Zamarynowane ogórki Beaty

2 dni temu

Osiem lat jeździłem na działkę Beaty jak na drugą zmianę. Teraz nie jeżdżę i w zasadzie wiem, co ona teraz o mnie mówi sąsiadkom – iż się zaplątałem w pracę, iż zapomniałem, co to przyjaźń. A ja po prostu w końcu wiedziałem, co robię w niedzielę rano.

Nazywam się Tomasz, mam pięćdziesiąt sześć lat, pracuję jako kierownik magazynu w firmie transportowej pod Radomiem. Dwadzieścia osiem lat na hali – umiem rozpoznać, kiedy ktoś próbuje zepchnąć na mnie robotę, zanim jeszcze zdąży to powiedzieć na głos. Z Beatą znam się jeszcze z liceum, odnowiliśmy kontakt jakieś dziesięć lat temu na zjeździe absolwentów. Ona wtedy akurat kupiła z mężem działkę pod Przysuchą, trzydzieści arów, stary sad i kawałek pod warzywa.

Pierwszy raz pojechałem tam z żoną – jeszcze żyliśmy wtedy razem, zanim się rozstaliśmy – zawieźliśmy ciasto drożdżowe i dwa litry kompotu z wiśni. Myślałem, posiedzimy na tarasie, pogadamy o starych czasach. Beata wyszła w gumowcach, wcisnęła mi w ręce sekator i powiedziała, iż przycinanie malin lepiej robi na głowę niż jakakolwiek wódka na zjeździe. Roześmiałem się i wziąłem sekator. Do wieczora obrobiliśmy dwie grządki malin i cały żywopłot. Beata pochwaliła mnie tak, jakbym rozminował pole.

– Ty to masz ręce do roboty, Tomek. Sama bym do Wszystkich Świętych się z tym męczyła.

Poczułem się wtedy ważny. Głupio, ale poczułem.

Potem wyjazdy zaczęły się powtarzać. Kwiecień – przekopać i posadzić. Maj – okopać ziemniaki. Czerwiec – podwiązać pomidory w tunelu foliowym. Lipiec – zbiory porzeczek, przetwory. Sierpień – papryka, cukinia, słoiki. Wrzesień – wykopki, cebula do przebrania. Przyjeżdżałem koło dziewiątej, o dziesiątej klęczałem już między rzędami, a koło drugiej krzyż bolał tak, iż musiałem się prostować co pięć minut, trzymając się za plecy. Beata w tym czasie zwykle siedziała w leżaku pod starą jabłonią z kryminałem i od czasu do czasu rzucała:

– Tomek, odpocznij, bo się zapędzisz.

Odpoczywałem. Dziesięć minut, kubek wody z kranu, i z powrotem do roboty.

Ona nie siedziała całkiem bezczynnie, trzeba przyznać. Zawsze miała coś lekkiego – przebierała nasiona, zamiatała ścieżkę, karmiła kota sąsiadów, który przychodził po jedzenie. Ale między tym zdążyła poleżeć w hamaku, pogadać przez telefon z córką we Wrocławiu i wypić dwie kawy. Ja w tym czasie wyciągałem z ziemi korzenie perzu, białe jak druty, i myślałem, iż w poniedziałek mam inwentaryzację, a ręce mi już nie trzymają niczego.

Trzy lata temu się postawiłem. Miałem powód – u nas w magazynie akurat szedł remanent roczny, wyszedłem z pracy w sobotę o wpół do piątej, ledwo żywy. Beata zadzwoniła w niedzielę rano. Powiedziałem wprost, iż nie dam rady, zmęczony jestem. Westchnęła i rzuciła:

– No to ja sama jakoś, co zrobić, zresztą i tak czuję się ostatnio kiepsko.

Pojechałem. Bo to zdanie o złym samopoczuciu zabrzmiało jak wyrok. Na miejscu zastałem ją leżącą na kanapie z czasopismem, wyglądała na zmęczoną, a na stole kartka: "Pomidory podlej do ósmej rano". Była siódma wieczorem. Wziąłem wąż ogrodowy i poszedłem.

Zapamiętałem zwłaszcza jeden dzień, koniec lipca zeszłego roku, zbieraliśmy czarne porzeczki. Stałem w słońcu, gryzły mnie komary, wiaderko na sznurku na szyi, obok Beaty szarpała krzaki jakaś sąsiadka z działki obok, której choćby nie znałem po imieniu. Beata w tym czasie siedziała w domu, bo zrobiło jej się duszno. Po godzinie wyszła z telefonem i zrobiła nam zdjęcie na tle krzaków.

– To na pamiątkę – zaśmiała się.

Zrozumiałem wtedy, iż jest dumna z tego zdjęcia. Nie ze mnie. Z tego, jak sprytnie to wszystko urządziła.

Mąż Beaty, Waldek, człowiek małomówny, kiedyś powiedział mi bez żadnej złośliwości:

– Dobrze, iż jesteś, Tomek. Beata z tobą w ogóle ogarnia dom i ogród.

Milczałem wtedy. Długo nie mogłem zrozumieć, co mnie w tym zdaniu zabolało. A zabolał ton – taki, jakim mówi się o przydatnym sprzęcie. Jak o glebogryzarce, którą się wypożycza na weekend.

Ostatnią kroplą był koniec sierpnia. Przyjechałem w piątek po pracy, pomóc z przetworami na zimę. Beata wyszła na ganek w letniej sukience, z umytą głową, pomalowanymi paznokciami. W kuchni stały trzy skrzynki ogórków, worek papryki i dwadzieścia słoików. Przytuliła mnie w progu.

– Nie wiesz, jak się zmachałam w tym tygodniu. Zróbmy to szybko, a wieczorem zrobię ci sałatkę.

Przebrałem się, stanąłem przy garach. Beata usiadła na taborecie z laptopem i włączyła serial. Czasem wstawała, zaglądała do garnka i mówiła:

– Ojej, jak ładnie pachnie. Tylko nie zapomnij octu, bo mi w zeszłym roku wszystkie słoiki powybuchały.

I wracała do serialu. O dziesiątej wieczorem domyłem ostatni słoik. Sałatkę zrobiłem sobie sam, pokroiłem warzywa w ciszy, bo Beata już spała na fotelu pod kocem. Zjadłem w kuchni, sam, i poszedłem spać.

W niedzielę wyjechałem o szóstej rano, zanim się obudziła. Zostawiłem kartkę, iż wezwali mnie pilnie do pracy. Nie wezwali. Po prostu nie mogłem już słuchać jej głosu. W drodze do domu płakałem. Nie z żalu nawet, tylko ze złości na siebie samego. Miałem pięćdziesiąt sześć lat, dwadzieścia osiem przepracowałem z ludźmi, umiałem odmówić kierowcy, dostawcy, bratu – a tu latami nie potrafiłem powiedzieć jednego zdania: "Nie będę już na ciebie pracował".

Zimą zadzwoniła, zaprosiła na sylwestra. Odmówiłem, powiedziałem, iż jestem zmęczony, chcę posiedzieć sam. Zdziwiła się, ale nie naciskała. Potem zadzwoniła w marcu:

– Tomek, trzeba by szklarnię wyczyścić.

Odpowiedziałem, iż mam swoje sprawy. Nie zrozumiała:

– Jakie sprawy? Przecież w sobotę jesteś wolny.

Powiedziałem, iż wolny, ale chcę ten dzień spędzić u siebie. Roześmiała się i rzuciła:

– No, ale z ciebie domator się zrobił.

I odłożyła słuchawkę.

W maju zadzwoniła znowu.

– Tomek, co się z tobą dzieje? Beze mnie – to znaczy beze mnie w sensie beze mnie, ty beze mnie – ja bez ciebie sobie nie radzę. Trzeba ziemniaki sadzić, sama nie dam rady…

Tym razem nie zacząłem się tłumaczyć. Powiedziałem tylko, iż w tym roku ziemniaki posadzi ktoś inny, bo ja mam swój ogródek działkowy – mały, czterysta metrów, który wynająłem w marcu od miasta za sto osiemdziesiąt złotych rocznie, pięć przystanków autobusem od mojego bloku. Zapadła cisza na linii, trwała z pięć sekund.

– Jaki ogródek? Od kiedy?

– Od marca. Sadzę tam, co chcę, i nikomu nie muszę tłumaczyć, dlaczego o drugiej idę do domu.

Beata nie zadzwoniła już więcej tego lata. Dowiedziałem się od wspólnej znajomej, Grażyny, iż Beata opowiada wszystkim, iż się odmieniłem, iż znajomość przez tyle lat, a teraz "nawet nie pomoże przy ziemniakach". Nie odpisałem jej na to, nic nie prostowałem.

We wrześniu spotkałem Waldka na targu w Przysusze, kupował sadzonki czosnku na zimę. Zapytał, czy wpadnę pomóc przy wykopkach. Powiedziałem, iż nie, iż teraz mam swoją grządkę i w sobotę będę akurat przy swoich ziemniakach. Skinął głową, nic więcej nie powiedział, kupił sadzonki i poszedł.

Mój ogródek działkowy ma cztery grządki, altankę po poprzednim dzierżawcy i krzak agrestu, który sam się rozrósł. W tym roku zebrałem dwadzieścia kilo ziemniaków, dziesięć słoików ogórków małosolnych i tyle pomidorów, iż rozdałem połowę sąsiadom z alejki obok. Siedzę tam czasem do zmierzchu, sam, z termosem herbaty, i nikt mi nie robi zdjęcia na pamiątkę. Beata zadzwoniła raz, w październiku, zapytać, czy wpadnę na opłatek przed świętami. Odpowiedziałem, iż zobaczę, jak będę miał czas. Wiem, iż nie pojadę. I wiem, iż ona już też to wie – po tej ciszy w telefonie, która trwała trochę za długo, żeby być przypadkowa.

Idź do oryginalnego materiału