Potwierdził to dzisiejszy spacer w przyrodzie miasta. Niby jezioro było już roztopione, woda żwawo falowała, niemniej okazało się, iż nie wszędzie. Ale po kolei.
Motylkiem nad ulicą
Przyroda powitała mnie już tam, gdzie więcej było asfaltu niż drzew. Wszystko dzięki cytrynkowi, który pomykał na swych żółtych skrzydłach, niejako podskakując w powietrzu. Betony nagrzewają się szybciej niż las, z czego prawdopodobnie skorzystał ten osobnik. Wiadomo jednak, iż to broń obosieczna i już latem – pośród starych i nowych, wyrastających jak grzyby po deszczu, betonów oraz łąk asfaltu, nie będzie nam zbyt wesoło.
Grzywacz odezwał się swym zachrypniętym głosem. Wiatr wiał tego dnia chłodem, a poziom wody był stosunkowo wysoki. Nad jeziorem kwitły olchy, których kotki oglądane pod światło były dobrze widoczne. Swoje melodie intonowały już zięba, pełzacz ogrodowy oraz drozd śpiewak.

fot. Dawid Tatarkiewicz
Cienie wyraziście płożyły się dziś po drodze leśnej, stanowiąc swoistą metaforę bujnego rozkwitu zieleni, który czeka nas w najbliższych tygodniach. Póki co, tylko gdzieniegdzie i nieśmiało zaznaczały się młode listki – rzecz jasna, głównie na południowej wystawie.
Rzucały mi się dziś w oczy ślady działalności człowieka. A to resztki ławki, która nie przetrwała (z monstrualnym gwoździem), a to napisy na korze buka, który – wcale tego nie chcąc – stał się powiernikiem ludzkich miłości i miłostek. Został swoistym pomnikiem naszych poczynań. Jednocześnie, kilka kroków dalej, inne drzewo opasane zostało włóczką z doczepioną zalaminowaną kartką. To drzewo zostało mianowane, jak głosił napis: „Społecznym pomnikiem przyrody” – stało więc, dumnie prężąc swą pierśnicę, ozdobioną wspomnianym określnikiem, jakby przyznanym medalem.
Wielkopolski step
Skoro o działaniach ludzkich mowa. Dziwimy się! Dziwimy, iż Wielkopolska stepowieje. Przypomina to sytuację człowieka, który, pozbywszy się płaszcza i czapki zimą, dziwi się, iż mu zimno… To niedoskonałe porównanie. Jednak pokazuje analogię.
Wielkopolska. Niegdyś był to teren – jak niemal każdy w naszej strefie klimatycznej – pokryty lasem. Stopniowo go – lasu – ubywało. Wycinaliśmy go, potrzebowaliśmy terenów do swoich celów i działań. I tak doszliśmy do sytuacji, w której z jednej strony szczyciliśmy się, iż jesteśmy regionem rolniczym, a z drugiej – coraz bardziej stepowieliśmy. To właśnie trochę jak z ubraniem zimą: jeżeli się go pozbędziemy – będziemy marznąć. jeżeli pozbyliśmy się naturalnej szaty roślinnej – stepowiejemy.

fot. Dawid Tatarkiewicz
Zaburzone zostały naturalne stosunki wodne. Do tego doszło regulowanie koryt rzecznych. Mnóstwo bezsensownie wydanych pieniędzy, które, być może, trzeba będzie znowu wydać, by tereny te zrekultywować, gdy już dojdziemy do podobnych ustaleń, jak nasi zachodni sąsiedzi. Że oto nie trzeba było próbować zmieniać przyrody, ale wykorzystać jej naturalne mechanizmy, wypróbowane przez miliony, jeżeli nie miliardy lat. Iż na tym polega (powinna polegać) mądrość gatunku Homo sapiens, iż nie niszczy natury (działając ostatecznie przeciwko sobie), ale pozwala naturze sobie pomóc.
Upraszczając: wody mamy aktualnie często albo „za mało” (susza), albo „za dużo” (powódź). Dlaczego zastosowałem cudzysłów? Gdyż w ogólnym bilansie, porównując rok do roku, jest jej prawdopodobnie mniej więcej tyle samo. Skutkiem naszych działań (deforestacja i inne ingerencje) jest przez naturę źle zagospodarowywana, co skutkuje właśnie albo suszą, albo powodzią. To jednak nie wina natury. Skoro wybiliśmy jej zęby, to i nie może pogryźć dania (pełne orzechów do zgryzienia), które jej (sobie) przygotowaliśmy.
Jeśli nie chcemy się smażyć latem i marznąć na potęgę zimą, jeżeli nie chcemy mieć niepotrzebnych problemów z wodą, dajmy naturze szansę. I jeszcze jedno: nie budujmy się w terenach zalewowych, choćby jeżeli jakimś cudem urząd X wyda na to zgodę, bo w krytycznej sytuacji, która zdarza się co jakiś czas, i tak zostaniemy zalani wodami powodzi – zbiornik retencyjny nie podoła swemu zadaniu.
Las, także ten łęgowy, rosnący przy rzekach (naturalny, nie gospodarczy!) byłby tu, no właśnie – naturalną osłoną. A cały leśny ekosystem – naturalną gąbką. Teraz, bez lasów, mamy latem zasychającą na wiór ziemię. Rozregulowaliśmy, krok po kroku, naturalny porządek rzeczy. I bywa, iż wciąż brniemy tą drogą, twierdząc radośnie, iż da się mieć ciasteczko i zjeść ciasteczko… No to stepowiejmy dalej.
Wniosek, środki zaradcze i zakończenie
Wniosek końcowy jest zawsze ten sam: przyroda to wytrzyma, my – jako jej dość wrażliwy element – nie. Środki zaradcze?: nie przeszkadzać naturze. Niech tam, gdzie to możliwe, postępuje naturalna sukcesja roślinności. Innymi słowy: niech rośnie tam to, co przyroda zasieje, a co rosłoby tam naturalnie, gdybyśmy tego wcześniej nie zniszczyli. W wielu miejscach to wystarczy. I nic nie kosztuje. Na pewno warto byłoby zwrócić naturze wiele zagarniętych, anektowanych przez nas obszarów.

fot. Dawid Tatarkiewicz
Wtedy przyroda przyznałaby nam medal w postaci polepszenia warunków bytowych, słowem: rosnącego dobrostanu. Ale nie gatunku motylka lub żabki (choć też!), jak to często z przekąsem mówią nieznający się na rzeczy znawcy, ale – uwaga! – dobrostanu gatunku Homo sapiens.
Warto zacząć myśleć, póki jeszcze ma kto myśleć. Chyba iż myślenie chcemy scedować na AI? Ale to już zupełnie inna historia…
Jezioro na południowo-zachodnim krańcu okazało się jeszcze skute warstewką lodu. Las zadziałał jak naturalny bufor – osłonił przed gwałtowną zmianą warunków atmosferycznych. To jeszcze jedna jego rola. Żebyśmy tylko chcieli to docenić i skorzystać. Trzeba do tego rzetelnej wiedzy i – mam wrażenie: rosnącej (na szczęście!) – świadomości ekologicznej.

3 godzin temu






