Trzynaście lat pracuję na tym odcinku i takich rzeczy nie zapomina się choćby po zmianie. Prowadzę lawetę dla firmy pomocy drogowej pod Rzeszowem, wezwania przez radio, czasem przez telefon od dyspozytora. Tamtego wieczoru, w połowie listopada, padał ten drobny, uporczywy deszcz, który zmienia asfalt na siedemdziesiątce siódmej w lustro. Dostałem zgłoszenie o zepsutym aucie na poboczu, nic nadzwyczajnego. Miałem być za dwadzieścia minut w domu, żona odgrzewała żurek, syn czekał z zeszytem od matematyki, bo obiecałem mu pomóc z ułamkami.
Zjeżdżając z wiaduktu koło stacji Orlen, zobaczyłem na poboczu zaparkowaną Corsę z awaryjnymi i kobietę klęczącą na mokrym żwirze. Zwolniłem, bo pomyślałem, iż to ona się zepsuła. Dopiero z bliska zauważyłem, co robi. Klęczała przy owczarku australijskim, dużym, chyba ze trzydzieści kilo, który leżał w rowie przy krawędzi jezdni. Pies nie skowyczał. To było najgorsze — cisza z jego strony, tylko ten krótki, mokry oddech, jakby się dusił własnym bólem.
Kobieta miała na sobie fartuch medyczny, taki jednorazowy, tyle iż już cały w błocie i rozdarty na pasy. Później się dowiedziałem, iż wracała z dyżuru w szpitalu przy Szopena, dwunastogodzinnego, i iż to był jej własny fartuch, z wyhaftowanym imieniem — Marta. Rozdarła go gołymi rękami, żeby zrobić coś w rodzaju noszy, bo w bagażniku Corsy nie miała nic prócz trójkąta i apteczki na komórkę.
Podszedłem, zapytałem, czy wezwać straż albo weterynarza z ostrego dyżuru w Głogowie Małopolskim, bo tam jest całodobowa lecznica. Powiedziała tylko: „Pomóż mi go unieść, nie mam siły sama, noga chyba złamana”. Nie było czasu w rozmowy. Otworzyłem tylną klapę mojej Skody, wyjąłem koc przeciwpoślizgowy, który zwykle podkładam pod podnośnik, i we dwoje, ona trzymając głowę psa, ja tył ciała, przenieśliśmy go do jej auta. Pies ani razu nie warknął. Tylko wpatrywał się w nią, jakby sprawdzał, czy jeszcze tam jest.
Zanim odjechała, spytałem, jak mu na imię. Powiedziała, iż nie wie, iż to bezpański, nikt się nie zatrzymał wcześniej, mijali go jak worek, który wypadł z bagażnika. Zapisałem numer jej rejestracji na wszelki wypadek, bo pomyślałem, iż może ktoś będzie szukał psa, może ktoś zgłosi zaginięcie. Nikt nie zgłosił.
Spotkałem ją przypadkiem sześć tygodni później, na stacji benzynowej przy tej samej siedemdziesiątce siódmej, tankowała tę swoją Corsę. Rozpoznała mnie po kurtce firmowej. Powiedziała, iż psu dała na imię Wulkan, bo lekarz w lecznicy przy Głogowie powiedział, iż z takim urazem miednicy zwierzę nie powinno było przeżyć, a ono jednak wybuchło życiem z powrotem. Kość się zrosła, ale kuleje, kiedy pada, pokazała mi, jak niesie tylną łapę pod dziwnym kątem, kiedy chodnik jest mokry.
Zapytałem o fartuch. Powiedziała, iż trzyma go w szufladzie w przedpokoju, złożony, nie wyprany. Nie jako trofeum, tylko dlatego, iż przypomina jej, ile waży dwadzieścia minut, kiedy ktoś akurat zdecyduje się zatrzymać zamiast objechać.
Nie wiem, co się dzieje z ludźmi, którzy mijają coś takiego na drodze bez klaksonu, bez zwolnienia. Widziałem tego wieczoru trzy samochody, które zwolniły i pojechały dalej. Ja stanąłem, bo miałem wezwanie na to pobocze, nic więcej. Ona stanęła, bo po prostu zobaczyła, iż bok tego psa jeszcze się unosi. Tyle różnicy było między życiem a kolejnym mokrym workiem na krawędzi jezdni.

7 godzin temu








![Kolejny królik trafił do schroniska. „Wciąż czeka na dom” [ZDJĘCIA]](https://krknews.pl/wp-content/uploads/2026/09/813747583_3669638716529328_1497975332143378025_n.jpg)