Zdrada własnych dzieci: Historia Darii, nielubianej siostry, która mimo upokorzeń zawsze wierzyła w …

polregion.pl 7 godzin temu

Zdrada własnych dzieci

Danutka patrzyła z zachwytem na swojego brata i siostrę, Olgę i Marcina. Jacy oni byli piękni! Wysocy, ciemnowłosi, o błękitnych oczach. Znów zostali nagrodzeni. Zwyciężyli po raz kolejny w zawodach sportowych. Podniosła się, by szybciej do nich podejść. Utykając na prawą nogę, ruszyła w ich stronę. Zrobiła dla Olgi i Marcina dwa króliczki jeden w spódniczce, drugi w kraciastych spodenkach. Chciała im je podarować. Niezgrabna, bardzo pulchna, z rzadkimi włosami spiętymi byle jak, z naiwnym uśmiechem na ustach, szła ku nim. Olga i Marcin udawali, iż nie widzą siostry. Ona z trudem przedzierała się przez tłum.

Proszę przepuścić! To moi brat i siostra! Proszę! wołała radośnie Danutka.

Olka, jakaś gruba dziewucha się tu drze, iż jest twoją siostrą. To prawda? zapytała Olgę jej koleżanka, jasnowłosa Ala.

Olga zerknęła przez ramię i zobaczyła Danutkę. W głowie przeleciała myśl: „Tłusta idiotka! Przyszła. Pewnie mama kazała. Co za wstyd!” Na głos powiedziała:

Nie, oczywiście. Mam tylko jednego brata, Marcina.

No, tak przypuszczałam. Przyszła się poprzytulać do waszego sukcesu. Przynosi jakieś badziewne zabawki zachichotała Ala.

Pewnie jakaś nasza lokalna fanka. Weź od niej te zabawki, Ala. My z Marcinem już idziemy! rzuciła Olga i pociągnęła brata za rękę, torując sobie drogę w tłumie.

Ala odebrała króliczki od Danutki, zapewniając, iż je przekaże.

Dobrze! Ja poczekam na was w domu! Upiekę racuchy! Danutka, utykając, ruszyła w swoją stronę.

Masz, przekazałam ci. Powiedziała, iż będzie czekać w domu, racuchów nasmaży. Sama wygląda jak racuch. Olka, to na pewno nie wasza rodzina? Po co ona się do was przykleja? dopytywała Ala.

Nie! Nie znam jej! Wiele osób do nas się przylepia, każdy chce być bliżej popularnych. Idziemy! rzuciła Olga, wyrzucając króliczki do śmietnika. Z przyjaciółką i bratem poszła odebrać nagrodę.

Oszukała przyjaciółkę. Danutka naprawdę była jej siostrą. Przyrodnią. Mama Olgi i Marcina, Irena Jankowska, przyjęła ją, gdy zginęła dalsza krewna. Wracali z wakacji całą rodziną Została tylko Danutka, mała, z urazem nogi.

W rzeczywistości Irena była bardzo daleką krewną ledwo kojarzoną, o innym nazwisku. Bliższa rodzina Danuty odmówiła przyjęcia dziewczynki. To Irena ją przyjęła, znosząc wcześniej histerię męża i dzieci. Kiedy dowiedzieli się, iż będzie miała siostrzyczkę, Olga i Marcin wręcz krzyczeli.

Mamo, nie bierz jej do domu! Gruba, kaleka, głupia! Wstyd z nią choćby chodzić!

Kochani, żal mi tej dziewczynki. Jest sama. Ludziska przygarniają psy i koty, a tu żywe dziecko Dom mamy duży, nie będzie przeszkadzać tłumaczyła Irena.

Zgodziła się rodzina niechętnie. Irena prowadziła sklep i to jej dochód utrzymywał dom. Ojciec był jej zastępcą, nie przejmował się niczym, wdawał się w romanse. A jeżeli Irena o tym wiedziała, to milczała Leonard był przystojny, dzieci wdały się w niego.

Danuta rosła. Mała i zabawna. Jasne włosy, oczy jak u brata i siostry, niby niebieskie, ale prawie przezroczyste.

Ona ma oczy jak mleko z błękitem. Tłusta! śmiała się Olga.

Danusia była jak bułeczka, pulchniutka, z dołeczkami w policzkach. Bardzo dobra i kochana. Ale zawsze musiała bawić się sama. Brat z siostrą jej nie chcieli. Ba, obrywało jej się za wszystko. Marcin stłukł drogą wazę, Olga rozdarła mamie bluzkę zawsze winna była Danusia.

A ona nie zaprzeczała, kiwała głową i przepraszała. Wiedziała, kto zawinił, ale nie chciała, by brata i siostrę ganiono, bo byli tacy piękni!

Zresztą, Irena Danuty także nie karciła. Ale ojciec wybuchał.

Po co brałaś to straszydło do domu! Wstyd gościom pokazać! choćby chodzić nie potrafi, waży jak cielak. Syn i córka piękni jak z obrazka, po co ci ta marna dziewucha? Inni byli mądrzejsi i jej nie wzięli. Komu ona będzie potrzebna, jak dorośnie? krzyczał Leonard.

Danusia słuchała zza drzwi. Później szła do lustra. Nie lubiła swojego odbicia. Chciała być jak Marcin i Olga. Ale

Do szkoły zapisali ją gdzie indziej. Bliźniaki wymogły to na matce zagrozili, iż będą wagarować i zaniżać oceny. Irena musiała się zgodzić. Wiedziała, iż most, który z takim trudem budowała między swoimi dziećmi a przybraną córką, prawie runął I była bezradna.

Czas mijał. Marcin i Olga wyjechali na studia. Danuta poprosiła, by mogła zostać w domu.

Ależ córciu, możesz iść wszędzie! Ja wszystko opłacę! Kim chcesz być? Projektantką, tłumaczką? przytuliła ją Irena.

Danusia jak kotek otarła się o matczyny policzek i objęła ją. Irena zaraz poczuła spokój. Własne dzieci tylko od niechcenia musnęły ją w policzek. Z Danusią była zupełnie inna, ciepła więź.

Ona też zawsze na mamę czekała. Choćby Irena wracała bardzo późno, Danusia czekała na podwórku albo siedziała na korytarzu na pufce. Ojciec i dzieci zajęci sobą, choćby nie schodzili na powitanie. Gdy Irena próbowała zwrócić im uwagę, Olga rzucała:

Mamo, my jesteśmy zajęci! A ta głupia czeka jak piesek, bo nie ma co ze sobą zrobić i o niczym nie marzy.

Danusia podnosiła na matkę przezroczyste oczy i szeptała:

Mamusiu, czy mogę leczyć zwierzaki? Psy, kotki, chomiki, świnki. Chcę być weterynarzem, u nas też można się tego uczyć.

Ten wybór był zrozumiały, bo zawsze przygarniała zwierzęta: koty, psy, leczyła, szukała im domów. Jeden duży, kudłaty pies został na stałe. Olga się buntowała marzyła o rasowym, ale Irena stanęła po stronie Danusi.

Tak żyły. niedługo przez zdrowie Irena musiała zostać w domu. Mąż, widząc, iż pieniądze mogą się skończyć, uciekł do przyjaciółki żony, właścicielki salonu fryzjerskiego.

Dzieci przyjeżdżały tylko po pieniądze matki. Oszczędności były, więc korzystali. Danutka została na miejscu. Kuśtykając, gotowała mamie pyszności, robiła masaże, parzyła zioła. Wieczorami siadały pod jabłonią, piły herbatę. I wtedy Danusia była najszczęśliwsza.

Olga i Marcin założyli rodziny. Matka pomogła im kupić mieszkania. Ale potem przyszedł kryzys. Syn przyjechał nocą, łkając, iż wpadł w długi. Potrzebna była ogromna suma.

Skąd wziąć tyle pieniędzy? Pytałam ojca, nie ma. choćby gdybym oddała wszystko, nie wystarczy. Co robić? rozpaczała Irena.

No to już nie masz syna uśmiechnął się Marcin.

Jak to? Co ty mówisz, synku? mocno go przytuliła.

Marcin podsunął rozwiązanie: sprzedać dom. Wtedy odda długi i zostanie jeszcze trochę.

Ale synku A gdzie my z Danusią pójdziemy? wystraszyła się matka.

Co mnie to obchodzi? Niech ta gruba sama sobie radzi. A ciebie wezmę do siebie! Kasia się ucieszy! uśmiechnął się Marcin.

Kasia, żona Marcina, i tak była z tego niezadowolona, ale Irena się nie sprzeciwiała. Trzeba ratować syna! Postawiła tylko warunek Danusia jedzie z nią. Marcin musiał się zgodzić. Ale potem Danusia powiedziała matce:

Mamusiu Ty pojedź sama. A ja przeprowadzę się do znajomego. On od dawna mnie zaprasza. Nie martw się o mnie!

Jak to? Kto to taki? Powinnaś mi powiedzieć, Danusiu! Irena była zdziwiona.

Jeszcze się poznacie. Nie przejmuj się, mamo! objęła ją Danutka.

Marcin też się ucieszył, bo nie musiał angażować Olgi, by wymyślać, jak pozbyć się Danusi, której zupełnie nie chciał w domu.

Danusia jednak skłamała. Nikogo nie miała. Wyczuła swoim wrażliwym sercem, iż nikt nie czeka na nią pod dachem brata. A mama mogłaby przez to jeszcze bardziej cierpieć. Nie chciała sprawiać kłopotów.

Wynajęła pokój u starszego pana, Stefana. Ten był samotny, ciężko mu było już samemu mieszkać, szukał kogoś do pomocy. Miał dom ze zwierzętami kury, kozy, świnki. Z Danutką się idealnie dogadali. Gdy się dowiedział, iż jest weterynarzem, ucieszył się tak, iż chciał nie brać czynszu. Ale Danuta się uparła, a on i tak wciskał jej pieniądze do torebki.

Życie jej się poukładało. Miała pracę, ludzie ją szanowali, zwierzęta ją uwielbiały. Spokojnie poddawały się zabiegom, zawsze znalazła dla nich dobre słowo i nagradzała smakołykami kupionymi za własne złote.

No, Szarik, kochanie, proszę, co ci Danusia przyniosła! Nie bój się, maleńki. Kropelki już podałam. Dzwońcie w razie czego o każdej porze! mówiła Danusia właścicielom.

Oj, kochana. W szpitalu mnie tak nie traktują jak ty mojego Felka! Złota dziewczyna z ciebie! chwaliła Anna Kowalska, właścicielka pięknego kota.

Danusia promieniała. Ale serce ją ściskało co z mamą? Często dzwoniła, ale matka przestała odbierać. Czasem telefon podnosił Marcin i szorstko mówił, iż matka odpoczywa.

Nie wiem. Tak tęsknię. Od pół roku jej nie widziałam westchnęła Danusia wieczorem przy herbacie ze Stefanem.

A czemu nie pojedziesz? Chodź, zabiorę cię. Mam swoją ładzinkę. Stara jak i ja, ale jeździ! zaproponował Stefan.

Danutka aż się rozpromieniła. Miała adres Marcina. Pojechali razem. Długo pukali. W końcu otworzyła im wysoka blondynka w szlafroku.

Czego chcecie? Sprzedajecie coś? Nie potrzebujemy! próbowała zamknąć drzwi.

Pani musi być Kasią? Żoną Marcina? zapytała Danusia.

Tak dodała z niecierpliwością Katarzyna.

A kto pani? spytała chłodno.

Danuta! Siostra Marcina próbowała wejść, ale Kasia zastawiła przejście.

A po co tu przyszłaś? Ja zaraz do kosmetyczki, nie mam czasu podniosła brwi.

Ja tylko na chwilę. To pan Stefan, mój sąsiad. Chcę zobaczyć się z mamą. Pójdę od razu, nie będę przeszkadzać przekonywała Danutka.

Nie ma jej tu. Marcin ją wywiózł. Do domu opieki. Zasłabła całkiem. On pracuje, ja swoje sprawy mam. Dokąd? Skąd mam wiedzieć. Zaraz do niego zadzwonię. Halo, Marcin? Tu przyszła ta twoja Danuta z jakimś starym dziadem. Chcą adres. Dobrze. O, zapiszę na karteczce. I więcej tu nie przyłaźcie! rzuciła Katarzyna, pryskając w powietrze drogimi perfumami.

Danutka wybiegła ze Stefanem na schody.

Jak to Czemu mi nie powiedzieli?! Przecież jakoś bym ją zabrała szepnęła.

Co ty wygadujesz! Mamę trzeba było dać do nas! Mam pokój wolny! Musieli ci to wszystko powiedzieć! oburzał się Stefan.

Pojechali pod podany adres. Czy ta wychudzona starsza pani z zapadniętymi oczami to naprawdę mama Danuty? Przecież Irena była postawną, pogodną, nieustannie zajęta rozwiązywaniem rodzinnych problemów. Teraz bezwładnie leżała na poduszce, gapiąc się w sufit.

Mamusiu! To ja, Danuta! Wybacz, iż nie przyjeżdżałam. Nie mam usprawiedliwienia! Zabiorę cię do domu! Do Stefana! Ma kury, a ja będę robić ci jajecznicę i poić kozim mlekiem! Zaraz cię postawię na nogi! Kocham cię, mamusiu!

I udało im się zabrać mamę do domu. Danuta była przecież jej córką według papierów. Stefan zagroził, iż zadzwoni do znajomego generała z czasów wojny, jeżeli nie pozwolą zabrać Ireny. Marcin załatwił, żeby matka została tam na zawsze

Po dziesięciu dniach Irena wyszła z łóżka. Podeszła do okna. Na podwórku spacerowała świnka Balbina, kogut piała, pachniało mlekiem i świeżymi racuchami. Danuta wbiegła do pokoju, utykając, zobaczyła matkę. Ta stała i płakała. Danutka niezdarnie do niej podeszła, objęła, przepraszała, iż tak długo jej nie odwiedziła. Martina i Olgę, piękne i spełnione dzieci, los oddzielił od matki, a przy niej została tylko ta, najdelikatniejsza.

Irena milcząc tuliła córkę do siebie. Jakby znów widziała małą, śmieszną Danutkę. Niekrewna, ale najbliższa sercu. Jedyna, która została na starość, gdy nie była już potrzebna tym pięknym, spełnionym dzieciom.

Nic się nie martw, Danusiu. Teraz wszystko nam się ułoży szeptała Irena.

Dziewczyny! No chodźcie, czas na herbatkę! wszedł Stefan.

Roześmiali się i trzymając się za ręce, we trójkę przeszli do kuchni. I zaczęli nowe życieW kuchni czekały dwie parujące filiżanki i talerz rumianych racuchów. Danusia gwałtownie dolała mamie gorącej herbaty z sokiem malinowym, a Stefan pokroił właśnie świeżo upieczoną szarlotkę. Przez otwarte okno wlatywał zapach nagrzanej trawy i szczebiot ptaków. Irena patrzyła na to wszystko ze wzruszeniem: Stefan z delikatnością przysuwał jej krzesło, a Danuta opowiadała o najnowszych psotach Balbiny, śmiesznie przeplatając słowa śmiechem i troską.

Chwilę później usiedli razem przy stole, milcząc przez moment, jakby bali się spłoszyć tę ciszę pełną dobra. Irena położyła rękę na dłoni Danusi.

Widzisz, córciu, czasem serce lepiej widzi niż oczy. Byłaś zawsze moim światłem, choć wszyscy patrzyli na ciebie jak na cień.

Danusia uśmiechnęła się przez łzy.

Mamusiu, teraz będziemy dla siebie światłem, dobrze? Ja, ty i Stefan. I wszystkie nasze zwierzaki.

Oczywiście! roześmiał się Stefan. Bo w tej chałupie już nigdy nie zabraknie racuchów, miłości i śmiechu!

Zapach szarlotki rozchodził się po domu, a przez uchylone drzwi zwinnie przemknął Chrupek, ulubiony kot Danusi. Usadowił się wygodnie na kolanach Ireny, mrucząc cicho, jakby chciał powiedzieć: „Nareszcie wszyscy jesteśmy w domu”. I już nic nie trzeba było mówić.

Słońce zalało kuchnię złotem, a razem z nim rozlało się po sercach ciche, pewne szczęście takie, które nie wybiera najpiękniejszych, tylko najwierniejszych.

Idź do oryginalnego materiału