Kiedy odbieraliśmy klucze, trzymałam męża za rękę i powtarzałam w myślach: „Udało się”. Kredyt był wysoki, ale do udźwignięcia. Resztę dołożyli jego rodzice.
– To prezent na start – powiedziała teściowa, wręczając przelew. – Nie chcemy, żebyście zaczynali z takim ciężarem.
Byłam wdzięczna. Naprawdę.
Ale gdzieś w środku miałam też przekonanie, iż dla nich to niewielki wydatek. Zawsze sprawiali wrażenie oszczędnych aż do przesady. Stare auto, te same płaszcze od lat, wakacje tylko nad pobliskim jeziorem. Myślałam: skąpią, choć śpią na pieniądzach.
Czasem żartowałam z mężem:
– Twoi rodzice mogliby wreszcie trochę pożyć, zamiast liczyć każdy grosz.
On wzruszał ramionami.
– Tacy są.
Wprowadziliśmy się. Nowe meble, ogród, plan na dziecko. Teściowie przyjeżdżali rzadko. Nigdy nie zostawali na noc. Nigdy nie prosili o nic w zamian.
A potem, dwa lata później, zadzwonił telefon.
– Musimy porozmawiać – powiedział teść.
Przyjechali wieczorem. Siedzieli przy naszym dębowym stole, który kupiliśmy częściowo za ich pieniądze. Teściowa była blada. Teść nie patrzył mi w oczy.
– Potrzebujemy tych pieniędzy z powrotem – powiedział w końcu.
Zamarłam.
– Jak to… z powrotem? Przecież to był prezent.
Cisza była gęsta jak dym.
– Nie był prezentem – odezwała się cicho teściowa. – To były nasze oszczędności. Wszystkie.
Poczułam, jak robi mi się gorąco.
– Przecież… mieliście odłożone. Zawsze byliście tacy oszczędni.
Teść uśmiechnął się gorzko.
– Oszczędni, bo nie mieliśmy z czego wydawać.
Dowiedziałam się wtedy rzeczy, o których nie miałam pojęcia. Że przez lata odkładali każdą nadwyżkę z emerytury. Że zrezygnowali z prywatnych wizyt lekarskich. Że te „wakacje nad jeziorem” były jedynym, na co było ich stać.
– Chcieliśmy wam dać lepszy start niż my mieliśmy – powiedziała teściowa. – Myśleliśmy, iż jakoś sobie poradzimy.
Nie poradzili sobie.
Czynsz wzrósł. Leki podrożały. Teść trafił do szpitala. Oszczędności zniknęły. Zostali z długami.
Siedziałam przy tym samym stole, przy którym jeszcze niedawno planowałam kolor zasłon, i czułam, jak wstyd rozlewa się po mnie falą.
Myślałam, iż śpią na kasie.
A oni biedowali jak żebracy, byśmy mogli mieszkać w tym domu.
– Ile potrzebujecie? – zapytał mój mąż ochrypłym głosem.
Kwota była ogromna. Dla nich – wszystko. Dla nas – niemal połowa tego, co jeszcze spłacaliśmy bankowi.
Tej nocy nie spałam. Chodziłam po salonie, dotykałam ścian, które tak bardzo chciałam mieć. Każda z nich była jak wyrzut sumienia.
Przypomniałam sobie, jak kiedyś powiedziałam, iż „mogliby wreszcie trochę pożyć”. A oni już wtedy liczyli, czy starczy na opał.
Rano podjęliśmy decyzję.
Wystawiliśmy dom na sprzedaż.
To bolało bardziej, niż się spodziewałam. To miało być nasze miejsce na zawsze. Ale nie mogłam żyć w murach zbudowanych na ich wyrzeczeniu.
Kiedy podpisywaliśmy umowę sprzedaży, teściowa płakała.
– Nie o to nam chodziło – powtarzała.
– Nam też nie – odpowiedziałam.
Oddaliśmy im pieniądze. Co do złotówki.
Dziś wynajmujemy mniejsze mieszkanie. Nie ma ogrodu ani dębowego stołu. Jest za to coś, czego wcześniej nie rozumiałam – świadomość ceny, jaką inni płacą za nasze marzenia.
I kiedy patrzę na teściów, nie widzę już ludzi „śpiących na kasie”.
Widzę dwoje starszych ludzi, którzy oddali nam wszystko, co mieli.
A ja żałuję, iż zrozumiałam to dopiero wtedy, gdy zażądali zwrotu.

5 godzin temu