Przyszła na świat wnuczka, a synowa nie chce mojego psa! Co mam robić?
Nie wiem, jak postąpić…
Postanowiłem napisać tutaj, ponieważ mam nadzieję, iż wielu mnie zrozumie. Może ktoś choćby poradzi – czy mam rację, czy jednak się mylę?
Mam dwóch synów – Szymona i Michała. Obaj od dłuższego czasu mieszkają w Hiszpanii, ale w różnych miastach. Szymon ma już rodzinę i małą córeczkę, natomiast Michał wciąż szuka tej jedynej.
Kiedy moi chłopcy byli jeszcze mali, nasza rodzina się rozpadła – ich matka i ja się rozeszliśmy. Był to trudny okres. Dom opustoszał, dzieci tęskniły, a ja, rozrywając się między pracą a opieką nad nimi, czułem się nieskończenie samotny.
Wówczas, aby choć trochę zapełnić tę pustkę i chronić dom, postanowiłem przygarnąć psa – pięknego, mądrego i oddanego owczarka niemieckiego o imieniu Tara. Mieszkaliśmy w domu z ogrodem i podwórkiem, więc miała sporo przestrzeni.
Tara stała się nie tylko zwierzęciem domowym, ale także członkiem rodziny. Często wyjeżdżałem służbowo, a gdy mnie nie było, właśnie ona była prawdziwą gospodynią domu, strzegąc go i troszcząc się o dzieci. Synowie ją uwielbiali. Czasami wydawało mi się, iż gdyby nie ona, wychowanie ich byłoby o wiele trudniejsze.
Lata mijały. Synowie dorastali, a Tara się starzała. Kiedy jej zabrakło, przeżyłem to bardzo ciężko, jakby odszedł ktoś bardzo bliski. Obiecałem sobie, iż nigdy więcej nie będę miał psa – rozstanie sprawia zbyt wiele bólu…
Ale synowie wyrośli, wyprowadzili się, a ja zostałem sam w dużym, pustym domu. W tej ciszy samotność odczuwałem jeszcze silniej. W końcu uświadomiłem sobie, iż nie mogę żyć bez przyjaciela.
I tak pojawił się Reks. Mały, mądry, przytulny pies – prawdziwy towarzysz. choćby żartowałem, iż w domu znowu jest mężczyzna, choć na czterech łapach.
Wiedziałem, iż będę musiał często odwiedzać synów w Hiszpanii, więc wybrałem psa, z którym można podróżować. Już pięć razy polecieliśmy razem za granicę! Zawsze przestrzegam wszystkich zasad – rezerwuję bilety z wyprzedzeniem, opłacam bagaż, przed lotem jest na lekkiej diecie, aby nie przekroczył limitu 8 kg, podaję tabletki na chorobę lokomocyjną… Czasami wydaje się, iż podróżowanie z psem jest trudniejsze niż z dzieckiem!
Ale dla mnie on jest jak dziecko. Jedyny, kto wita mnie w domu, cieszy się, gdy wracam, i ogrzewa swoim ciepłem.
Aż w końcu zdarzyło się coś, czego się nie spodziewałem.
U Szymona urodziła się córeczka. Moja pierwsza wnuczka! Byłem szczęśliwy, marzyłem, aby jak najdłużej być z rodziną, pomagać, spacerować z malutką, być obok. Ale nagle dowiedziałem się, iż moja synowa jest kategorycznie przeciwna Reksa.
Na początku mówiła, iż obawia się alergii u dziecka. Potem, iż pies wniesie brud do domu. A potem kupiła kota, jakby celowo, abym nie miał więcej argumentów.
Nie mogłem uwierzyć własnym uszom. Serce mi pękało.
Synowie – Szymon i Michał – zaczęli mnie namawiać, abym zostawił Reksa na jakiś czas w hotelu dla zwierząt. Byli choćby gotowi pokryć wszystkie koszty, bylebym tylko przyjechał i spędził z nimi więcej czasu.
– Tato, zostaw tego psa! To tylko pies, a my – twoi synowie, twoja wnuczka! Czy to można porównać? – przekonywał mnie Michał.
A ja nie mogłem.
Jak im wytłumaczyć, iż Reks to nie jest po prostu pies? On jest moim pocieszeniem w samotności. Moim przyjacielem. Śpi u moich nóg, słucha mnie, kiedy jest mi ciężko. Czuje, kiedy mi źle, i po prostu kładzie się obok, w ciszy ogrzewając swoim ciepłem.
Nie mogłem go po prostu zostawić w jakimś hotelu, wśród obcych ludzi.
– Kto chce mnie widzieć, musi zaakceptować i mojego psa! – odpowiedziałem stanowczo.
Synowie tylko spojrzeli po sobie. Nie rozumieli. Dla nich pies to tylko pies. A dla mnie – sens życia.
Nie wiem, co będzie dalej. Oni przez cały czas nalegają, a ja – odmawiam.
Ale jedno wiem na pewno: dopóki Reks żyje, go nie zdradzę. Był obok w chwilach, gdy nikt inny nie mógł mnie wesprzeć.
Nie zostawię go. choćby jeżeli to oznacza, iż zobaczę swoją wnuczkę znacznie rzadziej, niż marzyłem.