Zdrada własnych dzieci Danutka kolejny raz patrzyła z zachwytem na brata i siostrę. Jakże byli piękni! Wysocy, czarnowłosi, o niebieskich oczach. Znowu byli nagradzani. Wygrali kolejne zawody. Danutka wstała, żeby zdążyć jako pierwsza. Kuśtykając na prawą nogę, ruszyła tam. Uplotła dla braciszka i siostry dwa zajączki – w spódniczce i w kratkowych spodenkach. Chciała im je podarować. Niezgrabna, bardzo pulchna, rzadkie włosy podpięte, na ustach prostolinijny uśmiech. Krystyna i Marek udawali, iż nie widzą siostry. Przebijała się do nich z całych sił. – Przepuśćcie, proszę! To mój brat i siostra! – wołała radośnie Danutka. – Krysia, jakaś gruba dziewczyna krzyczy, iż jest waszą siostrą. To prawda? – odezwała się do Krystyny koleżanka, jasnowłosa Eliza. Krystyna spojrzała przez ramię i zobaczyła Danutkę. – Głupia tłusta! Przylazła. Mama pewnie kazała. Wstyd! – pomyślała. A na głos powiedziała: – Nie, oczywiście. Mam tylko jednego brata – Marka. – No, tak myślałam. Chce się podłączyć. Jakaś nędza! Jeszcze wam jakieś zabawki wciska – zaśmiała się Eliza. – Pewnie nasza miejscowa fanka. Weź zabawki, Liza. Dogonisz nas potem, idziemy z Markiem! – Krystyna posłała całusa, chwyciła brata za rękę i razem przeciskali się przez tłum. Eliza zabrała Danutce zajączki, zapewniając, iż przekaże. – Dobrze! A ja w domu na was poczekam! Upiekę drożdżówki! – i dziewczynka, kulejąc, odeszła w swoją stronę. – Masz, przekazałam ci. Powiedziała, iż będzie w domu czekać, drożdżówek napiecze. Sama jest jak drożdżówka. Krysia, to na pewno nie wasza rodzina? Po co ona się was czepia? – dopytywała Eliza. – Nie! Nie znam jej! Dużo osób się do nas przyplątuje, chcą być bliżej sławy chyba. Chodźmy już! – rzucając zajączki do kosza, Krystyna z przyjaciółką i Markiem udali się na rozdanie nagród. Oszukała koleżankę. Danutka była naprawdę jej siostrą. Przyrodnią. Mama Krystyny i Marka, pani Irena, przygarnęła ją po śmierci dalekiej krewnej. Wszyscy wracali z wakacji… I Danutka została sama. Mała, z urazem nogi. Tak naprawdę pani Irena była bardzo daleką rodziną – jak to się mówi, „dziesiąta woda po kisielu”. choćby nazwiska miały różne. Bliżsi krewni odmówili opieki. Ale ona przyjęła Danutkę. Wytrzymała przedtem histerię męża i dzieci. Kiedy dowiedzieli się, iż będą mieć siostrę, krzyczeli na cały dom. Krystyna i Marek dorastali jako rozpieszczone dzieci, rodzice im na wszystko pozwalali. – Mamo, nie bierz jej do nas! Jest gruba, kulawa, głupia. choćby iść z nią obok wstyd! – Córeczko, syneczku, szkoda dziewczynki. Całkiem sama. Ludzie przygarniają psy i koty, a tu żywy człowiek, dziecko. Nie przeszkodzi nam, dom przecież duży! – tłumaczyła pani Irena. Niechętnie się zgodzili. Irena była kierowniczką sklepu i głównie z niej rodzina miała dochody. Ojciec dzieci był jej zastępcą i za bardzo się nie przemęczał, ciągle też miał jakieś romanse. jeżeli Irena o tym wiedziała, to milczała – jej Leon był bardzo przystojny, dzieci wyglądali jak on. Danusia dorastała. Mała, śmieszna, z jasnymi włosami. Oczy jak miała brat i siostra, błękitne, aż przezroczyste… – Ma je jak mleko z niebieskim. Grubaska! – śmiała się Krystyna. Była jak bułeczka. Pulchna, ładniutka, z dołeczkami na policzkach. Bardzo dobra. Ale bawić się musiała sama. Brat i siostra nie chcieli jej przyjmować do swoich zabaw. I często zwalali na nią winę za swoje psoty. Marek stłukł cenną wazę – powiedział, iż Danusia. Krystyna zaczepiła maminy sweter, znów wszystko zrzucili na Danutkę. A ona nie zaprzeczała. Kiwając tylko głową i przepraszając. Wiedziała, kto winny, ale nie chciała, żeby na rodzeństwo matka się gniewała. Prawdziwa mama – pani Irena – też jednak nie karciła Danutki. Za to ojciec często miał pretensje. – Po co ci było ją tutaj sprowadzać! Wstyd przed gośćmi! Nie chodzi jak człowiek, waży jak słonik. Synek i córcia śliczni, to dla kontrastu przygarnęłaś tę niedołęgę? Wszyscy inni byli mądrzejsi, nie wzięli. A ty? Komu ona będzie potrzebna, gdy dorośnie? – wrzeszczał Leon. Danusia słuchała za drzwiami. A potem podchodziła do lustra. Nie lubiła swojego odbicia. Chciała być taka piękna jak Marek i Krysia. Ale… Do szkoły zapisali ją do innej placówki – bliźniaki wymusiły to na matce, grożąc, iż będą uciekać z lekcji. Pani Irena ustąpiła. Chociaż widziała, iż most, jaki tak długo starała się budować między własnymi dziećmi a przybraną córką, praktycznie runął… I nie mogła nic zrobić. Płynęły lata. Marek i Krystyna wyjechali na studia. A Danusia poprosiła mamę, żeby została w domu. – Córeczko, możesz studiować gdzie chcesz, ja wszystko zapłacę! Chcesz być projektantką, tłumaczką, kim zapragniesz, Danusiu? – pani Irena przytuliła ją mocno. Danutka, jak kociak, musnęła policzek mamy i objęła ją. Kobieta od razu spokój czuła. Własne dzieci całowały ją tylko od niechcenia. Nie było między nimi tej czułości, która pojawiała się z Danutką. Z pracy zawsze wychodziła jej naprzeciw. Bywało, pani Irena wracała późno, a Danusia już czekała pod domem. Albo siedziała w przedpokoju na pufie. Mąż i dzieci zajęci swoimi sprawami choćby nie przychodzili, nie witali matki. Spróbowała kiedyś zwrócić uwagę, ale Krystyna odkrzyknęła: – Mamo, przecież jesteśmy zajęci! A ta głupia czeka, bo i tak nie ma nic do roboty! I choćby nie marzy o niczym. Danutka podniosła na mamę swoje prawie przezroczyste oczy i wyszeptała: – Mamo, mogę leczyć zwierzęta? Psy, koty. Chomiki, prosiaczki. Chcę być weterynarzem. U nas w mieście można się tego nauczyć. Wybór był zrozumiały – Danusia zawsze zbierała i przygarniała zwierzaki. Koty, psy, gołębie. Opiekowała się nimi i oddawała w dobre ręce. Jeden pies – duży, kudłaty, został z nimi na stałe. Krystyna narzekała, bo chciała rasowego, ale Irena stanęła po stronie przybranej córki. I tak żyli. Wkrótce, przez zdrowie, pani Irena musiała zostać w domu. Mąż, widząc, iż pieniądze się kończą, gwałtownie odszedł do przyjaciółki żony, właścicielki salonu fryzjerskiego. Dzieci przyjeżdżały głównie, gdy potrzebowały pieniędzy. Matka miała oszczędności. Przy niej była tylko Danusia. Kulejąc, gotowała mamie codziennie pyszne rzeczy, parzyła zioła, robiła masaże. Wieczorami piły herbatę pod jabłonią. I wtedy Danusia była najszczęśliwsza na świecie. Krystyna i Marek założyli rodziny. Mama pomogła im przy zakupie mieszkań. Ale potem przyszły kłopoty. Syn przyjechał nad ranem, prawie płacząc, iż wpadł w wielkie długi. – Skąd tyle wziąć… U ojca pytałam, nie ma nic. Synku, choćby jeżeli wszystko dam, to choćby dziesięć procent nie uzbieram! Co robić? – No to tyle, już nie masz syna – uśmiechnął się ironicznie Marek. – Co mówisz, kochanie? – matka przytuliła go do siebie. Marek podsunął rozwiązanie – sprzedać dom. Wtedy starczy na wszystko. – Synu… A gdzie my? Ja i Danusia? Gdzie my się podziejemy? – zmartwiła się matka. – A gdzie pójdzie ta tłusta głupia, mnie nie obchodzi. Już dawno dość na nas wisiała. Ty zamieszkasz z nami! Z Lerką! – ucieszył się Marek. Lerka to była jego żona. I pani Irena mocno wątpiła, czy będzie zadowolona. Ale się nie sprzeczała. Trzeba ratować syna! Postawiła tylko warunek: Danutka jedzie razem z nią. Marek musiał się zgodzić. Ale Danutka przyszła do matki i powiedziała: – Mamo… Jedź sama. Ja się wyprowadzam do pewnej osoby. Już od dawna mnie zaprasza. Nie martw się o mnie! – Jak to? Kto to? Musisz mnie przedstawić! Czemu nie mówiłaś? – uśmiechnęła się pani Irena. – Później poznasz. Nie martw się, mamo! – przytuliła ją Danutka. Marek się ucieszył – nie musiał już, razem z Krystyną, wymyślać sposobu, jak pozbyć się Danutki. Ale Danusia skłamała. Nie miała nikogo. Po prostu czuła, iż nie ma tam dla niej miejsca, a mama by się tylko przez nią zamartwiała, a już i tak była schorowana. Nie chciała jej niepokoić, bo kochała ją najbardziej na świecie. Znalazła pokój do wynajęcia w starym domu, u samotnego pana Przemyka. Coraz ciężej mu było samemu, więc szukał lokatora. I idealnie się dogadali – bo w domu były kury, kozy, prosiaki. Gdy się dowiedział, iż Danusia jest weterynarzem, nie chciał brać pieniędzy. Ale Danusia nalegała. On i tak oddawał jej pieniądze ukradkiem… Ułożyło jej się w życiu. Dom, praca, szacunek ludzi. Zwierzęta ją uwielbiały – dla wszystkich miała dobre słowo i przysmak po zabiegu, kupiony za własne pieniądze. – No, Szarik, chodź, słoneczko! Mam dla ciebie coś pysznego. Nie bój się, dam lekarstwo, ale z miłością! Zadzwońcie, jak coś będzie nie tak! – mówiła Danutka. – Oj, kochana, mnie w szpitalu tak nie witają, jak ty mojego Barsika! Złota dziewczyno! – kiwała głową pani Ania, właścicielka rasowego kota. Danusia kwitła. Ale serce się niepokoiło – co z mamą? Dzwoniła, często, ale matka nie chciała z nią rozmawiać. Ostatnio telefon odbierał Marek, burkliwie stwierdzając, iż matka odpoczywa. – Tęsknię… Pół roku nie widziałam mamy – westchnęła Danusia do pana Przemyka podczas wieczornej herbaty. – A czemu nie pojedziesz? Zabiorę cię! Mam starego „Malucha”, ale jeszcze daje radę! Ja mam prawo jazdy – zaproponował pan Przemyk. Danusia się ucieszyła. Miała adres Marka. Pojechali. Długo pukali. Otworzyła wysoka blondynka, ziewając w szlafroku. – Kto tam? Nic nie chcemy kupić! – próbowała zamknąć drzwi. – Pani Lera? Żona Marka? – spytała Danusia. – Tak… – przeciągnęła dziewczyna. – A pani kto? – Jestem Danusia! Siostra Marka! – próbowała wejść, ale Lera zastawiła drogę. – Hm. I co tu chcesz? Mam kosmetyczkę zaraz, nie mogę, – fuknęła Lera. – Na chwilkę tylko. To pan Przemyk, jest ze mną. Gdzie mama? Chcę się zobaczyć, zaraz pójdę. – prosiła Danusia. – Nie ma jej tu. Marek zawiózł. Gdzie? Do opieki. Zachorowała, potrzebuje pielęgnacji. On jest w pracy, ja mam swoje sprawy. Nie wiem, gdzie dokładnie, nie byłam tam. Zaraz zadzwonię. Halo, Marek? Ta twoja siostra tu przyszła. Z jakimś dziadkiem. Chcą adres. Ok, podam. Ale więcej nie przyjeżdżajcie! – rzuciła, chuchając zapachem drogich perfum. Danusia nie słuchała, złapała karteczkę i razem z panem Przemykiem zeszła na dół. – Jak mogli mi nie powiedzieć? Co ja zrobię… Ale przecież bym coś wymyśliła! – szeptała Danusia. – I co? Mamę byśmy wzięli do siebie! Mam wielki dom, pokój czeka! Powinni byli się odezwać! – oburzał się pan Przemyk. Pojechali. Czy to naprawdę ta wychudzona staruszka z zapadniętymi oczyma była dawną panią Ireną? Dawniej wysoka, okrągła, uśmiechnięta kobieta, zawsze zajęta pomocą… Teraz leżała pozbawiona sił. – Mamo! To ja, Danusia! Mamusiu, wybacz, iż nie przyjeżdżałam. Myślałam… Nie mam usprawiedliwienia! Mamo, chodź ze mną! Pojedziemy do pana Przemyka! Ma kury! Będziesz jeść jajecznicę, pić kozie mleko, zaraz ci się poprawi. Mamusiu, kocham cię! Zabrali panią Irenę do domu. Danusia miała pełne prawa jako córka, a pan Przemyk postraszył zaawansowanymi „znajomościami” z wojska, grożąc choćby interwencją. A Marek umówił się, żeby mama została tam na zawsze… Pani Irena po dziesięciu dniach stanęła na nogi. Otworzyła okno: na podwórzu przemykała świnka Balbinka, wrzeszczał kogut, pachniało trawą i mlekiem, i drożdżówkami, które piekła Danutka. Wbiegła do pokoju, kuśtykając, objęła mamę. Ta stała i płakała. Danusia tuliła ją i przepraszała, iż tak długo nie przyjeżdżała, iż muszą żyć razem, nie z Markiem ani Krystyną. Pani Irena milcząc przytulała ją do siebie. Jakby znów widziała tę małą, śmieszną dziewczynkę, co nie była jej z krwi, ale była jedyną dobrą i troskliwą, która została przy niej na starość, kiedy nie była już potrzebna pięknym i odnoszącym sukcesy dzieciom. – Nic się nie martw, Danusiu. Teraz wszystko będzie dobrze. Nic się nie martw, córeczko – szeptała pani Irena. – Dziewczyny, co? Czas na herbatkę! – wszedł pan Przemyk. Zaśmiali się i wszyscy troje poszli do pokoju. I zaczęli nowe życie…

4 godzin temu

Zdrada własnych dzieci

Danutka znowu patrzyła z podziwem na brata i siostrę. Jak oni byli piękni! Wysocy, ciemnowłosi, o błękitnych oczach. Znowu ich nagradzano w konkursie. Odnieśli kolejne zwycięstwo. Danutka wstała, by zdążyć jako pierwsza. Kuśtykając na prawą nogę, ruszyła w ich stronę. Zrobiła dla brata i siostry dwa króliczki jednego w spódniczce, drugiego w kraciastych portkach. Chciała im je podarować. Nieporadna, bardzo pulchna, z rzadkimi włosami ledwo upiętymi wsuwką, z naiwnym uśmiechem na ustach. Karolina i Marek udawali, iż jej nie widzą. A ona z całych sił przedzierała się przez tłum.

Proszę, przepuśćcie mnie! To mój brat i siostra! Puśćcie! wołała radośnie Danutka.

Karolciu, jakaś gruba dziewczyna krzyczy, iż jest waszą siostrą. To prawda? zwróciła się do Karoliny jej koleżanka, blond włosa Monika.

Karolina zerknęła przez ramię i dostrzegła Danutkę.

Głupia klucha! Przyszła. Mama pewnie kazała. Wstyd! pomyślała.

Na głos powiedziała:

Nie, oczywiście, iż nie. Mam tylko jednego brata, Marka.

No właśnie, myślałam. Pewnie się chce podczepić. Żałosna. Jeszcze wam jakieś zabawki daje zachichotała Monika.

Chyba to jakaś nasza lokalna fanka. Weź od niej te zabawki, Mono. Dogonisz nas, my z Markiem idziemy! Karolina posłała powietrzny buziak i chwytając brata za rękę, zaczęła wychodzić z tłumu.

Monika odebrała króliczki od Danutki, zapewniając, iż przekaże.

Bardzo dobrze! A ja będę na was czekać w domu! Upiekę wam drożdżówki! dziewczynka, kulejąc, odeszła na bok.

Masz, przekazałam. Powiedziała, iż będzie czekać w domu, upiecze drożdżówki. Sama jest jak drożdżówa. Karolcia, to naprawdę nie wasza rodzina? Skąd ona się do was pcha? dopytywała się Monika.

Nie! Nie znam jej! Pełno takich, co chcą być bliżej sławy. Chodź już! rzuciła Karolina, wrzucając króliczki do kosza na śmieci, po czym ruszyła z przyjaciółką i bratem na scenę po odbiór nagrody.

Skłamała Monice. Danutka naprawdę była jej siostrą. Przyrodnią. Mama Karoliny i Marka, Irena Sławińska, przygarnęła ją po śmierci dalekiej krewnej. Całą rodziną wracali z wakacji, wydarzył się wypadek Tylko Danutka przeżyła. Mała, z poważną kontuzją.

Tak naprawdę Irena była zaledwie dalszą krewną. choćby nazwiska mieli inne. Bliższa rodzina odmówiła przyjęcia, a ona Irena przygarnęła Danutkę. Ale wcześniej musiała znosić histerię męża i dzieci. Kiedy się dowiedzieli, iż będą mieć przyrodnią siostrę, podnieśli wielki rwetes. Karolina i Marek byli rozpieszczani, nie odmawiano im niczego.

Mamo, nie bierz jej do nas! Ona jest gruba, utyka, głupia. Wstyd się choćby z nią pokazać!

Córeczko, synku Szkoda dziecka. Została sama. Ludzie choćby psy i koty przygarniają, a tu żywy człowiek, mała dziewczynka. Nie będzie nam przeszkadzać, dom mamy duży! przekonywała Irena Sławińska.

Ostatecznie się zgodzili. Irena była kierowniczką sklepu, to ona zarabiała najwięcej w domu. Ojciec dzieci był jej zastępcą, nigdy zbytnio się nie wysilał. Wiecznie wikłał się w romanse za plecami żony. jeżeli Irena wiedziała, milczała jej Leon był przystojny jak z okładki, dzieci odziedziczyły urodę po nim.

Danusia dorastała. Mała, trochę śmieszna, z jasnymi włosami i niemal przezroczystymi niebieskimi oczami, jak u brata i siostry.

Ma je jak mleko z kroplą błękitu. Grubaska! naśmiewała się Karolina.

Danusia była jak drożdżowa bułeczka pulchna, słodka, z dołeczkami w policzkach. Bardzo dobra. Ale bawić się musiała sama brat z siostrą nie dopuszczali jej do swoich zabaw. Często obrywało jej się za ich przewinienia. Marek potłukł wazon, cofał się do tyłu winę zwalono na Danusię. Karolina zniszczyła modną bluzkę mamy, zahaczyła o gwoździa znów winna była Danusia.

A ona nie protestowała. Potakiwała głową i przepraszała cichutko. Wiedziała, kto naprawdę zawinił, ale nie chciała, by brata czy siostrę za to ganiła mama. Byli przecież tacy piękni!

I tak naprawdę przybrana mama Danusi, Irena, także nie krzyczała na nią. Za to ojciec potrafił się wyładować.

Po co, no po co wzięłaś do domu to straszydło! Wstyd przed znajomymi! Chodzić nie umie, waży jak cielę! Syn i córka urodziwi, a to co, tę kalekę przygarnęłaś dla kontrastu? Inni byli mądrzejsi, nie wzięli, a ty Przyczepiłaś się do niej. I kto ją zechce, jak dorośnie? To straszydło?! krzyczał Leon.

Danusia słuchała tego za zamkniętymi drzwiami. Później szła do lustra. Nie lubiła swojego odbicia. Chciałaby być tak piękna jak Marek i Karolina. Ale

Do szkoły poszła do innej niż rodzeństwo. Bliźniaki wymusiły to na matce zagrozili, iż będą wagarować i przestaną dobrze się uczyć. Irena musiała się zgodzić. Widziała, iż ten kruchy most, który budowała całym sercem między swoimi dziećmi a przybraną córką, adekwatnie runął i nic nie mogła na to poradzić.

Czas płynął. Marek i Karolina wyjechali na studia. Danusia poprosiła mamę, by mogła zostać w domu.

Ależ córeczko, możesz iść, gdzie chcesz! Opłacę ci każdą uczelnię. Chcesz być projektantką? Tłumaczką? Kimkolwiek zechcesz, Danusiu! Irena tuliła ją do siebie.

Danusia przytuliła się do jej policzka jak kociątko. I wtedy kobieta uspokoiła się. Własne dzieci tylko od święta całowały matkę, i to niechętnie z Danusią było inaczej; poczuwało się od niej ciepło.

Z pracy zawsze ją odbierała. Często, choćby wracała bardzo późno, Danusia czekała na nią na podwórku, choćby w zimie. Lub siedziała w przedpokoju na pufie. Mąż i dzieci zwykle byli zajęci swoimi sprawami nie schodzili nawet, by przywitać mamę. Gdy Irena raz zwróciła uwagę, Karolina tylko rzuciła:

Mamo, mamy swoje sprawy! A ta głupia cię wyczekuje jak piesek, bo nie ma co robić! I do niczego nie dąży.

Danusia uniosła na matkę przezroczyste oczy i szepnęła:

Mamo, mogę leczyć zwierzęta? Psy, koty, chomiki, prosięta? Chcę zostać weterynarzem. Można tutaj studiować

Wybór był zrozumiały. Danusia zawsze przygarniała wszystkie znajdy kotki, szczeniaki leczyła je, potem oddawała w dobre ręce. Jeden duży kundel, owczarek o imieniu Maks, został z nimi. Karolina protestowała marzył jej się rasowy pies. Irena stanęła po stronie Danusi.

Z czasem zdrowie Ireny podupadło i musiała zostać w domu. Gdy Leon zobaczył, iż pieniądze mogą się zaraz skończyć, gwałtownie przeniósł się do koleżanki żony, właścicielki salonu fryzjerskiego.

Dla dorosłych dzieci matka była źródłem pieniędzy. Na szczęście miała oszczędności. A przy niej została tylko Danusia. Kuśtykając, codziennie gotowała mamie smakołyki, robiła masaże, parzyła zioła. Wieczorami siadały pod jabłonią i piły herbatę. W tej chwili Danusia była naprawdę szczęśliwa.

Karolina i Marek mieli już swoje rodziny. Mama pomogła im kupić mieszkania. Ale niedługo nadszedł dramat. Syn przyjechał w nocy, niemal płacząc: był zadłużony po uszy.

Co to się stało synku, skąd wziąć tyle pieniędzy? Pytałeś ojca? Nie ma? Skąd miałby mieć. choćby gdybym oddała wszystko, nie uzbieram choćby na dziesiątą część. Co mamy zrobić? załamywała bezradnie ręce Irena.

Mamo, to już koniec. Nie będziesz mieć syna Marek wykrzywił usta.

Co ty mówisz, dziecko? matka przytuliła go mocno.

Wyjście podsunął sam Marek sprzedać dom. Wtedy wystarczy na spłatę długów.

Ale synku A my? Ja i Danusia? Gdzie pójdziemy mieszkać? Irena zaniemówiła.

Gdzie pójdzie ta głupia klucha, mnie nie interesuje. Jest dorosła, niech sama na siebie zarabia. Wystarczy ciągnęliście ją całe życie. A ty Ty do nas! Do mnie! Lera się ucieszy! uśmiechnął się Marek.

Lera to żona Marka. Irena miała jednak przeczucie, iż ta raczej nie będzie zadowolona. Ale nie protestowała. Syn musiał być uratowany! Postawiła tylko jeden warunek: Danusia jedzie z nią. Marek musiał się zgodzić. Ale Danusia później powiedziała do matki:

Mamusiu Ty pojedź sama. A ja ja zamieszkam u znajomego. Poznaliśmy się już jakiś czas temu, długo namawia mnie do siebie. Nie martw się o mnie!

Jak to? Kim on jest? Powinnaś mnie przedstawić! Dlaczego nic nie mówiłaś, Danusiu? uśmiechnęła się Irena.

Z czasem poznasz. Nie martw się, mamo! objęła ją Danusia.

Nawet Markowi poprawił się humor nie musiał wciągać Karoliny w intrygi, by pozbyć się Danusi, której w domu nie chciał widzieć.

Ale Danusia skłamała. Nikogo nie miała. Tylko sercem wyczuła, iż na nią tam nikt nie czeka. Mama mogłaby mieć przez nią problemy i jej zdrowie jeszcze by się pogorszyło. Nie chciała jej tego sprawiać kochała ją nad życie.

Wynajęła więc pokój u starszego pana, pana Feliksa, który mieszkał sam w domu pod Warszawą. Starość mu doskwierała, szukał lokatorki miał kury, kozy, świnki. Danusia i pan Feliks dogadali się idealnie. Gdy usłyszał, iż została weterynarzem, bardzo się ucieszył i nie chciał od niej żadnej opłaty, ale Danusia uparła się płacić. On i tak często oddawał jej pieniądze potajemnie.

Powodziło jej się, miała mieszkanie, pracę, szacunek ludzi. Zwierzęta ją uwielbiały nie bały się, nie wyrywały. dla wszystkich miała dobre słowo i częstowała przysmakiem.

No, Szariku, chodź słoneczko. Tu masz smakołyk od Danusi! Nie bój się, maleńki. Kropelki już masz. Dzwońcie, gdyby coś jeszcze się działo! mówiła Danusia swoim pacjentom.

Kochana W szpitalu mnie tak nie traktują, jak ty mojego Mruczka! Jesteś złotą dziewczyną! kiwała głową pani Anna, właścicielka pięknego kota.

Danusia rozkwitała. Tylko serce jej się trwożyło: jak tam mama? Często dzwoniła, ale mama albo nie odbierała, albo Marek odbierał i szorstko oznajmiał, iż matka wypoczywa.

Nie wiem Tęsknię za nią tak. Pół roku jej nie widziałam westchnęła Danusia podczas wieczornej herbaty z panem Feliksem.

A czemu? Jedźmy razem. Mam malucha, stary jak ja, ale jeździ! Mam prawo jazdy! zaproponował pan Feliks.

Danusia się ucieszyła. Miała adres Marka. Pojechali. Długo pukali. Wreszcie drzwi otworzyła wysoka blondynka w szlafroczku i ziewnęła.

Kto tam? Sprzedajecie coś? Niczego nie potrzebujemy! próbowała zamknąć drzwi.

Jest pani Lera? Żona Marka? zapytała Danusia.

Tak przeciągnęła dziewczyna.

A wy kim jesteście?

Ja jestem Danusia. Jego siostra Danuta próbowała wejść, ale Lera zastawiła jej drogę.

Hm. Rozumiem. A po co tu jesteś? Zaraz muszę wyjść do kosmetyczki, nie mam czasu burknęła Lera.

Ja tylko na chwilę. To pan Feliks, jest ze mną. Gdzie jest mama? Chciałabym się z nią zobaczyć, potem od razu pójdę, nie będę wam przeszkadzać tłumaczyła Danusia.

Nie ma jej tutaj. Marek wywiózł ją Do domu opieki. Rozchorowała się strasznie. Kto miał się nią opiekować? On chodzi do pracy, ja mam swoje sprawy. Dokąd? Skąd mam wiedzieć, nie byłam tam nigdy. Zaraz zadzwonię Hallo, Marek? Tu ta się zjawiła. Twoja Danuta. Z jakimś starym dziadem. Chcą adres. Dobrze. No dobra. Napiszę im na kartce. I niech więcej nie przychodzą! wręczyła kartkę, pachnąc drogimi perfumami.

Danusia się tylko ukłoniła i pobiegła z panem Feliksem na dół.

Jak to czemu mi nie powiedzieli? Ja bym Co teraz? Mieszkania nie mam, ale jakoś bym wymyśliła szeptała Danusia.

Coś ty! Mam jeszcze wolny pokój, matkę by u mnie przyjęli! Powinni byli się skontaktować! Co to za bezduszność! złościł się pan Feliks.

Przyjechali pod wskazany adres. Czy ta drobna, wychudzona, z zapadniętymi oczyma staruszka to mama Danusi? Zawsze była wysoka, tęższa, pełna życia. Teraz leżała bez sił na poduszce, patrząc w sufit.

Mamo! To ja, Danusia! Mamuniu, wybacz, iż nie przyjeżdżałam. Myślałam Nie mam słów na moje winy! Słyszysz mnie? Zabiorę cię do domu! Pojedziesz do Feliksa! On ma kury, będę cię karmiła jajecznicą! I kozim mlekiem, zobaczysz, zaraz wrócisz do formy. Mamo, proszę, odezwij się! Kocham cię!

Wracamy do domu, mamo! płakała Danusia, trzymając rękę Ireny.

Udało się zabrali mamę do siebie. Danusia miała dokument, iż jest córką. A pan Feliks kombatant zagroził, iż zadzwoni do generała, jeżeli nie pozwolą zabrać matki Danusi do domu. Marek już załatwił, by mama została tam na zawsze

Irena Sławińska podniosła się na nogi po dziesięciu dniach. Podeszła do okna. Po podwórku przechadzała się świnka Balbinka, kogut pieł. Pachniało mlekiem, trawą, a w powietrzu roznosił się zapach świeżych drożdżówek. To Danusia piekła. Przybiegła do pokoju, kulejąc, zobaczyła matkę stojącą i płaczącą. Nieśmiało przytuliła się do niej, przepraszając za to, iż tak długo się nie odzywała, iż będzie musiała mieszkać z nią, a nie z Markiem i Karoliną.

A Irena milczała i tuliła ją najmocniej, jak mogła. Jakby widziała w niej znowu tę śmieszną, małą dziewczynkę nie z własnej krwi, ale najcieplejszą, najbardziej kochającą. Tę jedyną, która została przy niej na starość, gdy była niepotrzebna swoim pięknym i spełnionym dzieciom.

Nic się nie martw, Danusiu. Teraz wszystko się ułoży. Wszystko dobrze, córeczko szeptała Irena.

Dziewczyny! No, co, napijemy się herbaty? wszedł do pokoju pan Feliks.

Zaśmiały się, złapały za ręce i wszyscy troje ruszyli do kuchni. I do nowego życiaPrzy stole, na którym parowała herbata, a cynamonowe drożdżówki lśniły w promieniach słońca wpadającego przez okno, rozgościł się cichy spokój. Irena pogładziła Danusię po dłoni, jakby chciała przekazać wszystko, czego żałowała i wszystko, czego życzyła tej czułej, dobrej dziewczynie.

Długo siedzieli tak razem czasem w milczeniu, czasem śmiejąc się z żartów pana Feliksa, patrząc na tańczące za oknem kurczaki. Danusia podsuwała mamie talerzyk, układała plastry jabłek na cieście. W końcu Irena powiedziała cicho, jakby sama sobie:

Wiesz, córeczko czasem trzeba stracić wszystko, żeby zobaczyć, co tak naprawdę było naszym domem.

Danusia uśmiechnęła się, a w oczach jej błysnęły łzy już nie te, które płynęły z bólu czy samotności, ale te, w których płynęła wdzięczność. Otoczyła ramię mamy i wtuliła się w nią, jak kiedyś, kiedy była małą, niezdarną dziewczynką z dołeczkami. Po raz pierwszy nie czuła się już obca.

Z kuchni rozległo się ciche muczenie Balbinki, która najwyraźniej wyczuła, iż tu, za tym stołem, ktoś naprawdę jest szczęśliwy.

A w tym prostym domu, pod rozłożystą jabłonią, wśród śmiechu i zapachu świeżych drożdżówek, Danusia zrozumiała, iż prawdziwa rodzina to nie ci, z którymi dzielisz nazwisko, ale ci, którzy zostaną przy tobie, gdy świat cię odrzuci. I wiedziała, iż jej własne serce już nigdy nie będzie musiało pytać, czy zasłużyło na miłość.

Bo miłość po prostu była na wyciągnięcie ręki, przy stole, w domu, który wreszcie był naprawdę jej.

Idź do oryginalnego materiału