Słuchaj, mam Ci opowieść, którą muszę Ci opowiedzieć, bo to chyba jedyne, co mogłem zrobić, gdy wszystko posypało się jak kartki po burzy.
Zuzanna ma w dwunastu lat operację. Prosta, planowa godzina znieczulenia, proste cięcia i jeszcze tego samego dnia wychodzi ze szpitala. Powinna była mnie zabrać ze sobą, ale nie nalegała. Wiedziała, iż mam ręce pełne roboty. Przecież otwieramy nowy oddział w Warszawie, nie ma czasu w przystanki.
Wszystko będzie dobrze powiedziała, całując mnie w policzek, wsypując do torby kilka paczek karmy dla kotów, które mieszkały w piwnicy naszego bloku, i rzuciła się w drzwi.
Związałem krawat, jeszcze raz wpatrzyłem się w siebie w lustrze, chwyciłem teczkę z projektem i pojechałem do biura. Jako dyrektor generalny firmy, którą w ciągu kilku lat wyniosłem na pozycję lidera na rynku, muszę dawać z siebie wszystko. I tak robię każdą wolną chwilę, z nadmiarem. Tłumaczę sobie, iż robię to dla nas, dla Zuzanny, a choćby dla tych podziemnych mruczków, które ona ciągle karmi. Nie iż nie lubię kotów, po prostu jej hobby wydawało mi się bezcelowe, niepotrzebne, jakby przytłaczało nas. Dlatego każdy jej pomysł, żeby przywieźć do domu bezdomnego sierśćka, spotykał się ze mną surowym nie. Nie widziałem w tym sensu. Może jakaś perska kicia, którą mógłbyś uznać za statusowy gadżet? A piwniczne? Co z nich wziąć? Nie rozumiałem, a Zuzanna już nie chciała tłumaczyć.
Operacja prosta planowa nic specjalnego miałem iść z nią!!! powtarzałem sobie w kółko w ciągu tygodnia. Tysiąc razy, dziesiątki tysięcy. Gdy pędziłem do szpitala, rzucając wszystko, trzymając się za fartuch lekarza, drżąc przy każdym ruchu. Rozrywałem w strzępy projekt, który trzymał mnie z dala od niej, klęczałem przy jej łóżku, przyciskałem czoło do jej dłoni i błagałem, by nie zostawiła mnie. Ale ona milczała. Nikt nie przewidział, iż godzinna narkozę i planową operację może przynieść komę
Robimy wszystko, co w naszej mocy mówił lekarz.
Nie robicie nic! wkurzałem się, płacąc za przeniesienie jej do prywatnej sali.
Jest szansa, trzeba czekać uspokajała pielęgniarka.
Gdzie jest ta szansa?! krzyczałem w korytarz, kiedy po tygodniu Zuzanna wciąż nie odzyskała przytomności.
Próbowałem wszystkiego: konsultacje najlepszych specjalistów, muzykę, rozmowy, rozwieszam w jej pokoju kwiaty. Praktycznie przestałem pojawiać się w pracy, żeby być przy niej w każdej wolnej chwili. Obiecywałem, szantażowałem, całowałem, przypominając sobie wąską bajkę o śpiącej królewnie. Każdy dzień wciągał mnie coraz głębiej w rozpaczy. Zaczęła się w mojej głowie bestialska furia, gotowa zniszczyć wszystko dookoła. Przewróciłem krzesło, rozbiłem wazon, w szaleństwie wystrzeliła torba z kolorowymi paczkami karmy, które nie zdążyły dotrzeć do podziemnych mruczków.
Boże, jakiś łobuz! krzyczałem w siebie.
Chciałbym cofnąć czas, zamieść wszystko jednym ruchem ręki. Byłbym gotów klęczeć przy jej boku, zabrać te koty do domu, pokochać je, tylko by
Nagle adrenalina opadła, a ja drżącymi rękami podniosłem te kolorowe paczki, by za dziesięć minut stać przy wejściu do tej samej piwnicy, z której tak bardzo chciała je karmić.
To się nazywa felinoterapia, ale nie ma zarejestrowanych przypadków pomocy w sytuacjach jak nasza powiedział lekarz, patrząc na mnie poważnie, gdy wciągałem szóstą transporterkę do pokoju pacjentki.
Więc będziemy pierwsi wycedliłem, wypuszczając zwierzęta z klatek.
To jej koty. Rozumiesz? Jej! I oddam wszystko, by jej to powiedzieć. Po prostu
Powiadomię personel.
Dziękuję, powinienem był to zrobić wcześniej Rozumiesz? Ja
Nigdy nie trać nadziei. Uczymy się na własnych błędach, pamiętaj o tym.
Nie zapomnę Już nigdy nie zapomnę.
Zuzanna ma w dwunastu operację. Prosta, planowa, godzina narkozy i wyjście tego samego dnia. Nie nalega na mój przyjazd, ale nie może powstrzymać radosnego uśmiechu, kiedy widzi mnie, jak po odrzuconym krawacie zakładam szóstą uprząż na opierających się i uciekających od mnie kotów.
Jej koty. Te podziemne, pełne pcheł koty, które rok temu przytłoczyły ją tak, iż ledwo złapała oddech. Siedem wspomnień, które przeszywają jej oczy, sześć oddechów, które ledwo słychać, i jeden zwycięski krzyk radości, którego nigdy nie zapomni. Może dlatego teraz, kiedy znowu musi przejść przez to samo, nie czuje strachu. A widząc wyczerpanego męża, przy którego koszuli przyczepiły się kolorowe włókna sierści, patrzącego na nią z przymrużeniem oka, uśmiecha się jeszcze szerzej.
Potem śmieje się głośno, patrząc na przechodniów, którzy patrzą na tego elegancko ubranych mężczyznę otoczonego sześcioma bezrasowymi, ale niesamowicie zadbanymi kotami, każdy ciągnący lekki sznurek w swoją stronę, a ulice wypełnia skandujące Miau?!. To widok dla mocnych nerwów.
Operacja. Prosta. Planowa. Godzina narkozy. Wyjście tego samego dnia. A jeżeli nie przestaniesz nic gryźć, następnym razem zostaniesz w domu! mruknie mężczyzna siedzący na przychodni, otoczony kotami, z lekko pogryzionym, ale wciąż pięknym bukietem róż na kolanach.
Spogląda na zegarek, łapie sześć kolorowych smyczy, ocenia, czy uprzęże nie są poluzowane, potem patrzy na okna sali, w której po operacji budzi się jego żona. Niedługo pozwolą mu wejść. W końcu będzie mógł narzekać na sześciu ogoniastych leniuchów, które bez niej nie chcą go słuchać. I powiedzieć, jak bardzo ją kocha, i iż będzie ją kochał zawsze, choćby gdy zniknie w schronisku dla kotów, które jego firma sfinansowała kilka miesięcy temu.
Głupi, tak Ale kiedy przypominam sobie ten dzień, kiedy otworzyła oczy, zawsze wiem dopóki jest przy mnie, nie ma w moim życiu nic ważniejszego niż ta jej mała, nieogarnięta szaleńczość. I będę dalej spełniał te chwiejne, ale nieszczęśliwie szczęśliwe zachcianki, które ją rozśmieszają.
Zawsze, póki nie jest za późno.









