Nazywam się Marek Wojnicz, mam czterdzieści jeden lat i prowadzę warsztat samochodowy na Woli. Ta historia nie jest o mnie, chociaż to przez mój kot wszystko się zaczęło. Jestem drugą stroną tej sprawy — tym, którego sąsiedzi przez trzy lata mieli ochotę udusić.
Kota nazywam Pyrek. Rudy, trzynastoletni, chodzi, gdzie chce, bo mieszkamy w domu jednorodzinnym na Bemowie, przy ulicy Skrytej, i nigdy nie trzymałem go zamknięte. Po śmierci żony dwa lata temu Pyrek stał się jedynym stworzeniem, które na mnie czekało wieczorem, i nie miałem siły mu tego zabraniać.
Sąsiedzi zaczęli narzekać gdzieś pod koniec lata. Pani Danuta z naprzeciwka — ta, co ma ten mały ogródek z pomidorami i zawsze wiesza pranie na dwóch sznurach — przyszła pierwsza. Powiedziała, iż zniknęła jej jedna skarpetka. Potem druga. Potem rękawica robocza jej męża. Myślałem, iż to wiatr, iż może pies kogoś. Nie przyszło mi do głowy, iż to mój kot.
A on wracał. Co noc wracał z czymś w pysku i kładł to pod moim łóżkiem — jakby to był prezent, jakby chciał mi coś powiedzieć, czego nie umiał powiedzieć inaczej. Rano wstawałem, a na dywanie leżał but dziecięcy, gumowa piłeczka, ścierka w kratkę. Nie wiedziałem, czyje to jest. Wyrzucałem do worka w garażu, bo myślałem — ktoś zgubił, nie mój problem.
Pod drzwiami zrobiło się głośno gdzieś we wrześniu. Pani Danuta przyszła z sąsiadką z numeru dziewiętnastego, panią Grażyną, i obie stały na ganku z rękami skrzyżowanymi na piersi. Mówiły o jakimś "złodzieju", który grasuje po ulicy od trzech lat. Że ginie wszystko — skarpetki, kapcie, ręczniki plażowe, zabawki dzieci, choćby rękawica kuchenna sprzed ganku pani Grażyny. Ponad sześćset drobnych rzeczy w sumie, jak później policzyli, sprawdzając po kolei, co komu zginęło. Jednej noci — tej, którą potem nazwali "wielką nocą" — zniknęło jedenaście rzeczy na raz, z czterech różnych posesji.
Powiedziałem im wtedy, iż nic nie wiem, iż może to jakiś chłopak z sąsiedztwa się wygłupia. Pani Danuta spojrzała na mnie tak, iż poczułem się jak oszust, chociaż naprawdę nic nie wiedziałem. Zamknęłam za nimi drzwi i poszłam do garażu — tam, w kartonowym pudle po lodówce, leżało już ze czterdzieści przedmiotów. Skarpetki bez pary. Jedna sandałka. Pilot od telewizora, którego nikt u mnie nie miał. Wtedy mi coś zaświtało, ale nie powiedziałem nikomu. Wstydziłem się.
Mój syn Kuba, ma dwadzieścia trzy lata, przyjechał na weekend z Wrocławia i to on zaproponował kamerkę na podczerwień — taką, co się wkłada do karmnika dla ptaków, kupił w sklepie przy Wolskiej za sto osiemdziesiąt złotych. Powiesiliśmy ją nad drzwiami do garażu, bo Pyrek wchodził tamtędy przez kotodrzwi, które sam sobie wywalczył pazurami jeszcze za życia żony.
Nagranie obejrzeliśmy trzeciego dnia, przy herbacie, w kuchni, gdzie na oknie wciąż stał kaktus, który żona kupiła na bazarku w Markach. Pyrek, w świetle kamery zielonkawy jak duch, szedł przez trawnik pani Danuty, ostrożnie, z czymś białym w pysku. Skarpetka. Potem skok przez niski płotek z siatki, przystanek przy wiacie śmietnikowej, i do domu, przez kotodrzwi, prosto pod moje łóżko.
Nie było mi do śmiechu, chociaż Kuba się zaśmiewał tak, iż musiał odłożyć kubek. Myślałem o tych kobietach, które trzy lata podejrzewały się nawzajem, kłóciły się przez płot, jedna oskarżyła drugą o kradzież rękawicy kuchennej, aż w końcu przestały sobie podawać ręki na wspólnym grillu z czerwca. A to był mój kot.
Zadzwoniłem do pani Danuty tego samego wieczoru. Nie odebrała. Przyszedłem rano, w sobotę, z kartonowym pudłem w rękach i z telefonem, na którym miałem nagranie gotowe do odtworzenia. Otworzyła drzwi w fartuchu, z rękami pachnącymi cebulą, bo smażyła coś na obiad.
— Pani Danuto — powiedziałem — to nie żaden złodziej z sąsiedztwa. To mój kot.
Pokazałem jej nagranie na telefonie. Patrzyła długo, bez słowa, a potem spojrzała na pudło, które postawiłem na stopniu. Zaczęła przebierać — skarpetka, druga skarpetka, but dziecięcy, który okazał się jej wnuczka, rękawica robocza męża, choćby mały pluszowy miś, którego szukała od roku i już myślała, iż zgubiła w sklepie.
— Trzy lata — powiedziała tylko, trzymając tego misia w ręku, jakby nie wierzyła, iż go odzyskała.
Nie krzyczała. Nie było sceny, której się bałem. Usiadła na stopniu schodów, obok pudła, i zaczęła się śmiać — tak, iż musiała chwycić się poręczy. Powiedziała, iż przez trzy lata myślała, iż to jej zięć z numeru siedem podkrada rzeczy z ganku, bo nigdy go nie lubiła, i iż teraz będzie musiała mu się przyznać, iż była w błędzie.
Zapłaciłem za zniszczony sznur do prania, który Pyrek przy jakiejś okazji zerwał razem z klamerkami — to był jedyny realny koszt, trzydzieści pięć złotych za nowy, kupiłem w markecie budowlanym na Połczyńskiej tego samego dnia. Resztę rzeczy porozdzielaliśmy między sąsiadów na małym zebraniu przy skrzynkach, które zorganizowała pani Grażyna w następną niedzielę, z termosem kawy i ciastem drożdżowym, które upiekła na tę okazję.
Pyrek od tamtej pory nosi obrożę z dzwonkiem i małą zawieszką z numerem mojego telefonu — na wypadek, gdyby znowu komuś coś zabrał, żeby wiedzieli, gdzie oddać. przez cały czas wychodzi wieczorami. przez cały czas czasem wraca z czymś w pysku. Ale teraz, kiedy słyszę dzwonek przy kotodrzwiach, po prostu wstaję, biorę to, co przyniósł, i idę z tym pod adekwatny numer na Skrytej — zamiast chować w pudle w garażu i udawać, iż nie widzę.

5 godzin temu


