Zbieranie papierków po cukierkach – pasja wielu pokoleń Polaków

1 dzień temu

Fafiki

Ale z ciebie fafik, Jędrzejek! Najchętniej to bym cię pasem wyciągała jak starego chuligana, ale kto i po co ma to teraz robić! Tyle lat przeżyłeś, a rozumu jak nie było, tak nie ma!

Babcia Kazimiera splunęła pod nogi swojemu sąsiadowi i, kulejąc na chorą nogę, ruszyła w swoją stronę. Zrobiła, co mogła, a dalej, niech sumienie mu podpowiada, jak powinien żyć. Ludzie mu rozumu nie dali, to może los się upomni?

No patrzcie, co wymyślił?! Oddać własną matkę do domu opieki! Gdzie to widziano i słyszano?! Fakt, Kazimiera już leżąca, ale to przecież jego matka, a nie jakaś obca sąsiadka! Gdyby tylko mogła choćby chwili by się nie wahała, wzięłaby przyjaciółkę do siebie. No ale

Żal mi Agatki. Dobra z niej dziewczyna, ale nie koń, żeby wszystko sama ciągnąć. I tak została na wsi, nie pojechała na studia, gdy matka zachorowała. Początkowo wyjechała, ale wróciła. Nie mogła zostawić matki i babci. Pomagała, bo wiedziała, iż Kazimiera już ledwie daje sobie sama radę. Po złamaniu nogi dwa lata temu jest już całkiem źle. Wcześniej się ledwie powłóczyła, a teraz to już naprawdę przykro patrzeć.

Młodsza córka proponowała zabrać Kazimierę do siebie, do Poznania, ale babcia odmówiła. Gdzie tam, kawalerka malutka, dla wszystkich ledwie miejsca starcza. Zięć dobry człowiek, ale biedny jak mysz kościelna. Haruje, efektów brak, dwójka dzieci, ciężko jakoś się podnieść. Kazimiera już im nie pomoże. Kiedyś trzymała gospodarstwo, dzieciom pomagała, a teraz No właśnie. Agatka aż się złości, kiedy babcia tak o sobie mówi, ale z czego się złościć, skoro to prawda? Zdrowia nie było i nie ma, nie wiadomo, gdzie siły uciekają. Rano ciężko wstać z łóżka. Otworzy oczy, poleży, pomyśli i zbiera się do kupy, jak węgielek na łopatkę. Do kupy! I wstaje, i idzie!

Dobrze, iż Agatka lekka na nogach jak kozica. Nim Kazimiera się ogarnie, ona już wszystko zrobi, matkę oporządzi, i leci do pracy. Zwrotna z niej dziewczyna! Od dziecka taka była.

Kazimiera swoją starszą córkę, matkę Agatki, późno urodziła. Już nie liczyła na matczyństwo. Po pierwszym mężu została sama, nie mógł znieść, iż dzieci nie ma. Poszedł do innej. Kazimiera bolała, ale niejako szczególnie. On jej nie kochał.

A przecież Kazimiera za młodu była piękna jak zorza. Żadnej ładniejszej w całej gminie nie było. Chłopcy biegali za nią jeszcze w szkole, ale ona trzymała się grzecznie, bo czekała na miłość. I czekała, i czekała, aż już przestała się rozglądać, a matka tylko marudziła:

Przebierasz, przebierasz, zostaniesz sama!

Co jej po kim, jak miłości nie czuje?

Aż pewnego dnia, wracając z wojska, pojawił się w sąsiedniej wsi chłopak Adam. Kazimiera go choćby nie znała, bo z rodzicami mieszkał gdzie indziej, a po wojsku zamieszkał u dziadków na wsi. Nikt do czasu nie wiedział dlaczego. Kazimiera się w nim zakochała od razu i on też zwlekał tylko tyle, żeby zdążyć przez pola za nią pobiec.

Kazimiera nie zauważyła nawet, jak podczas wesela szeptano po kątach. Kiedy podeszła do niej teściowa i pokazała wózek obok tajemniczej kobiety w ciemnym chustce, zrozumiała w moment. Adam miał syna, o którym się później dowiedziała, ale chłopak nie miał ochoty się z synem spotykać. Kazimiera nigdy nie zabraniała widywać się z dzieckiem, ale Adam choćby nie próbował. gwałtownie zrozumiała, iż Adam patrzył tylko na siebie.

Nie mogła mu nic zarzucić gospodarz dobry, dom był dostatni, ale szczęścia nie było. Przez piętnaście lat nie zaznała czułości ze strony męża. Wciąż liczyła na dziecko, tłumaczyła sobie, iż tymczasowo taka pustka, serce się nie obudziło Do czasu, kiedy Adam rzucił jej w oczy, iż „kobieta z niej żadna, skoro rodzić nie może”. Wtedy zrozumiała, iż jej życie to ślepa uliczka. Rozeszli się szybko, choćby ludzie na wsi nie od razu się zorientowali, iż po rodzinie Wysockich nie zostało choćby nazwisko.

Adam wyjechał od razu po rozwodzie. Zostawił jej dom, przepraszając ostatni raz. Kazimiera nie wybaczyła mu do końca, ale trochę ulżyło jej na sercu. Taka chyba miała być jej droga urody dał jej Pan Bóg sporo, ale szczęścia widać, nie.

Przez dwa lata mieszkała sama, chodziła do pracy, głowę trzymała wysoko, plotkami się nie przejmowała. To nie te czasy! Co z tego, iż mąż zostawił, ważne, iż nie ona jego!

Ale serce bolało. Chciała wejść do domu, gdzie ktoś czeka, gdzie czyjś głos…

Z Sylwestrem zeszli się powoli. Ani młodzi, ani nie mieszkający tu od zawsze. Przyjezdny. Samotny. Nikogo nie zaprasza, nie chodzi po sąsiadach. Naprawił stary dom po dziadkach, prowadził małe gospodarstwo. Pomagał innym, sam nie prosił nigdy.

Uprzejmy, troskliwy. Kazimiera zapomniała już nawet, jak to jest, kiedy ktoś przyniesie kwiaty bez powodu, pomoże naprawić płot czy zrobi przetwory. Zdecydowała więc, iż już tylko na lepsze może się życie potoczyć. Niech ludzie gadają, a ona miała już dosyć samotności.

Nie spodziewała się cudów po nowym związku. Ale los zrobił swoje i jeszcze raz ją zaskoczył. Z pierwszą ciążą Kazimiera nie wiedziała, co się dzieje, przez pięć miesięcy chodziła jak zawsze, nic nie podejrzewając. Dopiero sąsiadka Klara zauważyła:

Ej, Kaziu, ty chyba w ciąży!

Co ty gadasz! Skąd? Przecież ja pusta!

Czasem to nie po kobiecie, ale po mężczyźnie Mogłaś z tamtym nie mieć dzieci przez niego, a nie przez siebie.

Kazimiera wróciła z Poznania promienna, ludzie się za nią oglądali cała rozświetlona, szczęśliwa!

Jedna córka, zaraz druga, i Kazimiera przestała się garbić, nie chowała oczu. Przestała się wstydzić: stała się matką.

Swoje dziewczynki wychowywała z taką czułością, iż ludzie tylko podziwiali. Zawsze czyściutkie, eleganckie, a przy tym wolne i niezależne. Lubiły bieganie po drzewach, brodzenie w strumieniach, i nigdy Kazimiera ich nie karciła. jeżeli trzeba było, uczyła je, jak prać skarpetki, łatac dziury igłą. Co nie umiały, tego się uczyły.

Sylwestra zabrakło, gdy młodsza córka wyszła za mąż. Pojechał odwiedzić ją do miasta, ale już nie wrócił zginął w wypadku. Kazimiera wtedy bardzo się zmieniła, czarne chustki i ciągły smutek. Gdyby nie dzieci pewnie położyłaby się i już nie wstała. Ale tu, po roku, pierwsza wnuczka, Agatka, przyszła na świat i życie wróciło do domu Kazimiery.

Kiedy dzieci z młodszej córki bywały tylko w wakacje, Agatka została przy babci. Dziewczyna wyrosła piękna i uparta, jak Kazimiera, umiała postawić na swoim. Dopóki chodziło o szkołę wszyscy się cieszyli. Ale gdy wpadła po uszy w miłość, były tylko łzy.

Agatka zakochała się i to nie w byle kim, bo w sąsiedzie, Jerzym. On starszy o pięć lat, już dorosły i choćby nie patrzył w stronę młodszej dziewczyny ze wsi. Agatka miała dopiero szesnaście i rozumiała niewiele, ale powtarzała uparcie, iż kocha Jerzego i koniec. Jerzy miał oczy tylko dla Lusi dziewczyny strojnej, rozpuszczonej jedynaczki. Ojciec nie żałował pieniędzy, więc o wyglądzie zadbać umiała, ale jej charakter był trudny. Nikogo nie dopuszczała blisko tak od razu, Jerzy musiał długo się starać.

Pewnego dnia zdarzyła się w wiosce dziwna historia. Lusia miała adoratora w sąsiedniej wsi, oboje zapatrzeni w siebie, wybrali się na motorze i zniknęli na całą noc. Lusia wróciła nad ranem pobita, w podartym ubraniu. Nikt o tym nie wiedział poza Kazimierą, która tej nocy wyszła do ogrodu przed świtem i zobaczyła Lusię gramolącą się przez grządki.

Tydzień później wieś wrzała: Lusię pospiesznie wydawano za mąż. Jerzy cieszył się jak dziecko, ale matka Jerzego, Klara, była raczej zasmucona.

Kaziu, coś tu śmierdzi. Ale jak rozmawiać z synem, jeżeli nie chce słuchać? To ich sprawa, ale żal mi Jerzego. On Lusię naprawdę kocha, a ona do niego trafiła nie z miłości

Kazimiera słuchała, kiwając głową, ale nie zamierzała mieszać się ani do plotek, ani do cudzych dramatów. W domu Agatki rozgrywała się taka tragedia, iż sama pilnowała, by wnuczka nie zrobiła sobie krzywdy. Agatka przez kilka dni płakała bez łez, godzinami patrząc przez okno na sąsiedni ogród, gdzie szykowano się do wesela. Potem zebrała walizkę i wyjechała do Poznania do ciotki. Babcia i matka wypłakały oczy, odprowadziły Agatkę krzyżem na drogę i wiedziały, iż tylko czas może ją uleczyć.

Lecz czasu nie było dane. Nim Agatka przywykła do nowego miejsca, matka ciężko zachorowała i nie wróciła już do domu z szpitala.

Tylko jedna myśl bolała Agatkę: iż Jerzy z żoną będą mieszkać po sąsiedzku. Ale nie życie się zlitowało, oni zaraz po ślubie wyjechali.

Agatka rozpakowała walizkę, posprzątała dom, położyła matkę jak najwygodniej i poszła zarabiać do gospodarstwa. Innej pracy w okolicy dla młodej dziewczyny bez dyplomu nie było. Nigdy nie bała się pracy, od zawsze też kochała zwierzęta. Z biegiem czasu dorobiła się własnego inwentarza.

Tak żyły. Agatka pomagała Klarze jak umiała. Ta, po śmierci męża, niemal zwariowała z samotności. Syn siedział daleko, rzadko pisał, a już nigdy nie dzwonił. Wysyłał tylko przekazy, kazał dbać o siebie, ale wnuków Klara nie widziała ani razu. Lusia urodziła Jerzemu dwójkę, chłopca i dziewczynkę, ale rodacy mówili, iż jej do rodzinnej wsi nie ciągnęło, a Jerzy zajął się tirami zniknął w trasach.

Klara leżała w łóżku, Agatka urządziła ją w miejskim szpitalu, odwiedzała, a potem wracała do domu i po cichu płakała. Lekarze nie dawali nadziei.

Kazimiera natychmiast napisała do Jerzego, iż matka w szpitalu, ale ten nie odezwał się ani słowem. Gdy minęło parę tygodni, Kazimiera powiedziała do Agatki:

Zrzekł się matki. Teraz już wiem, co to znaczy „lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu”. Ehh, fafik z niego! Myślałam, iż człowiek z niego, a to tylko papierowy chłopiec!

Babciu, poczekaj. Uczyłaś mnie, by nie sądzić nikogo zanim nie poznasz prawdy. Może ma powód. Zostaw to, niech sam się tłumaczy przed sobą i Bogiem.

Sama nie wiem, nie rozumiem już tego świata. Nie przypuszczałam, iż mój Jerzy tak z matką postąpi. Tyle jej przecież zawdzięczał Gdzie się to wszystko w ludziach podziewa?

A dlaczego mówisz na niego fafik?

To stare dzieje. Jeszcze jako mały chłopak… Gdy miał może siedem lat. Wtedy wszyscy dzieciaki zbierali fafiki papiery po cukierkach, bo same słodycze to była rzadkość, a papierek był skarbem. Leżały w pudełkach na poddaszu, zamieniali się, kolekcjonowali. Jego matka Klara miała wtedy dwie wyjątkowe kury białe jak śnieg z koroną na głowie. Kochała te kury! Skąd mąż je przytaszczył, nie wiem, ale marzyła by mieć całe stadko takich. I wtedy zdarzyło się nieszczęście. Przyjaciel Jerzego przyszedł raz z psem łobuz, jaki świat nie widział, rasowy i kosztowny. Pies rzucił się na kury, w sekundę załatwił obie. Klara płakała jak dziecko, Jerzemu ani słowa złego nie powiedziała, ale z nikim nie rozmawiała przez dwa dni. Wtedy Jerzy poszedł do innego kolegi, oddał wszystkie swoje „fafiki” papiery po cukierkach by poprosił ojca, by odebrał z miasta nową kurę dla matki, a sam rozbił świnkę-skarbonkę i sfinansował zakup. Przywiózł jej taką samą kurkę ze schroniska.

No, no!

To był syn, z którego matka dumna być mogła. A dziś? Gdzie się podziała tamta empatia?

Kazimiera była rozżalona. Syn nie pojawił się, matka choruje, a on choćby nie napisze.

Ale wszystko się zmieniło tydzień po tym, jak Klara wróciła ze szpitala do domu. Agatka już była przyzwyczajona do podwójnej opieki, raz matka, raz Klara. Babcia narzekała, iż Agatka się przemęcza, ale jak zostawić kogoś samego?

Agatka właśnie sprzątała u Klary, gdy nagle drzwi się otworzyły, wbiegł mały chłopiec, postawił ślady błota na świeżo umytej podłodze i zapytał:

Jesteś moją mamą?

Pytanie tak proste, dziecięce, iż Agatka stanęła jak wryta.

Sąsiadka… Jerzy wszedł za dzieckiem i skinął głową. Przepraszam, iż tak późno przyjechałem. Maksym siedział w szpitalu, nie mogłem go samego zostawić. No i Milenka nie miałem jej komu oddać.

A Lusia? wypaliła Agatka, po czym od razu pożałowała.

Co jej do tego?

Nie ma Lusi. Odeszła do nowego partnera. Ja zostałem sam.

Sam, ale z dziećmi Agatka już nie czuła wstydu ani niepewności względem Jerzego.

No właśnie… Coś się pogubiłem ostatnio, Agatko. Twoja mama śpi?

Śpi. Zmęczona. Lekarze mówią, żeby dużo odpoczywała, ale według mnie mogłaby się więcej ruszać. Matka twoja zawsze była w ruchu, a teraz tylko leżeć musi

Już mnie wszystko boli od tego leżenia! zawołała Klara. Agatka dokończyła sprzątanie, postawiła na stole garnek rosołu i świeże mleko, potem wróciła do siebie, nie żegnając się z Jerzym zbrakło jej już sił.

Myślała, iż przez lata serce zdążyło ochłonąć, a tu znów boli. Teraz Jerzy to już nie ten młody chłopak, który zaczepiał ją przez płot, i ona nie jest już tą nieśmiałą dziewczyną z uczesanymi warkoczami. Oboje się zmienili. Starsi są mądrzejsi? Może. Na pewno inni.

A dzień później Klara powiedziała Kazimierze, która na kule przydreptała w odwiedziny, iż chce poprosić syna o przewiezienie jej do domu opieki.

Kazimiera wpadła w furię, nie zważając na chorą nogę. Wyszła na ganek, zawołała do Jerzego, splunęła mu pod nogi i poszła, nie pytając Agatki o zdanie.

Nie ma co go tłumaczyć! Dorosły jest! Jak można własną matkę wysłać jak na śmietnik nie wytrzymała i się rozpłakała.

A Agatka jak stała w podniszczonym szlafroku, tak wybiegła na podwórze wprost do Jerzego.

Jerzy! Jurek! Gdzie jesteś?! otworzyła drzwi, stanęła w progu rozczochrana, rozgniewana. Co ci do głowy przyszło?! Nie oddam ci cioci Klary! choćby nie próbuj! Jedną opiekuję się, za dwoma dam radę. Dostawię łóżko! A Ty swoje rzeczy pakuj i wracaj skąd przyjechałeś, nie przeszkadzaj! A ja cię… ja cię…

Agatka przerwała, gdy zobaczyła, jak Klara śmieje się przez łzy.

Uspokój się, Agatko! Klara otarła oczy. Nigdzie się nie wybieram! Ja chciałam, żeby syn mnie nie dźwigał. Jemu powiedziałam tak na poważnie, a Kazia usłyszała i się rozjuszyła!

Zostaję, Agato. Gdzie mam odejść?

Naprawdę? Agatka spojrzała na spakowaną torbę. To po co ta torba?

Muszę jeszcze do miasta, wyjaśnić sprawy w pracy, odebrać ostatnią pensję. Dzieci biorę ze sobą, f elczer już się zgodził wpaść do Klary. Wrócę, ile się da najszybciej.

I tu Agatka pokazała, iż zrównuje się z babcią.

Dzieci tu zostają! Ja się nimi zajmę. I na ciebie zaczekam. Słyszysz?

Słyszę… Jerzy patrzył na nią jak na zupełnie obcą, odkrytą na nowo kobietę. Jak ja mogłem tego nie widzieć, Agatko…?

Okulary sobie kup na oczy w mieście, bo coś ci się plącze w głowie Agatka podniosła małą dziewczynkę na ramiona. Chodź do babci Kazimierzy, upiekła drożdżówki. Lubisz?

Po latach Jerzy wyniesie na ganek najpierw Klarę, potem swoją teściową Kazimierę.

No, mamuśki, powolutku. Patrzcie, jakie wam fotele z Poznania przywiozłem! Chcecie siedzieć siedzicie, chcecie leżeć leżycie. Wszystko na świeżym powietrzu!

Ostrożnie pomagając Klarze zasiąść w leżaku, Jerzy nasłuchuje:

Obudzili się młodsi! A Agatki jeszcze nie ma. Idę zobaczyć, o co hałas.

Kiedy wróci Agatka?

Dziś ma ostatni egzamin. Powiedziała, iż pójdzie w pierwszej piątce, żeby szybciej być w domu.

Samochód zatrzymuje się przy furtce, dzieci, które zrywały czereśnie dla babcinego dżemu, zeskakują z drzewa, wołając:

Mamo! Mama wróciła!

I Agatka, całkiem inna niż tamta dawna dziewczyna, otwiera ramiona, łapie swoje kochane dzieciaki, puszcza oko do męża i mówi:

Piątka!

Jerzy kiwa głową i idzie do domu.

Bliźniaki dzieci jak z obrazka, stateczne, ale czekać nie lubią. W tym są całkiem po Jerzym.

Fafiki!©Agatka przysiadła na ganku z dziećmi po jednej stronie, z matkami po drugiej, z uśmiechem jak wtedy, gdy wygrywało się groszek na jarmarku. Powietrze pachniało lipami, gdzieś z tyłu szczekał pies, a Kazimiera poprawiała chustkę, fukając na wiatr, co wywiał jej fartuch.

Babciu, a jak smakuje szczęście? zapytał Maksym z miną bardzo poważną.

Kazimiera zamyśliła się na chwilę, spojrzała na Agatkę, potem na syna, który stał w progu i czekał, aż ktoś poprosi go do stołu, bo sam by się nigdy nie narzucał.

Jak domowy chleb, dziecko, i jak te drożdżówki, co je twoja mama upiekła. Słodko i ciepło, bo wiesz, iż wszyscy są na miejscu, i iż choćby jak pada deszcz, to w środku niczego nie brakuje.

Jerzy roześmiał się cicho, sięgnął po talerz i usiadł przy stole, jakby ten dom od zawsze był jego własnym światem.

To dobrze mruknęła Klara. Bo ja tu jeszcze trochę chcę pobyć, zanim mnie gdzieś powieziecie. W końcu ktoś musi doglądać tych wszystkich fafików.

Babciu, a co to są fafiki? dopytywała Milenka.

Fafiki to takie drobiazgi, co pozornie nic nie znaczą, a cały świat wokół nich się kręci powiedziała Kazimiera, rozkładając ręce. Ot, papierek po cukierku, który można wymienić na czyjąś radość, kromka chleba rozdzielona na dwie części, albo gest żeby komuś ulżyć.

Chwila była prosta, zwyczajna, ale wszyscy wiedzieli, iż już na zawsze zostanie w pamięci.

Agatka spojrzała w stronę łąk, gdzie zachodziło słońce i gdzie kiedyś płakała za młodym Jerzym, a dziś siedziała otoczona tymi, których najbardziej kochała, w domu pełnym śmiechu, okruchów, skarg i zgody. I pomyślała, iż jeżeli prawdziwe szczęście naprawdę istnieje, to wygląda właśnie tak połatane, ciepłe, domowe, pełne zwyczajnych fafików, których nie kupi żadna fortuna.

I już nie chciała niczego więcej.

Idź do oryginalnego materiału