„Wszyscy drwili ze mnie, bo nie chciałam zadowolić się byle kim. Dziś wiem, iż warto było czekać na prawdziwą miłość”

zdrowie.kobieta.pl 2 godzin temu
Zdjęcie: Wszyscy drwili ze mnie, bo nie chciałam zadowolić się byle kim, fot. Getty Images, zdjęcie ilustracyjne, asier lopez


Kiedy po zdaniu matury postanowiłam kontynuować naukę na studiach, mieszkańcy mojego miasteczka byli przekonani, iż wyjazd do Warszawy ma jeden konkretny cel, a mianowicie znalezienie sobie męża. Bo przecież czego innego mogłabym szukać w stolicy? Według nich wyższe wykształcenie nie było mi do niczego potrzebne, skoro prędzej czy później i tak miałam przejąć rodzinny biznes, czyli niewielki sklep spożywczy. Nie brakowało choćby osób, które twierdziły, iż równie dobrze mogłabym od razu rozpocząć pracę za ladą. W końcu w okolicy nie brakowało kawalerów, więc po co miałabym szukać przyszłego męża aż tak daleko?

Wierzyłam, iż czeka na mnie miłość

Na przekór wszystkim po ukończeniu studiów wróciłam do rodzinnych stron bez partnera u boku. Dla jednych byłam po prostu singielką, dla innych zaś starą panną, która dawno przekroczyła już dwudziesty piąty rok życia. Niemal natychmiast zaczęły się szepty i komentarze, iż najwyraźniej musi być ze mną coś nie tak, skoro do tej pory nie udało mi się nikogo znaleźć. Tłumaczenia, iż nie spotkałam jeszcze odpowiedniego mężczyzny, na kilka się zdawały. Zamiast zrozumienia otrzymywałam krytykę, ponieważ ludzie wokół mnie zupełnie nie pojmowali, dlaczego nie chcę wiązać się z kimś tylko po to, by spełnić ich oczekiwania.

Kiedy opowiadałam o marzeniu znalezienia prawdziwej bratniej duszy, patrzyli na mnie z politowaniem, jakbym postradała zmysły. Niektórzy wręcz pukali się w czoło, słysząc moje rozważania o drugiej połówce. Ich zdaniem takie historie można było znaleźć wyłącznie w romantycznych powieściach dla nastolatek, a nie w prawdziwym życiu. Tymczasem moje koleżanki z czasów szkolnych dawno zdążyły znaleźć sobie partnerów spośród miejscowych kawalerów. Jedne wychodziły za mąż, inne zakładały rodziny i zostawały matkami. Ja natomiast wciąż nie zamierzałam rezygnować z własnych marzeń. przez cały czas wierzyłam, iż gdzieś czeka na mnie mężczyzna, z którym połączy mnie coś wyjątkowego. Nie chciałam wybierać kogokolwiek tylko dlatego, iż tak wypadało. Wolałam poczekać na tego jedynego, choćby jeżeli dla całej okolicy moje podejście wydawało się kompletnie niezrozumiałe.

Moja babcia była mistrzynią złośliwości

Starałam się ignorować kąśliwe uwagi, które regularnie słyszałam od ludzi z mojego otoczenia, ale nie zawsze potrafiłam przejść nad nimi do porządku dziennego.

– No dobrze, a kiedy wreszcie przedstawisz nam tego swojego tajemniczego ukochanego? Jak długo jeszcze zamierzasz go przed nami ukrywać? – pytali z ironicznymi uśmiechami.

Jedna z moich kuzynek posunęła się choćby do tego, iż zaczęła mnie śledzić. Pewnego dnia wybrałam się do teatru, po prostu dlatego, iż miałam ochotę obejrzeć przedstawienie. Dla niej jednak takie wyjaśnienie było nie do przyjęcia. Uznała, iż teatr stanowi jedynie pretekst do spotkania z jakimś mężczyzną. Kiedy w końcu wyszło na jaw, iż byłam tam sama i naprawdę interesowała mnie wyłącznie sztuka, nie potrafiła ukryć swojego zdumienia.

Jednak prawdziwą mistrzynią uszczypliwości była moja babcia. Podobno wyszła za dziadka nie z miłości, ale z czystej kalkulacji. Sama zresztą nigdy nie ukrywała, iż taki wybór okazał się dla niej znacznie korzystniejszy niż kierowanie się uczuciami. Ich związek przypominał raczej układ finansowy niż romantyczną historię. Babcia była piękną kobietą, ale nie miała żadnego majątku, natomiast dziadek, choć niezbyt urodziwy i sporo od niej starszy, dysponował pokaźnymi pieniędzmi. To właśnie dzięki jego fortunie rodzina dorobiła się kamienicy przy rynku. Nic więc dziwnego, iż babcia nie przywiązywała większej wagi do romantycznych uniesień.

– Miłością nie zapłacisz rachunków ani nie postawisz domu! – mawiała przy każdej okazji. A kiedy uznała, iż moje podejście do życia jest niedorzeczne, jej komentarze stały się jeszcze bardziej bezlitosne.

– To miejsce przy stole zostawmy Natalce. Ona i tak pewnie już na zawsze zostanie starą panną! – rzucała podczas rodzinnych spotkań, nie przejmując się tym, jak bardzo mogą mnie zaboleć jej słowa.

Po prostu wciąż czekałam na kogoś, z kim naprawdę chciałabym dzielić życie. Dla babci takie wyjaśnienie najwyraźniej nie miało jednak żadnego znaczenia. Pewnego dnia otrzymałam od niej dość osobliwy podarunek

– Przynajmniej dzięki temu zaznasz w życiu odrobiny miłości – stwierdziła babcia, wręczając mi tajemnicze dość duże pudełko.

W środku znajdował się przeuroczy, maleńki kotek, który cichutko miauczał, jakby chciał zwrócić na siebie moją uwagę. „No jasne” – pomyślałam z przekąsem. „Przecież każda stara panna powinna mieć kota”. Mimo tej złośliwej refleksji od razu skradł moje serce. Postanowiłam nazwać go Filemon i szybko stał się moim wiernym towarzyszem. Miał rudawą sierść ozdobioną subtelnymi pręgami, a z biegiem czasu wyrósł na naprawdę potężnego kota z długim, okazałym ogonem. Z czasem zaczęłam zabierać go na spacery, przypinając do długiej smyczy. Ten pomysł nie spotkał się jednak z aprobatą mieszkańców miasteczka. Ludzie już wcześniej uważali mnie za ekscentryczkę, a wyprowadzanie kota na smyczy tylko utwierdziło ich w tym przekonaniu. W moich stronach choćby spacerowanie z psem na smyczy niektórym wydawało się dziwne, więc nietrudno sobie wyobrazić, jak reagowali na mój widok z Filemonem.

– Teraz to już zupełnie nikt nie będzie traktował cię poważnie. A przecież do naszej miejscowości rzadko zaglądają jacyś obcy mężczyźni – dogadywała mi babcia, jak zwykle nie przepuszczając okazji do złośliwego komentarza.

Mój Filemon zapadł się pod ziemię

Niestety pewnego dnia stało się coś strasznego. Postanowiłam dać mojemu kotu coś do jedzenia. Wołałam go kilkukrotnie, ale nie przychodził, co od razu wydało mi się podejrzane. Zaczęłam więc go szukać. Najpierw zajrzałam do wszystkich pomieszczeń w domu, a później wyszłam na zewnątrz, licząc, iż gdzieś się schował. Niestety, nigdzie nie było po nim śladu. Mój ukochany Filemon jakby zapadł się pod ziemię. Zaniepokojona poprosiłam pozostałych domowników, żeby pomogli mi go odnaleźć. Nie wiem, czy udałoby nam się cokolwiek ustalić, gdyby nie zupełny przypadek. Piłka, którą bawiły się dzieci z sąsiedztwa, wpadła na dach budynku. Chłopcy postanowili wspiąć się na górę, żeby ją odzyskać, i właśnie wtedy dokonali niespodziewanego odkrycia.

– Proszę pani! Znaleźliśmy pani kotka! Jest na dachu! – zawołali głośno.

Kiedy dotarłam na miejsce, zobaczyłam Filemona leżącego na dachu w bardzo ciężkim stanie. Wyglądał tak, jakby ledwo trzymał się przy życiu. Do dziś nie wiem, jak się tam znalazł. Nie miałam jednak czasu w rozważania. Mimo iż robiło się już późno, natychmiast zabrałam go do weterynarza. Niestety, w naszej niewielkiej miejscowości działała tylko jedna lecznica, a tamtejszy lekarz miał podobno większe doświadczenie w leczeniu zwierząt gospodarskich niż domowych. Mimo to właśnie w nim pokładałam ostatnią nadzieję. Kiedy jednak dotarłam na miejsce, przeżyłam kolejny szok. Drzwi przychodni były zamknięte, a w środku nikogo nie było.

– Wyjechali na urlop! – wyjaśniła mi sąsiadka, którą zauważyłam przy pobliskim ogródku. – Ale jutro rano ma się pojawić jakiś weterynarz, który będzie zastępował naszego doktora.

Z samochodu wysiadł mężczyzna

Miałam czekać aż do następnego dnia? Nie potrafiłam powstrzymać łez. Rozpacz całkowicie mnie przytłoczyła, a z bezsilności miałam wrażenie, iż nie jestem w stanie wykonać choćby najmniejszego ruchu. Stałam przed zamkniętą lecznicą i płakałam, nie wiedząc, co jeszcze mogę zrobić, żeby uratować swojego ukochanego zwierzaka. W głębi duszy przeczuwałam najgorsze. O tej porze nie miałam praktycznie żadnej możliwości uzyskania pomocy, a przecież w większych miastach powinny działać całodobowe kliniki weterynaryjne.

Problem polegał na tym, iż najbliższa znajdowała się ponad pięćdziesiąt kilometrów od nas. Bałam się, iż Filemon nie wytrzyma tak długiej podróży, ale nie mogłam po prostu się poddać. Musiałam spróbować, choćby jeżeli szanse były niewielkie. Właśnie zamierzałam wrócić do domu, by poprosić tatę o zawiezienie mnie do miasta, gdy nagle obok lecznicy zatrzymał się samochód. Z auta wysiadł mężczyzna, który bez pośpiechu podszedł do drzwi i zaczął otwierać zamek. Zatrzymałam się w pół kroku, nie dowierzając własnym oczom.

– Przyjechała pani tutaj ze swoim kotem? – zapytał, spoglądając na mnie.

– Tak! Właśnie tak! – odpowiedziałam niemal natychmiast, a w moim głosie po raz pierwszy od dłuższego czasu znów pojawiła się nadzieja.

– W takim razie zapraszam do środka – powiedział, obdarzając mnie ciepłym, przyjaznym uśmiechem.

To naprawdę wyglądało jak cud! Dopiero później weterynarz wyjaśnił mi, iż pierwotnie zamierzał pojawić się w lecznicy dopiero następnego ranka. W ostatniej chwili przypomniał sobie jednak, iż zostawił tam telefon, dlatego musiał wrócić po niego jeszcze tego wieczoru. Od razu zajął się Filemonem. Dokładnie go zbadał, podał mu odpowiednie środki. Niestety, nie było dokładnie wiadomo, co się stało.

– Teraz wiele zależy od jego ogólnego stanu zdrowia i tego, ile ma w sobie siły do walki – wyjaśnił. – No i oczywiście od tego, jak bardzo panią kocha – dodał z uśmiechem, patrząc mi przy tym prosto w oczy.

Muszę przyznać, iż od razu wydał mi się niezwykle sympatycznym człowiekiem. Był życzliwy, spokojny i troskliwy, a na dodatek po wszystkim odwiózł mnie razem z Filemonem pod same drzwi mojego bloku. Oczywiście babcia nie mogła przegapić takiej okazji! Wystarczyło, iż zobaczyła mnie w towarzystwie przystojnego mężczyzny, a już zjawiła się obok, żeby dowiedzieć się, kim jest mój nowy znajomy. Tym razem jednak nie zamierzałam wdawać się z nią w żadną dyskusję. Nie odpowiedziałam na jej pytania, bo miałam znacznie ważniejsze sprawy na głowie. Całą noc spędziłam przy Filemonie, nie odstępując go choćby na krok. Wsłuchiwałam się w jego nierówny oddech. W tamtej chwili nie zaprzątałam sobie głowy żadnym przystojnym weterynarzem. Liczył się wyłącznie mój ukochany kot.

Bratnie dusze naprawdę istnieją

Już następnego ranka przystojny weterynarz zadzwonił do mnie, żeby zapytać, jak czuje się Filemon. Byłam trochę zdziwiona, iż miał mój numer telefonu, ale gwałtownie uznałam, iż musiał znaleźć go w dokumentacji mojego kota.

– Dziękuję, chyba jest już nieco lepiej niż wczoraj – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

– jeżeli nie będzie pani miała nic przeciwko, chętnie zajrzę do was po obiedzie i sprawdzę, czy jego stan się poprawił – zaproponował.

Oczywiście od razu się zgodziłam, przekonana, iż kieruje nim wyłącznie troska o zdrowie mojego pupila. Tymczasem babcia na jego widok niemal dostała wypieków z ekscytacji. Zachowywała się tak, jakby przyszedł z pierścionkiem i zamierzał poprosić ją o rękę! Natychmiast uruchomiła cały swój repertuar gościnności, częstując Pawła, bo tak miał na imię, kawą i domowymi ciasteczkami. Ja natomiast miałam ochotę zapaść się pod ziemię z zażenowania. On zdawał się jednak niczym nie przejmować, swobodnie rozmawiał z babcią, a kiedy wychodził, stwierdził jeszcze, iż jest bardzo miłą kobietą.

– Podobasz mu się! – oznajmiła babcia z triumfem, gdy tylko zamknęły się za nim drzwi.

Była tak podekscytowana, iż nie sposób było przemówić jej do rozsądku. Ja zaś byłam przekonana, iż niepotrzebnie robi sobie nadzieję. Przecież Paweł chciał jedynie dopilnować, żeby Filemon wrócił do zdrowia. Przynajmniej tak mi się wówczas wydawało. Byłam całkowicie pochłonięta opieką nad kotem i choćby przez myśl mi nie przeszło, iż weterynarz może mieć wobec mnie inne zamiary. A jednak dwa tygodnie później zaprosił mnie do kina!

Dziś jestem szczęśliwą żoną weterynarza

Kiedy usłyszałam jego propozycję, zupełnie nie wiedziałam, co powiedzieć. Nagle spojrzałam na niego inaczej. Zaczęłam dostrzegać w nim fascynującego mężczyznę, który uwielbiał czytać książki, miał niezwykłe poczucie humoru i potrafił mnie rozbawić jak nikt inny. Nigdy wcześniej nie spotkałam kogoś, z kim tak dobrze bym się rozumiała. Nasza znajomość stopniowo przerodziła się w miłość, a po wielu różnych przygodach odkryłam, iż Paweł jest właśnie tym mężczyzną, na którego czekałam przez całe życie. Rok temu powiedzieliśmy sobie sakramentalne „tak”.

Można więc uznać, iż babcine marzenia o moim zamążpójściu w końcu się spełniły. Co więcej, to właśnie Filemon, którego otrzymałam od niej w prezencie, pomógł mi odnaleźć miłość. Dzisiaj jestem żoną weterynarza, a mieszkańcy naszego miasteczka zdążyli już przyzwyczaić się do widoku kobiety spacerującej z kotem na smyczy. Najwyraźniej uznali, iż żonie specjalisty zajmującego się zwierzętami wolno pozwolić sobie na odrobinę ekscentryczności. Babcia oczywiście nie zamierza na tym poprzestać.

– Jak tylko doczekasz się dzidziusia, przestaniesz wymyślać takie dziwactwa! – twierdzi z przekonaniem.

Cóż, kto wie? Może i tym razem jej przewidywania okażą się trafne.

Natalia, 27 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

  • „Przez 10 lat unikałam byłego męża i trudnych pytań. Nad grobem przyjaciółki nie mogłam już udawać, iż nic mnie nie rusza”
  • „Myślałam, iż córka wpada do mnie z tęsknoty. Gdy zajrzałam do jej torby, moje matczyne serce zadrżało z rozczarowania”
  • „Przez trzy lata wkładałam każdą złotówkę w działkę należącą do teściów. Gdy skończyliśmy remont domku, pokazali nam drzwi”

Idź do oryginalnego materiału