23kwietnia 2025r.
Marek Nowak
Zgodnie z umówionym planem o dwunastej rano Jagoda ma operację. Prosta, planowa, godzinna narkozą, niewielkie zabiegi i wypis tego samego dnia. Powinienem był pojechać z nią, ale nie nalegała wiedziała, iż jestem zajęty otwarciem nowego oddziału w naszej firmie w Warszawie.
Wszystko będzie dobrze rzekła Jagoda, całując mnie w policzek, wrzucając do torby kilka saszetek suchych jedzenia dla kotów ukrywających się w piwnicy, i wybiegła.
Poprawiłem krawat, jeszcze raz przyjrzałem się w lustrze, schwyciłem teczkę z projektem i ruszyłem do pracy. Jako dyrektor generalny firmy, którą w ciągu kilku lat wyniosłem na pozycję lidera w branży, muszę dawać z siebie wszystko. Dałem każdą wolną chwilę, na wyczerpanie. Pocieszałem się myślą, iż to dla nas, dla Jagody, a choćby dla tych podziemnych kotów, które codziennie karmię.
Nie iż nie lubię kotów po prostu jej pasja wydawała mi się bezużyteczna, nic nie wnosząca. Było to coś, z czym trzeba żyć, jak z drobnymi wadami ukochanego człowieka. Dlatego każde próby przywiezienia bezdomnych, pchłych mruczków odrzucałem stanowczym nie. Nie widziałem w tym sensu ani korzyści, ani potrzeby. Proponowałem jedynie eleganckie, orientalne koty choćby dla prestiżu. A piwniczne? Co z nich wziąć? Nie rozumiałem, a ona miała już dosyć tłumaczeń.
Operacja prosta planowa nic specjalnego Musiałem pojechać z nią!!! powtarzałem to w głowie setki, tysiące razy w ciągu tygodnia. Gdy pędziłem do szpitala, trzęsąc się w białym kitlu, patrząc w oczy lekarza, drwiłem z projektu, który odciągał mnie od jej boku. Stałem przy jej łóżku, przyklejony czołem do jej dłoni, błagając: wróć, otwórz oczy, wypowiedz choć jedną słowo.
Ona milczała. Nikt nie przewidział, iż planowa operacja i godzinna narkozą mogą przerodzić się w zagrażający stan.
Robimy wszystko, co w naszej mocy tłumaczył lekarz.
Nie robicie nic! wściekły krzyczałem, płacąc za jej przejście do osobnego pokoju.
Szansa jest, trzeba poczekać uspokajała mnie pielęgniarka.
Gdzie jest ta szansa?! wyładowywałem się w korytarzu, kiedy po tygodniu Jagoda przez cały czas nie odzyskała przytomności.
Szukałem pomocy u najlepszych specjalistów, grałem jej ulubioną muzykę, rozmawiałem, napełniałem pokój kwiatami. Praktycznie nie pojawiałem się w biurze, poświęcając każdą wolną chwilę, by być przy niej. Obiecywałem, szantażowałem, całowałem, przypominając jej o baśni o śpiącej królewnie. Każdego dnia pogrążałem się coraz głębiej w rozpaczy, w dziką wściekłość, którą chciałem roztrzaskać wszystko wokół.
W ferworze zniszczyłem krzesło, roztrzaskałem wazon, podrzuciłem torbę, z której wylądowały kolorowe saszetki jedzenia. Nie zdążyła nakarmić kotów tych bezużytecznych mruczków, które wywoływały we mnie jedynie ukryte niechęci.
Co za durny! ryczałem w duchu, gdy myślałem o odwróceniu czasu. Gdybym mógł cofnąć się, wziąłbym się za kolana i szedł z nią po piwnicę, by zebrać wszystkie koty, przytulił się i pokochał, choćby po to, by ją uszczęśliwić.
Nagle adrenalina opadła, a ja, drżąc, podniosłem z podłogi te kolorowe paczki, by za dziesięć minut stać przy drzwiach piwnicy.
Lekarz, patrząc poważnie, rzekł: To nazywa się felinoterapia, ale nie ma udokumentowanych przypadków pomocy w sytuacjach jak nasza.
Więc będziemy pierwsi wyszeptałem, otwierając klatki.
To jej koty. Jej! Oddam wszystko, by jej to powiedzieć. By po prostu wstrząsnąłem głosem.
Ostrzegę personel dodał lekarz.
Dziękuję, powinienem był zrobić to wcześniej. Rozumiesz? Ja moje słowa uciekły.
Nigdy nie trać nadziei. Każdy uczy się na błędach, pamiętaj o tym.
Nie zapomnę już nigdy nie zapomnę.
Jagoda ma teraz operację. Prosta, planowa, godzinna narkozą i wypis tego samego dnia. Nie naciska, ale nie może powstrzymać uśmiechu, widząc, jak zrywam krawat, zakładam szóstą uprząż na oporne koty, które uciekają.
Te jej piwniczne, pchliwe mruczki przywróciły ją do życia rok temu, kiedy ledwo złapała oddech. Siedem par przeszywających spojrzeń, sześć ulotnych oddechów i jeden triumfalny okrzyk euforii nigdy ich nie zapomnę.
Dlatego teraz, gdy znów ma przejść przez to samo, nie czuje strachu. Widząc zmęczonego męża, w którym włosy kłaczków sierści przyczepiają się do koszuli, spogląda na mnie z drwiną i uśmiecha się szerzej.
Śmieje się głośno, gdy mijają nas przechodnie. Mężczyzna w eleganckim garniturze, otoczony sześcioma zadbanymi, choć bezrodzimi kotami, każdy ciągnący smycz w inną stronę, wydaje rozproszony Miau?! widok nie dla słabych serc.
Operacja. Prosta. Planowa. Godzinna narkozą. jeżeli nie przestaniecie gryźć wszystko wokół, następnym razem zostaniecie w domu! mruczy starszy pan w szpitalnym dziedzińcu, otoczony kotami, trzymając przygniecioną ale wciąż piękną bukiet róż.
Patrzę na zegarek, chwytam sześć kolorowych smyczy, sprawdzam, czy uprzęże nie poluzły, i spoglądam na okna sali, w której budzi się po operacji moja żona. Niedługo pozwolą mi do niej wejść. Będę mógł wreszcie narzekać na szóstkę bezwładnych futrzaków, które bez niej nie słuchają mnie.
Powiem jej, iż ją kocham i będę kochał zawsze, choćby gdy zniknie na kilka dni w schronisku dla kotów, którego budowę sfinansowała moja firma kilka miesięcy temu.
Głupi, tak, ale kiedy wspominam dzień, w którym otworzyła oczy, przekonuję się, iż przy jej boku nie ma nic ważniejszego niż ta jej szaleństwo. Dlatego będę dalej spełniał te pozorne kaprysy, które czynią ją niezmiernie szczęśliwą.
Zanim jeszcze będzie za późno.






![Spacery z psami z katowickiego schroniska. Akcja cieszy się dużą popularnością [Zdjęcia]](https://www.wkatowicach.eu/assets/pics/aktualnosci/2026-03/tn_IMG_7466.jpg)

