Zbyt Dobra na Wieś

6 dni temu

Przez jakiś czas, gdy Gosia zorientowała się, iż zajęcia na uczelni będą trwały dłużej niż zwykle, odetchnęła z ulgą. Poprzednie wakacje były jej zmorą, spędzone na wsi, co absolutnie nie przypadło jej do gustu. Kilka lat mieszkała u ciotki w Warszawie i całkowicie się tam zadomowiła, więc powrót do rodzinnej wsi był ostatnią rzeczą, na którą miała ochotę.

Studiując na uniwersytecie, tak przyzwyczaiła się do niezależności i uroków miejskiego życia, iż myśl o wsi była dla niej koszmarem. Mimo iż tam się wychowała, teraz wszystko wydawało jej się w rodzinnych stronach absurdalne i bezsensowne.

Na wsi brakowało jej ulubionej kawy z mlekiem roślinnym w kawiarni, klubów i restauracji. Internet działał tylko, gdy miał na to ochotę. Jak tu nie przeklinać takiego miejsca!

O metrze czy taksówkach mogła zapomnieć na całe lato, chociaż i tak nie było dokąd jechać. Za to wszędzie szczekały psy, jakby nie miały nic lepszego do roboty, a o poranku koguty pieją, jakby to była ich najważniejsza misja.

Do dobrej jakości życia przyzwyczaiła się szybko. W mieście mieszkała pięć lat – najpierw technikum, potem studia.

Ciotka Zosia, siostra mamy, już jako młoda dziewczyna, opuściła rodzinny dom i przeniosła się do miasta. Gosia bardzo ją za to podziwiała. Perspektywa wakacji na wsi wcale jej nie kusiła, ale matce odmówić nie potrafiła.

Owszem, tęskniła za mamą, ale myśl o ciężkiej pracy w ogródku, domowych obowiązkach i braku dostępnych rozrywek ją przerażały. Bez tego już sobie życia nie wyobrażała.

Po prostu nie mogła pojąć, jak można żyć bez klimatyzacji!

Wieśniacy wydawali jej się ograniczeni i niedouczeni. Miejscowe dziewczyny nie wiedziały, czym jest rozświetlacz, Tinder czy Netflix. Gdy pytała, co oglądają zamiast Netflixa, odpowiadały enigmatycznie: „telewizję”.

– A jak poznajecie chłopaków, jeżeli nie przez Tindera?

– A po co poznawać? Tu wszyscy się znają.

Gosia z dreszczem wspominała poprzednie lato. Nie potrafiła zaakceptować domu rodzinnego. Przez całe trzy miesiące odliczała dni do końca lata, marząc o szybkim powrocie do znajomego świata. A teraz, pod koniec czerwca, czeka ją ponowny powrót…

Najpierw pociąg, potem pekaes. Przez zaparowane okna migały pola i lasy. Pekaes oddalał ją coraz bardziej od cywilizacji, a dusza płakała.

To jeszcze nie koniec podróży – pekaes zatrzymywał się w ponurym mieście powiatowym z szarymi blokami, skąd do wioski odjeżdżał autobus. A jednak, to nie był autobus, tylko jakiś składak na kołach. Dalej miało być tylko gorzej.

Gosia, będąc już na finiszu, przeklinała cały świat. Kierowcę, który zdawał się najeżdżać na każdą dziurę w drodze, siebie za decyzję o powrocie, matkę za to, iż urodziła ją na wsi i tak dalej.

Ledwie wysiadła z autobusu, wpadła w ramiona mamy.

– Daj buziaka! Cały rok nie widziałam mojej kochanej córeczki! – radosnym tonem zawołała Maria.

– Mamo! – burknęła Gosia, łagodniejąc odrobinę. – Dobra, puść mnie.

– A co za niezadowolona mina? – uśmiechnęła się mama, biorąc na siebie dwie trzecie toreb. – Uśmiechnij się, jesteś w domu i przed tobą całe lato!

– To mnie właśnie przeraża! – skwitowała córka. – Lato na wsi…

– Tutaj powietrze czystsze i lepsza ekologia, – kategorycznie odpowiedziała Maria. – To fakt! I ludzie są tu życzliwi, wszyscy wiedzą, co u kogo słychać.

– Wszyscy wszystko wiedzą! – przytaknęła Gosia. – Jak tata zawsze mówił – ktoś w jednym końcu wsi kichnie, a w drugim już wszyscy o tym huczą!

– Tata trochę inaczej to mówił! – zaśmiała się mama. – Ale to nie takie znowu złe. To zobowiązuje. Wszyscy wszystko wiedzą, więc zachowują się porządnie! Albo przynajmniej starają się. Głupich nie brakuje. W mieście też.

– Jak ludzie, którzy nie odróżniają sushi od ryżu z rybą, mogą być porządni? – widząc zdumienie na twarzy córki, Maria roześmiała się.

– Jesteś jeszcze młoda! Zadzierasz nosa z błahych powodów. Jedyną wadą wsi jest droga gruntowa. Tu się nie kłócę.

Z pozoru rozmowa się zakończyła. W rzeczywistości jednak matka i córka wracały do tego tematu nieustannie. Gosię irytowało wszystko, od wiejskiego jedzenia po wycie psów, ale najbardziej denerwowali ją ludzie, którzy nie znali innego życia. Wśród nich czuła się obca.

– Nie bądź taka wyniosła! – prosiła ją Maria, czasami łapiąc się na tym, iż powtarza te słowa po raz piąty w ciągu dnia. Jak grochem o ścianę.

Może córce po prostu podobało się poczucie, iż jest inna, iż jest lepsza? Choć jaka ona tam dziecko? Sama Maria w jej wieku była już matką. Nie rozumiała, dlaczego córka tak się upaja swoim poczuciem wyższości. Może drażniło ją, iż i ona kiedyś była wieśniaczką i nie mogła się z tym pogodzić?

Gosia niedługo przyzwyczaiła się do piejących z rana kogutów, pracy w ogrodzie, choćby do braku jakichkolwiek form rozrywki poza biblioteką i rzadkimi koncertami akordeonistów w domu kultury.

Do wszystkiego mogła się przyzwyczaić, ale nie do ludzi. Każdy wiejski mieszkaniec wydawał jej się poczciwy i bezmyślny. Gosia nie mogła zrozumieć, dlaczego nikt z nich nie wyjechał, tak jak ona czy jej ciotka, w poszukiwaniu lepszego życia.

Jakby utknęli w świecie stagnacji i niewiedzy. I im to odpowiada!

– Im to się podoba! – wyjaśniała mama. – Nie znają innego życia.

– jeżeli nie wyjdzie się poza swoje ograniczenia, nigdy się nie zorientuje, iż po drugiej stronie jest lepiej! – zgodziła się Gosia. – Ale dlaczego nikt nie próbuje żyć inaczej choćby w takich realiach? Zająć się samokształceniem? Tworzeniem? Zgłębianiem nauki?

– Kiedy? – zaśmiała się Maria. – Trzeba jeszcze uprawiać ziemię, narąbać drewna, rozpalić piec, wydoić krowę…

– Przeraża mnie ten plebejski byt! – z obrzydzeniem rzuciła Gosia.

– No no, przestań patrzeć na wszystkich jak na plebs. Oni po prostu mają inny styl życia, do którego nie jesteś przyzwyczajona. Mieszkałam w mieście, tam też poziom życia bywa różny. Czy zapomniałaś, jak byłaś mała? Tu ci się podobało! Pamiętam, jak siedziałaś na schodkach i dłubałaś w nosie z Jolką, twoją przyjaciółką. Jak łakomie zajadałaś marchewki prosto z wiaderka, zanim zdążyłam je umyć. Jak ganiałyście za kurczakami, a potem przed kwoką uciekałyście! Zapomniałaś?

– Zapomniałam i nie chcę pamiętać! – odparła zuchwale córka. – „Ludzie w mieście są jednak inni” – pomyślała, ale milczała.

W mieście gwałtownie wtopiła się w studencki krąg. Jej zainteresowania tam były rozumiane i akceptowane w technikum i później na uniwersytecie. Tutaj nie miała z kim pogadać. Gosia czuła się osamotniona.

– To, iż udało mi się zaoszczędzić na twoje studia w mieście, wcale nie oznacza, iż różnisz się od reszty ludzi na świecie! – zauważyła mama.

– Różnię się! – ripostowała Gosia, zadzierając nosa.

– Lubi ci się to uczucie?

– W jakim sensie?

– Swojej wyższości! Lubi ci się myśleć, iż jesteś tu najmądrzejsza? Uważasz, iż jesteś przez to lepsza?

Gosia zamyśliła się. Początkowo chciała zaprzeczyć, ale potem analizując swoje odczucia, przytaknęła. Mama westchnęła. Może zachowanie córki było tylko efektem niskiej samooceny? W przeciwnym razie nie ma sensu wynosić się ponad innych, pomniejszając ich.

– Tak, uważam się za lepszą! – przemówiła córka. – Wszyscy tutaj to ignoranci.

– I ja?

– Ty nie, jesteś w porządku. I ciocia Zosia też. Ale reszta nic nie wie. Rozmawiałam ostatnio z nauczycielką polskiego. Moim zdaniem nauczyciele powinni być najbardziej wykształconymi osobami w miejscach bez ośrodków naukowych i uniwersytetów. Tymczasem nauczyciel polskiego nie zna współczesnych badań w dziedzinie semiotyki i komunikacji! Nie mówiąc już o podstawowych triadach stylistycznych!

– Ja też nie wiem, co to za bzdury! – zauważyła mama, patrząc na córkę z irytacją. – To znaczy, iż jestem głupia? Rozmawiałaś z Anką?

– Tak, właśnie. Okularnica, taka trochę dziwna.

– Anka uczy polskiego w podstawówce. Oni omawiają elementarne zasady, a nie twoje kajty dynamiczne, czy jak to się tam nazywa.

– Ale sama musi znać polski!

– Oczywiście, iż zna. Na tyle dobrze, żeby realizować program od klasy pierwszej do czwartej! – wyjaśniła mama z cierpliwością.

– Właśnie o to mi chodzi! – przytaknęła Gosia. – I żadnego dodatkowego rozwoju. Ja to wiem, choć to nie moja specjalność.

– Tylko nie rozumiem, czemu na tym się tak wywyższasz? Nie wszyscy muszą być encyklopedią, każdy ma swoją drogę! – tracąc cierpliwość, zmarszczyła brwi Maria. – Może i wiesz więcej niż inni, ale to jeszcze nie czyni cię najbystrzejszą ze wszystkich. Wyobraź sobie, iż trafiłabyś na ludzi znacznie inteligentniejszych od siebie. Oni też by cię uznali za niemodną wieśniaczkę. Spodobałoby ci się to?

– Mnie to nie grozi! – odpowiedziała córka zbyt ostro. – Zawsze potrafię rozmawiać z osobą wykształconą.

– Nie bądź w tym taka pewna, moja droga! W mieście także byłaś zarozumiała?

Gosia zastanowiła się.

– W mieście było więcej ludzi na moim poziomie.

– Jaki to poziom?

– Wyższy niż na wsi! – Gosia zirytowała się, widząc, jak mama patrzy na nią jak na urwisa, gotowego tupnąć nóżką i się rozpłakać. – Tam nie czuję się samotna, choć początki były trudne.

– Naprawdę? Było ciężko?

– Oczywiście. Ludzie mówią, iż można zabrać wieśniaka ze wsi, ale nie wieś z wieśniaka. Oczywiście, coś z tego na mnie zostanie… Z całego tego życia. Na początku nie bywałam popularna.

– To cię dotknęło?

– Oczywiście! Ale nauczyłam się żyć i zachowywać inaczej. Nie mam w sobie już nic z tego, co mogą nazwać powodem do dezaprobaty.

– A więc teraz ty jesteś ta, co osądza innych?

– Naprawdę uważasz, iż to pycha?

– Tak. I problemy z samooceną. Chełpisz się wiedzą, zapominając o dziesiątkach rzeczy, których przez cały czas nie rozumiesz. Patrzysz na miejscowych z góry, jakbyś była kimś lepszym. Rozumiem, nie czytają książek historycznych, nie zajmują się polityką, nie chodzą do opery. Ale powiedz, jaki poziom wiedzy potrzebny jest na wsi? Kto ich do czego przygotowywał? I wiesz co, przez cały czas masz nawyki z dzieciństwa!

– Nie mam! – obruszyła się Gosia.

– Jeszcze nie słyszałam, by miastowi używali słowa „szibko”, a ty już dwa razy tak powiedziałaś! – zauważyła sprytnie mama.

– Ale ja przecież…

– Co? Nieprzyjemnie? Nie osądzaj ludzi i nie mów za siebie. Posłałam cię na studia, to i ucz się. Pomyśl o innych. O tych, na których patrzysz z lekceważeniem. Ty studiowałaś na uniwersytecie dwa lata, wcześniej technikum u ciotki. Znasz się na językach, literaturze, historii, świetnie, trzymaj tak dalej! Ale oni wiedzą, jak uprawiać ziemię. Kiedy najlepiej sadzić warzywa. Jakie zioła leczą choroby bez antybiotyków. To też wiesz?

Gosia zmieszała się.

– Nie wiem, bo się tego nie uczyłam! – wybrnęła.

– Mogłaś nauczyć się, kiedy jeszcze mieszkałaś w domu. Zanim poszłaś do technikum, ale te umiejętności uciekły ci z rąk. A teraz osądzasz innych za brak wiedzy! – zaśmiała się Maria. – Pomyśl nad tym.

Gosia zamilkła. To nieprzyjemne, gdy własna matka cię ocenia. I za co? Za to, iż nie dała rady pokochać pracy w ogrodzie czy zmywania stosów naczyń, ciągle rodzących kotów czy przerażających modliszek w wysokiej trawie?

Mogłaby powiedzieć, iż nie po to mama wychowywała ją jak księżniczkę, ale o to też można by się spierać.

Przez chwilę przeszła jej myśl, by spróbować pracy w miejscowej szkole. Może zaproponować jakieś dodatkowe zajęcia, by rozwijać wieśniaków lub chociaż ich dzieci, żeby były bardziej wykształcone. Ale po chwili odrzuciła ten pomysł. Nie znajdą na to czasu przy pieleniu ogórków i sadzeniu ziemniaków. I tak im to nie pomoże. Po co marnować czas?

Gosia przestała spierać się z mamą na temat wiejskiego życia i jej mieszkańców. Najwidoczniej mama też nie odstawała od reszty. Lata życia we wsi wryły się w jej świadomość. Nie mogła tego zrozumieć!

Wystarczy przetrwać to lato, a następnego roku znaleźć pracę w mieście lub, jeszcze lepiej, wyjść za mąż, żeby już na zawsze zostawić za sobą życie na wsi.

Idź do oryginalnego materiału