Zbyt wścibski krewny

polregion.pl 1 dzień temu

Pamiętam, jak kiedyś mama zadzwoniła do mnie, a ja, Irena, podniosłam głos: Jak to wyobrażasz sobie, mamo? zapytałam z oburzeniem. Czy mam dwa tygodnie zamieszkać pod jednym dachem z zupełnie obcym mężczyzną?

Dlaczego obcym? To przecież Igor, syn mojej kuzynki Lidi, nasz krewny! odparła mama. Pamiętasz, jak bawiliście się razem w dzieciństwie, kiedy gościł u nas? dodała z uporem.

Mamo, zaraz skończy mi się trzydziesty rok! Gdzie ja jestem, a gdzie to moje dzieciństwo? starałam się dotrzeć do matki. Czy znowu zamierzasz mnie wydać za mąż?

Nie gadamy bzdur: to nasz krewny! Czekaj na gościa nic ci się nie stanie! zamknęła rozmowę stanowczo i odłożyła słuchawkę.

Mama zawsze szanowała rodzinne więzi rodzina to świętość! Dlatego właśnie nalegała, by przyjąć do domu Igorza, który postanowił przeprowadzić się do stolicy, do Warszawy, miasta możliwości. «Przyjmij go jak członka rodziny: nie wyrzucaj, skoro krew łączy nas w Warszawie!» tak mawiała.

Była to nauczycielka języka rosyjskiego i literatury w liceum, doskonale znająca, iż przysłowie po krewnemu należało do jej ulubionych zwrotów, podobnie jak niecne poczynania słynnego Iuduszki Głowlewa. Proponowała więc mamie, iż sama przygarnie kuzynowskiego zięcia, bo była taka dobra. Aż tu nagle przypomniała sobie, iż mają w małym mieszkaniu z kuchnią, która nie pomieściłaby choćby rozkładanej stołeczki. «Co, Irena, zamierzasz zostawić Igorza na zewnątrz?»

Nasze małe dwupokojowe lokum, odziedziczone po babci, miało nieco starodawnych rzeczy, ale wszystkie działały: pralka prała, lodówka chłodziła, telewizor świecił. Zarabiałam przyzwoicie, a w pracy ceniło mnie otoczenie. Nie brakowało mi przyjaciółek, a samotność łagodził mój kot Mruczek, którego imię wzięłam od bohatera książki o Nieznajomym.

Ugotowałam Igorowi pokój i z nieco nerwową nadzieją czekałam na jego przybycie, pamiętając słowa mamy: Polubisz go, synu! Krótko po przybyciu Igor okazał się nie taki straszny. Rozejrzał się po mieszkaniu, zaglądał we wszystkie wspólne części i zapytał:

Czego szukasz, panie? Złota i diamenty? Myślisz, iż postawiłam dla ciebie złoty sedes?

Chcę wiedzieć, gdzie będę mieszkać odparł spokojnie.

A jeżeli coś ci się nie spodoba, nie zostaniesz ze mną? zapytałam, interesująca jego myśli.

Zostanę, ale

Ale co?

Nic.

Zaczęliśmy pić herbatę i poznawać się. Igor przyniósł ze sobą ciasto, które Lidia przekazała mamie, i drobny, pyszny tort. Okazał się nie natrętnym lokajem, a wręcz pomocnym. Bez przypominania zmywał po sobie naczynia, potrafił przyzwoicie gotować i nie zostawiał kałuż w łazience był po prostu przyzwyczajony do kuwety.

Dzięki, ciociu Lidio i pierwszej żonie Igorza nie wiadomo, kto bardziej! pomyślałam, kiedy usłyszałam, iż Igor już jest rozwodnikiem.

Co? To gotowy mąż, muszę go wziąć! wykrzyknęła moja przyjaciółka Larka, gdy opowiedziałam jej o naszym lokatorze. Larka rozwiodła się z Levkiem właśnie z takiego powodu.

Ale to nasz krewny! Poza tym nie podoba mi się! odpowiedziałam.

Krewni to jak siódma woda w galarecie! Jak on może ci nie odpowiadać? Czy on jest głupi? drwiła Larka.

W sumie nie Igor jest całkiem przystojny, choć nie mój typ. Mimo to nie znalazłam w nim bratniej duszy; nasze rytmy nie zgrały się ja nocna sowa, on poranny kogut. Lubiłam spokojne tempo życia, kierując się starą mądrością: śpiesz się powoli. Igor był natomiast pełen energii, ciągle w biegu, z sercem jak silnik.

Pierwszego dnia zabrał mnie do teatru, kupując bilety z wyprzedzeniem. Nie lubiłam teatru, ale nie chciałam go odrzucać. Widziałam wtedy stare spektakle w internecie, a nowoczesna interpretacja klasyki nie robiła na mnie wrażenia brak kurtyny, nowe kostiumy, niejasne dialogi. Reżyser twierdził, iż to nowe, postępowe spojrzenie, ale ja wolałam tradycję.

Igor zachwycony, wracając do domu, upierał się, iż mam rację, argumentując gorąco. Nie przekonał mnie, a jedynie wprowadził mnie w rosnący stres: po raz pierwszy od dawna ktoś próbował narzucić mi cudzą opinię.

To nowoczesne, postępowe! podnosił Igor.

Po co mi nowoczesność? odpowiedziałam spokojnie. Stare mnie satysfakcjonuje.

To ruch naprzód! wykrzyknął, opowiadając o planach w Warszawie, mieście możliwości.

Wtedy Mruczek schował się pod łóżkiem, bo nie przepadał od razu za nowym gościem. Igor, trzydziestoletni, włączył się w życie rodziny, nie tylko w domowych obowiązkach. Następnego dnia kupił nowy dywan, wyrzucił stary leżący na klatce schodowej i bez słowa położył go w salonie. Ja jedynie wypiłam poranną kawę z kanapkami, nie zwracając uwagi na nowy przybór.

Kiedy Igor zaproponował, iż zapłaci za media, odrzekłam, iż to niepotrzebne nie chcę, by ktoś wchodził mi w prywatną przestrzeń. Po co płacić za mieszkanie, jeżeli nie zamierzasz zostawić tu stałego śladu? zadrwiłem.

Igor szukał pracy, rozsyłał CV, brał udział w licznych rozmowach kwalifikacyjnych coś w nim migało obietnicą. Gdy zbliżał się koniec dwutygodniowego pobytu, zaczął kichać, katarł się i pojawiły mu się wypryski na twarzy. Nie odjechał, a wręcz stał się głośniejszy, krzycząc: Dlaczego w butach weszłam do kuchni? Trudno się rozbierać! czy też Po co kupiłaś ten proszek do prania? Nie da się go wyprać z ubrań!.

Czułam się jak okrągła dr…. Mruczek nie tolerował Igorza i dalej chowając się pod łóżkiem, ignorował go, dopóki nie zniknął. W końcu Igor odebrał telefon: przyjęto go do pracy! To był osiemnasty dzień gościnności i już zaczęło mnie denerwować.

Nowa posada była całkiem przyzwoita, choćby według warszawskich standardów, i Igor podzielił się radością. Nie powiedział jednak, iż się wyprowadza. Postanowiłam więc porozmawiać z nim: Czy nie masz już dość naszych gospodarzy, drogi człowieku? Umówiłyśmy się na jutro, ale Igor miał badanie lekarskie, bez którego nie mógł rozpocząć pracy.

Następnego ranka, wracając z pracy, zobaczyłam pięknie przyrządzony stół. Czy to pożegnalna kolacja? Dzięki Bogu! pomyślałam, podnosząc nastrój. Igor zawsze był w dobrym humorze, więc przy stole panowała wesoła atmosfera. W pewnym momencie nalewał wino i zaczynał mówić, a ja nie mogłam się powstrzymać od śmiechu, gdy z pod łóżka wyskoczył Mruczek, jakby chciał przywitać się z nowym gościem.

To twój kot? zapytał Igor zdziwiony.

Tak! odpowiedziałam. A ty dopiero go widzisz?

Po raz pierwszy! O cholera, mam alergię na sierść kota! Dzisiaj lekarz postawił mi diagnozę alergii! Skąd to się wzięło?

Przecież masz kuwetę, nie zauważyłeś? Zauważasz wszystko! odparłam.

Sam nie zauważyłem! Musimy coś z tym zrobić!

Lekarz prawdopodobnie przepisał ci leki?

Tak, ale trzeba nie tylko leczyć objawy, ale usunąć przyczynę! rzekł poważnie.

Co masz na myśli, usuwać przyczynę? dopytałam.

To znaczy, iż nie mogę mieszkać w tym samym mieszkaniu z kotem! stwierdził.

Kto ci to nakazuje? Nie mieszkaj!

Co to znaczy nie mieszkaj? Czy to znaczy małżeństwo?

Jaka małżeństwo, Igorze? Czy twoja alergia nie przeniknęła do twojego mózgu?

Nasza! odparł stanowczo. Kot będzie przeszkadzał!

Proponujesz mi go uśpić! wykrzyknęłam w gniewie.

To opcja! Mogę za to zapłacić! zaproponował.

Ja raczej cię uśpię! odrzekłam po krótkiej chwili milczenia. Nie patrz tak na mnie! Idź precz! To mówię to ja, nie Mruczek!

Igor wypił wino i wyszedł z stołu, rzucając na pożegnanie: Nie przypuszczałem, iż będziesz taka prymitywna.

I tobie do widzenia! odparłam z ulgą.

Po jego wyjściu z kuchni zniknął nowy garnek, a dywan pozostał na miejscu prawdopodobnie zbyt ciężki, by go zabrać. Mama zadzwoniła: Jak mogłaś go wyrzucić? Płaczliwy już jest wujek!.

On chciał, żebym poślubiła go! jeżeli jesteś tak dobra, wyjdź sama! A on mnie odrzuca! zakrzyknęłam i rozłączyłam się. Nikt już nie oddzwonił pytanie wydawało się załatwione.

Wiedziałam, iż następnym razem jakiś krewny może mieć alergię na mnie, tak jak niektórzy mężowie mają alergię na łupież żony. I to nie kończy się dobrze.

Mamo, następnym razem, gdy zechcesz pomóc, przyjmij krewnych pod swój dach: kto wymyślił, ten i prowadzi. A ja i Mruczek sobie radzimy sami.

Idź do oryginalnego materiału