo. Będzie dobrze! Daria objęła ją mocno.
Nawet Marek odetchnął nie musiał wciągać Krystyny w wymyślanie, jak pozbyć się Darii, bo miał gdzieś, żeby miała swój kąt.
Ale Daria skłamała. Nikogo nie miała. Po prostu czuła, iż nie jest mile widziana i jeszcze mama będzie się zamartwiać, a zdrowa już nie była. Nie chciała obciążać Ireny, którą kochała ponad wszystko. Wynajęła więc pokój u starego Pana Prochowskiego w swoim rodzinnym miasteczku. Był samotnym wdowcem dom, kury, kozy, świnki. Po prostu idealnie się uzupełniali z Darią. Kiedy się dowiedział, iż nowa lokatorka jest weterynarką, był przeszczęśliwy, choćby nie chciał brać czynszu. Daria jednak uparła się płacić. Ale i tak staruszek co miesiąc podsuwał jej pieniądze do torebki.
Wiodło jej się dobrze miała dach nad głową, szanowaną pracę, zwierzaki ją uwielbiały. Każdemu znajdowała dobre słowo. Po zabiegach raczyła psiaki, koty i świnki ulubionymi smakołykami ze swojej pensji.
No, Azorek, masz, słoneczko moje mówiła do każdego pacjenta Daria. Nie bójcie się, wszystko będzie dobrze! Jak coś, dzwońcie do Darii, o każdej porze!
Kochanie, choćby w szpitalu tak mnie nie witają jak ty mojego Bazylego! wzdychała pani Anna, właścicielka ogromnego puszystego kocura.
Daria kwitła. Tylko serce jej ściskało co u mamy? Dzwoniła, aż za często, ale ostatnio to Marek odbierał telefon i odpowiadał szorstko, iż mama odpoczywa.
Sama nie wiem Tak się stęskniłam. Już pół roku jej nie widziałam westchnęła Daria do Pana Prochowskiego na wieczornym podwieczorku.
To czemu nie pojedziesz? Dawaj, zabieram cię swoim maluchem! Maluch stary jak ja, ale jeździ! rzucił energicznie Prochowski.
Daria bardzo się ucieszyła. Miała adres Marka, więc pojechali. Długo dzwonili do drzwi. Otworzyła im wysoka blondynka w kusej szlafrokowej, przeciągająca się znudzona.
Czego? Nic nie kupujemy!
Lidia? Żona Marka? spytała z nadzieją Daria.
No, a kto pyta?
Daria. Siostra Marka. spróbowała wejść, ale blondynka zastąpiła jej drogę.
Hm. I po co cię tu? Nie mam czasu, kosmetyczka czeka.
Na chwilę tylko. To pan Prochowski, jest ze mną Chcę zobaczyć się z mamą i już mnie nie ma, nikomu nie przeszkodzę.
Nie ma jej tu. Marek ją zabrał. Do domu opieki. Straciła przytomność czasem, a kto miałby się nią zająć? On w pracy, ja mam własne zajęcia. Gdzie? Nie wiem, nie byłam jeszcze. Poczekaj Halo, Marek? Ta twoja Daria przyszła, z jakimś zgredem. Chce adres. No dobra. Zaraz napiszę, ale nie przyjeżdżajcie więcej.
Więcej Daria nie potrzebowała chwyciła karteczkę i z Prochowskim ruszyli w drogę.
Jak to Dlaczego mi nie powiedzieliście? Przecież Jakoś bym sobie poradziła szeptała w drodze.
Ależ dziewczyno, trzeba było mamę do nas! Dom duży, pokój jest. Nieładnie tak ludziom nie mówić! oburzył się pan Prochowski.
Na miejscu czy to możliwe, iż ta drobna, chuda staruszka z zapadłymi oczami to Irena, jej mama? Zawsze była pulchna, energiczna, rozumiała wszystkich, biegała za wszystkimi. Teraz bezradnie leży, patrząc w sufit.
Mamo! To ja, Daria! Najdroższa, wybacz, iż nie przyjeżdżałam O Boże, mamusiu! Zabiorę cię do domu! Do dziadka Prochowskiego on ma kury, będę ci smażyć jajecznicę dzień w dzień! Mleko od kóz dostaniesz! Od razu cię postawię na nogi! Mamusiu, kocham cię!
Dzięki dokumentom, Daria mogła zabrać mamę była jej córką. Pan Prochowski zarzucił, iż jak się nie zgodzą, to zadzwoni do przyjaciela generała w końcu był powstańcem. A Marek chciał, żeby matka już tam została na zawsze
Irena stanęła na nogi już po dziesięciu dniach. Podeszła do okna przed domem świnka Balbina spacerowała, kogut piała, pachniało mlekiem i drożdżówkami. Daria piekła je codziennie.
Daria wbiegła do pokoju, kulejąc, rzuciła się mamie na szyję i przepraszała, iż tak długo jej nie odwiedzała. Że teraz będą mieszkać razem, a nie z Markiem i Krystyną.
Irena ściskała ją długo znów widziała przed sobą małą, wesołą dziewczynkę. Nie swoją z krwi ale najlepszą, dobrą i troskliwą. Jedyne dziecko, które zostało przy niej do końca, gdy była nikomu niepotrzebna choćby własnym, pięknym i idealnym dzieciom.
Nic się nie martw, Daria, teraz już będzie dobrze, moja córeczko szeptała Irena.
Dziewczyny! No co, idziemy na herbatkę? wszedł do pokoju pan Prochowski.
A potem, śmiejąc się, wszyscy we troje poszli do kuchni. Do nowego życia.

2 godzin temu



