Dzień 28 lutego, 2025
Warszawa, 9:00
Dziś znowu wspominam operację, którą Zuzanna ma przejść w dwunastu. Prosta, planowa, godzina znieczulenia, niewielkie manipulacje i wypis w tym samym dniu. Zanim wyruszyłem do szpitala, podszedłem do niej z torbą kilku woreczków karmy dla kotów, które żyją w piwnicznym schronisku przy ulicy Brackiej. Popłakała mnie delikatnie, przytuliła się i pocałowała w policzek, po czym odwróciła się i zniknęła za drzwiami.
Poprawiłem krawat, jeszcze raz przyjrzałem się swojemu odbiciu w lustrze, wziąłem teczkę z projektem nowego oddziału i pojechałem do biura. Moja rola dyrektora generalnego w firmie Kombinat Przemysłowy którą pod moim nadzorem wyciągnęliśmy na czoło rynku w ciągu kilku lat wymaga pełnego poświęcenia. Dawałem się temu po nocach, w weekendy, w chwilach, kiedy mógłbym po prostu odpocząć. Wszystko to robiłem, myśląc o nas, o Zuzannie i choćby o tych podziemnych kotach, które codziennie karmisz.
Nie iż nie lubię kotów. Po prostu wydawało mi się to twoim drobnym hobby, nieistotnym, bez sensu. Zamiast tego wolałem kompromis egzotycznego perskiego kota, który choćby podkreślał mój status. A te podziemne, pełne pcheł? Nie wiedziałem, co z nich wziąć, a ona już nie chciała tłumaczyć.
Operacja prosta planowa nic nadzwyczajnego Miałem przyjść z nią! powtarzam sobie w głowie setki razy. Gdy pędziłem do szpitala, trzymając się mocno krawata, drżałem jak liść na wietrze, patrząc w oczy lekarza, który wyglądał na znużonego. Rozrywałem w szale projekt, który mam w rękach, nie pozwalał mi być przy niej. Klękam przy jej łóżku, głowa opiera się o jej dłoń i żądam, by nie zostawiła mnie. Milczy. Nikt z nas nie przewidział, iż godzinna narkozą i rutynową operacją może skończyć się komplikacjami.
Robimy wszystko, co w naszej mocy, tłumaczył lekarz.
Nic nie robicie! wykrzykiwałem, płacąc za przeniesienie jej do oddzielnego pokoju.
Szansa jest, trzeba poczekać, uspokajała mnie pielęgniarka.
Gdzie ta szansa?! krzyczałem, gdy po tygodniu nie wróciła do siebie.
Wszystko próbowałem: konsultacje najlepszych specjalistów, muzykę, rozmowy, kwiaty w jej pokoju. Praktycznie nie przychodziłem do biura, tylko spędzałem każdą wolną chwilę przy niej. Błagałem, obiecywałem, szantażowałem własną dumę. W chwilach słabości całowałem ją, przywołując głupią bajkę o Śpiącej Królewnie, a z każdym dniem coraz bardziej pogrążałem się w rozpaczy. Złość przekształciła się w bestialską furę przewróciłem krzesło, rozbiłem wazon, wpadła w pośpiechu torba z kolorowymi woreczkami karmy, które rozrzuciły się po podłodze. Nie zdążyła ich nakarmić. Te koty, które wciąż budzą we mnie niechęć, ukrywaną pod maską obojętności.
Chłopcze! Boże, co za głupota! myślę, patrząc na bałagan. Gdybym mógł cofnąć czas, odwróciłbym go wstecz, wymazał ręką te wszystkie błędy. Znałbym się na kolanach przy niej, nosząc te zwierzątka do domu, kochałbym je tylko po to, by zadowolić ją.
Nagle adrenalina zgasła, a ja, drżącymi rękami, podniosłem z podłogi kolorowe woreczki, by za dziesięć minut stać przy drzwiach piwnicy i znowu podać je podziemnym mruczkom.
To nazywa się felinoterapia, choć nie ma jeszcze udokumentowanych przypadków sukcesu w takiej sytuacji, poważnie spojrzał na mnie lekarz, obserwując, jak wnoszę szóstą klatkę z kotem.
Więc będziemy pierwsi, wyszeptałem, wypuszczając zwierzęta z kojców.
To jej koty. Rozumiesz? Jej! Oddam wszystko, by to powiedzieć. mówię, łapiąc oddech.
Powiadomię personel. odpowiedziała pielęgniarka.
Dziękuję, powinienem był to zrobić wcześniej Rozumiesz? Ja mówię, łamiąc się.
Nigdy nie trać nadziei. Uczymy się na błędach, pamiętaj. dodała.
Nie zapomnę Nigdy nie zapomnę. obiecałem.
W szpitalu wciąż słychać szumy wentylatorów, a ja myślę, iż za dwa tygodnie Zuzanna podda się kolejnej operacji. Tym razem nie będzie wahała się przyjąć mojego wsparcia. Widzę ją, gdy po raz kolejny zakłada szóstą uprząż na koty uciekające przed nią w podziemiach. Ten moment, kiedy siedem par oczu wpatrzy się w mnie, a sześć oddechów łagodnie unosi się w powietrzu, pozostanie w mojej pamięci na zawsze.
Może dlatego, kiedy patrzę na zrezygnowanego mężczyznę, którego koszula przyklejona jest do włosów jednego z kotów, uśmiecham się szerzej. Widzę go, jak wyrusza w ulicę otoczoną sześcioma pięknymi, ale bezpańskimi kotami, które ciągną różnokolorowe smycze. Ich Miau? rozbrzmiewa wśród przechodniów, a on, w eleganckim garniturze, trzyma pod pachą lekko pogryziony bukiet czerwonych róż.
Spoglądam na zegarek, chwytam jeden z sześciu kolorowych sznurków, sprawdzam, czy uprząż nie jest poluzowana, i patrzę w okna sali, w której Zuzanna właśnie budzi się po operacji. niedługo pozwolą mi wejść. Wtedy będę mógł wreszcie pożalić się na sześciu leniwych futrzaków, które bez niej nie chcą mnie słuchać. I przyznać się, jak bardzo ją kocham. I iż kochać będę ją zawsze, choćby gdy zniknie na kilka dni w schronisku dla kotów, które nasza firma sfinansowała niedawno.
Jestem głupi, więc mówię to sobie na głos, ale gdy przypominam sobie dzień, w którym otworzyła oczy po pierwszej operacji, wiem, iż tak długo, jak jest przy mnie, nic nie jest ważniejsze niż ta jej głupota. Będę więc dalej spełniał te szalone, chwilowo absurdalne, ale dające jej euforia zachcianki.
Zanim zamknę dziennik: póki nie jest za późno.








