Wyspa, której nikt nie miał zwiedzać

5 godzin temu

Robert Zalewski ma pięćdziesiąt trzy lata i od siedemnastu pracuje jako sternik pogłębiarki w porcie w Świnoujściu. Mówi, iż widział już niemal każdy centymetr tej zatoki, bo pogłębiarka chodzi tam, gdzie trzeba wybrać piasek, żeby statki mogły przepłynąć. Ale tej jesieni, w październiku, zobaczył coś, czego wcześniej nie było: kawałek lądu, który jeszcze rok temu był tylko numerem na mapie robót czerpalnych.

– Woziliśmy ten piasek z toru podejściowego do portu – mówi, siedząc na burcie pogłębiarki „Kormoran III", z termosem herbaty w ręku. – Normalnie taki urobek idzie na obszar odkładu, gdzieś na dno, i tyle. A tu ktoś z zarządu morskiego powiedział: nie, tym razem zrobimy z tego wyspę. Myślałem, iż żartują.

Nie żartowali. W pobliżu Ogrodniczek, kilka kilometrów od ujścia Świny, z mas piasku wydobywanego podczas pogłębiania toru wodnego do Świnoujścia i Szczecina usypano sztuczny skrawek lądu o powierzchni kilku hektarów. Bez nabrzeża, bez latarni, bez ścieżki dla turystów. Bez niczego, co człowiek mógłby nazwać wygodą.

Robert pamięta, jak pierwszej wiosny po usypaniu wyspy przypłynął tam z inspektorem nadzoru, żeby sprawdzić, czy piasek się nie osypuje przy sztormowej pogodzie. Wyłączyli silnik jakieś czterdzieści metrów od brzegu, bo bliżej nie wolno – właśnie wtedy, nie wiedząc jeszcze dlaczego, zobaczył rybitwy. Całe stada. Krążyły nad wydmą, siadały, znowu wzlatywały, jakby sprawdzały, czy to miejsce jest bezpieczne.

– Mój syn pracuje w nadleśnictwie, to on mi wyjaśnił, co to za ptaki – mówi Robert. – Rybitwa rzeczna i rybitwa białoczelna. Jak jest trawa, to przychodzi lis albo kuna i zjada jajka. Tu lis się nie dostanie.

To była cała logika przedsięwzięcia Urzędu Morskiego w Szczecinie: piasek z kanału żeglugowego, zamiast na hałdę albo w głąb morza, ułożyć tak, żeby stał się miejscem gniazdowania dla ptaków, których na polskim wybrzeżu z roku na rok jest mniej.

Miejscowi rybacy z początku byli sceptyczni. Pan Henryk, który zarzucał sieci w tej okolicy od czterdziestu lat, uważał to za stratę pieniędzy. Zmienił zdanie, kiedy zobaczył, ile ptaków zaczęło tam wracać każdej wiosny i ile ryb kryło się w spokojniejszej wodzie wokół wyspy.

Ósmy lipca, za dziesięć dwunasta. Robert stał przy sterze „Kormorana III", kiedy przez radio odezwał się głos ornitologa z lokalnego stowarzyszenia, który tego dnia obserwował kolonię z lunetą z pokładu łodzi patrolowej „Mewa".

– Robert, masz tam kogo w pobliżu? Bo jakaś motorówka właśnie wsiadła na piasek po północnej stronie.

Przez lornetkę Robert zobaczył białą motorówkę wynajętą ze świnoujskiej przystani, zakotwiczoną jakieś trzydzieści metrów od brzegu. Czterech ludzi wyszło na mieliznę, dwoje z aparatami, jedno niosło na rękach dziecko. Szli w głąb wydmy, tam gdzie piasek był najgęściej usiany gniazdami.

Rybitwy zerwały się jednocześnie, chmarą, z krzykiem, który Robert znał z opowieści syna, ale nigdy jeszcze nie słyszał z tak bliska przez radio – bo ornitolog trzymał wtedy mikrofon otwarty, nie wyłączając nadawania. Ptaki krążyły nad głowami turystów, nurkowały niżej i niżej, a ci odganiali się rękami, śmiejąc się, robiąc zdjęcia.

– Ile minut im zejdzie, zanim dopłynie straż? – zapytał Robert, już ruszając „Kormoranem" w tamtą stronę, choć wiedział, iż pogłębiarka i tak dobije za późno.

– Dwadzieścia, może dwadzieścia pięć – odpowiedział ornitolog. – Jajo wychładza się w kilka minut, Robert. jeżeli oni tam postoją z kwadrans, to po lęgu.

Robert patrzył, jak jedna z rybitw usiadła z powrotem na piasek, tuż za plecami mężczyzny z aparatem, i zaraz zrywała się znowu, bo ten się odwrócił. Druga nie wracała do gniazda wcale, tylko krążyła w coraz szerszych kołach, jakby już wiedziała, iż nie ma sensu. Zegarek na desce rozdzielczej pokazywał dwanaście zero trzy, kiedy w radiu odezwał się głos straży granicznej z jednostki patrolowej SG-244: dopływają od strony Świnoujścia, będą za dziesięć minut.

Te dziesięć minut Robert pamięta jako najdłuższe w tym sezonie. Turyści w końcu usłyszeli silnik łodzi straży i zaczęli się pakować, ale niespiesznie, jakby wciąż nie rozumieli, co się dzieje. Kiedy łódź SG-244 dobiła do brzegu, dwóch funkcjonariuszy wyszło na piasek, spisało dane właściciela motorówki i nałożyło mandat – pięćset złotych od osoby za wejście na obszar chronionego gniazdowania. Turyści odpłynęli bez słowa.

Ornitolog obchodził potem kolonię prawie dwie godziny. Z dwudziestu trzech gniazd w tej części wydmy ocalały siedemnaście. Sześć jaj wychłodziło się do tego stopnia, iż zarodki już nie miały szans.

– Rok wcześniej bym pomyślał, iż to tylko kilka jaj, co to szkodzi – mówi Robert. – Ale jak zobaczyłem tę rybitwę krążącą w kółko nad swoim gniazdem, bo już wiedziała, iż nie ma po co wracać, to zrozumiałem, iż dla niej to był cały sezon.

Mimo tego incydentu populacja na wyspie z roku na rok rosła. Dziś, jesienią, kiedy większość ptaków już odleciała na zimowiska, Robert i jego koledzy z ekipy „Kormorana III" wciąż pływają w okolicy, bo prace konserwacyjne – dosypywanie piasku w miejscach, gdzie fale go zabierają – realizowane są praktycznie bez przerwy.

– W zeszłym tygodniu dostaliśmy zlecenie, żeby dowieźć kolejną partię piasku na północny skraj wyspy, bo sztorm z września zerwał kawałek brzegu – mówi Robert, pokazując zdjęcie na telefonie: żółty pas lądu, mewy krążące w tle, szary Bałtyk dalej. – Jak się robi taką wyspę, to się ją potem pielęgnuje jak ogród.

W sierpniu syn zabrał go tam z lornetką, żeby pokazać mu rybitwy z bliska, zza linii bezpiecznej odległości. Stali na pokładzie „Mewy", silnik wyłączony, czterdzieści metrów od brzegu. Robert przez dobre dziesięć minut patrzył, jak ptak, który wrócił z połowu, podaje rybę pisklętom w gnieździe ułożonym w zwykłym dołku w piasku – tym samym piasku, który sam, swoimi rękami, kiedyś przewoził przez tę zatokę. Syn trzymał lornetkę przy oczach, nie odrywając wzroku, i tylko wskazywał palcem, kiedy pisklę otworzyło dziób.

Idź do oryginalnego materiału