Ulubienica Żar-Ptaka
Dwa tygodnie temu wywieźli kibitkami pół tysiąca ludzi. Powstanie upadło, co chwila mówiono o egzekucjach lub potajemnych pogrzebach.
Wóz przejeżdżał przez centrum Szydłowa. Irena patrzyła, jak jej niedoszły mąż znika za ostatnimi kamienicami. Plotkowano, iż stara zielarka rzuciła na nią klątwę, gdy, jako dziewczynka, tarzała się w pokrzywach na łące, gdzie zwykła je zbierać. Stąd wszyscy jej narzeczeni odchodzili przed datą ślubu. Pierwszego dosięgła kula pod Ostrołęką, drugiego w pojedynku pokonał dziedzic Gnoiński, a trzeci pojechał na Sybir.
Mimo swoich 55 lat była piękna i wyglądała na młodszą. Ludziska znowu wspominali klątwę albo balsamy sprowadzane od uralskich szamanów i huculskich molnarów* przez aptekarza.
Jej młodsza siostra uciekła do Tarnopola, drżała przed pukanie sołdatów, a sama, z dziatwą, by sobie rady nie dała.
*
Irena spieszyła przed zmrokiem, by zdążyć na powóz, jadący w stronę Galicji. Kurczowo trzymała koperty z adresem. Obok senni ludzie jojczeli, rozglądali się za bukłakami. Droga do Lwowa była daleka, koła podskakiwały po kamiennym trakcie.
Nie mogła zasnąć, miała wrażenie, iż jest obserwowana. Śniła o braciach, zabranych gdzieś w głusze Wschodu, gdzie na straży łupią oczy, pewnie padli albo jedzą robaczywy chleb.
*
Siostra mieszkała w domu, przy niewielkim wąwozie. Wzdłuż ulicy stały domki skryte wśród owocowych drzew. Na ganeczku, dwóch siostrzeńców, Józio i Mareczek bawiło się w husarzy.
-Odstawitja no, do domu !- Wskazała duża, jak letni obłok gospodyni. Podeszła w stronę Ireny i jej siostry.
-Kak Wy?- Zapytała po ukraińsku.
-Dobre, dobre.- Machnęła ręką siostra Ireny,
-Pani Mahda, ko to?- Wskazała.
-Irena, znaczy, Iryna, moja siostra!-
Nieco się zaczerwieniła, czując jak chmurka służącej tuli ją czule.
-Łesia!- Przywitała się z nowoprzybyłą.
Irena myślała, iż znalazła się w baśni, dookoła jabłonki, bluszcz na altance, w której siedział szwagier, przeglądający lokalną gazetę. Lekko zerknął na nią, pomachała mu.
-Wybacz, siostreńko, Poldeczek ciągle coś czyta- Próbowała się tłumaczyć Magda.
-Oj tam, jak cały kufer z książkami zabrałam! – Zaśmiała się Irena.
Ledwie weszła do swojego pokoju, oficyny przerobionej z oranżerii, już podążyła za nią siostra, proponując zwiedzanie miasta. Irena wolała odpocząć i oczyścić się z przeszłości, choć nie było to proste. Ciągle widziała braci i ich krzyki. Strach, iż wpadnie tu zaraz, jakiś szaleniec, wszystkich zabije, łącznie z nią.
*
Potężny zamek raził blaskiem, krzyże kościelne, cerkiewne kopuły sprawiały, iż rozum zatracał się w pięknie. Na ulicach wieśniacy sprzedawali rękodzieło i swoje frukty. W witrynach sukna, flakony, firany, lemoniada.
Starszy mężczyzna rozłożył na obrusie słoiczki po musztardzie, zaklęte w karafkach węże i napoje. Spojrzał jej w oczy. Podeszła, wydawało jej się, iż słyszy, jak ją woła. Pokazał dwa małe słoiczki.
-Na kożu.- Pogłaskał się po policzkach, przytaknęła.
-A wąż ? – Zapytała, wskazawszy na butelkę.
-Na wszetko! A żeny i mohu na myłowanie!-
Zaśmiała się.
Ostatecznie kupiła dwie wężówki mazidła. Zadowolona, nie zwracała uwagi na siostrę, która, marszcząc twarz chciała jej coś wyznać.
Gdy wróciły, Poldek popatrzył krzywo na zakupy szwagierki.
-Toż to zabobon! –
-Ale skuteczny, prawdopodobnie od jakiegoś wiedźmaka,- Docięła mu Magda.
Irena wydawała się zaskoczona. Dopiero opowieść Łesi, o ludziach znających zaklęcia, by pomagać ludziom i zwierzętom, o tych, co czerpią moc z nieba, zaklinają pogodę, wzywając Bogów sprzed Chrztu Księcia Włodzimierza. Irena, ledwie rozumiejąc, słuchała z zachwytem opowieści, które były jak wrota do innego czasu.
Wieczorem siostrzeńcy nie dawali jej spokoju, prosząc swą ciotkę o zaśpiewanie kolejnej piosenki. Wymigała się, udając senną.
W pokoju patrzyła, jak mazidła zawracają czas. Pod lewym okiem zniknęły wszystkie zmarszczki. Wypiła ciurkiem trochę wężówki. Poczuła jak słońce i księżyc łączą się ze sobą, błyszcząc w źrenicach.
Od strony ogrodu coś płonęło, jakiś chochlik, co skakał z gałęzi na gałąź. Taniec świateł tak ją zahipnotyzował, iż zasnęła na skraju łóżka.
*
Dwa dni później wybrali się na piknik u stóp zamkowych ruin*. Historia chętnie przemówiłaby kamieniem o zabawach, intrygach i miłostkach, które działy się w tych murach.
Oparła się o mur, patrząc na wodę. Łesia wyciągnęła z koszyka obiad, był nieco chłodny ale za to smaczny, pachnący ziołami. Chłopcy ciągle rozrabiali.
Irenie nie dawało spokoju to, co zobaczyła dwa dni temu. Czekała, aż znajdzie chwilę by pobyć sam na sam z Łesią. Na szczęście rodzice pobiegli za chłopcami, chcącymi popływać.
Starała się opisać uważnie świetlistą istotę.
-Aaa, Żar-Ptycja !- Irena powtórzyła tajemniczą nazwę.
-Lety na derewo, pojesty i wracza na Nebesia.- Wskazała w górę kobieta.
-Często tu bywa? –
Łesia przytaknęła.
- A jak od mudroho masz pozołdy, to zraz prylitaje.-
Przed oczami Ireny stanął ten mężczyzna, u którego kupiła ludowe dobra. Wszystko się łączyło. Straciła zapał do wycieczki. Patrzyła w niebo, nieobecna, aż Magda nie trąciła jej łokciem, sprawdzając czy nie śpi.
Tak pragnęła zobaczyć tego niebieskiego stwora, jaśniejszego od słońca.
*
Mijały tygodnie, czasem blask jaśniał, czasem go nie było.
Zbliżały się Poldkowe urodziny. Piekły się ciasta, mięsa i marcepany. Irena lubiła, jak niezwykła woń przenikała skórę, często wąchała rekę, zapach kremów, perfum i pieczonej jagnięciny były dla niej Tarnopolem. Rodzinne strony pachniały jak łąki, koński nawóz i woda bzowa, którą, od kiedy skończyła jedenaście lat, podbierała matce. Gdy zmarła, obwiniała się, iż to przez kradzież perfum. Gdy za nią zatęskniła, wypijała cały flakonik, kończyło się jedynie na wymiotach i rozstroju żołądka.
Wyszła sama, by zaopatrzyć się w kolejne kosmetyki. Mężczyzny nie było. Swoje stoisko rozłożyła Kobieta z dzieckiem u piersi.
-Mładost? – Zapytała.
Wskazała na cztery słoiczki. Irena zdecydowała się na wszystkie. Kobieta uczyniła nad jej czołem znak krzyża brzozową witką. Irena zapłaciła podwójnie.
*
W dniu urodzin ubrała się w białą sukienkę z bufkami i krótkim rękawem, haftowaną w niebieskie kwiatuszki. Pogładziła delikatnie szyję, uważała, by nie zepsuć koka, który upięła siostra.
-Jak Zosia z Pana Tadeusza. – Zachwycił się Leopold.
Magda spojrzała krzywo na męża, zauważając wzwód. Irena siadła dostojnie. Schodzili się znajomi. Plotkowano, a to o Kongresówce, a to o galicyjskiej scenie literackiej i nowych przedstawieniach operowych we Lwowie.
-Jakbym na pociąg miała nieco grosza, to bym do Krakowa pojechała, zobaczyć prawdziwy teatr! – Westchnęła Pani Welter.
-A może lepiej do Wiednia? – Zagadała Irena.
-Jak grosza uciułam, to jadę w przyszłym roku! – Rzekła córka pani Welter, Monika.
Śmiały się, żartowały.
Irena zerknęła w stronę sadu, pojawiło się skaczące światełko. Poderwała się, wychodząc z przyjęcia.
-Przewietrzę się. – Rzekła.
-Świetliki zobaczyła, bo pewnie ich w życiu nie widziała! – Zaśmiał się Leopold.
Stojąca w progu Łesia oniemiała, upuszczając tacę z deserem. Wiedziała to. Dla niej Żar- Ptak to nie był kolejny gatunek, to istota z Drugiego Świata, która może być groźna dla śmiertelników.
*
Irena szła pospiesznie w stronę blasku. Im była bliżej, tym krew płynęła szybciej, z ekscytacji, Żar-Ptak skakał po gałęziach, jak małpka z latarką. Zatrzymał się, strosząc pióra, spojrzał na Irenę z zaciekawieniem.
-Tuuukuuukuuu!- Zatrzebiotał.
Irena odpowiedziała tym samym.
Istota wyciągnęła skrzydło, zapraszając do lotu. Kobieta przejęła się, bo to nie mogło być możliwe, by ptak wielkości bażanta, mógł ją unieść. Wtem, jakby słuchając jej myśli, przybrał rozmiar strusia. Usiadła bezpiecznie na jego grzbiecie.
Wznosili się wysoko, nad miasto. Żar- Ptak zakorkował w chmurach, jej oczom ukazało się niebo w kolorze tak idealnym, iż nie mógł być prawdziwy. Na ogromnym drzewie siedziało mnóstwo pięknych ptaków. Świergotały i terkotały między sobą.
Irena klasnęła w dłonie i obróciła się na pięcie.
-Dzięki Ci, Żar-Ptycjo, żeś mnie tu zabrała ! – Krzyknęła z zachwytem.
Ptaki na chwilę umilkły, po czym zdawały się coś powiedzieć. Siedzący obok rajskiego ptaka, różowy paw obrócił się. Treliły między sobą swą sekretną mową.
Pomachała w ich stronę, przed oczami stanął jej obraz pierwszego i drugiego z oblubieńców. Przysiadł się do nich szmaragdowy pomurnik, stroszył się, jakby miał najwięcej do powiedzenia. Kolejny obraz, trzeci narzeczony pochowany w mogile, gdzieś, za Uralem.
Złapała się za głowę, nie mogąc powstrzymać żalu, zaczęła przeganiać ptaki. Wszystkie mówiły tą samą melodią.
Zakręciło jej się w głowie, pod powiekami migały światła. Potężny blask sprawił, iż momentalnie otwarła oczy. Przed nią rósł las kwitnących drzew. Zza brzegu wyłaniały się kunsztowne kamienice, po rzece pływały statki pełne biesiadujących ludzi. Każdy nosił się po swojemu ; matrona, rycerz, wiejska dziewka, miejski lekarz.
Spacerowała wzdłuż rzeki, zachwycając się krainą, która mogła być tylko snem. Wsiadła na jeden z promów zdobionych kwiatami. Kobieta obok piła miód z pokaźnej flaszy. Zerknęła na nią z przestrachem.
-Jak Ci się podoba Nawia, kościste mięso? – Zapytała z lekką ironią.
-No… jadę pozwiedzać miasto, bo się zgbubiłam. – Zająknęła się Irena.
-To ja Cię oprowadzę – Puściła do niej oko.
Spacerowały trotuarami i skromnymi uliczkami, różne stworzenia obgryzały kwiaty. Nie było sklepów, tylko warsztaty, kawiarenki i karczmy. Przeszły w malowniczą ulicę niskich domków zdobionych kwiatami i arrasami.
-Moja ulubiona dzielnica, robią pyszne wino z malwy! – Westchnęła Przewodniczka.
W jednej z ogrodowych karczm, Irena zobaczyła swoich trzech adoratorów. Siedzieli, śmiejąc się i degustując tutejsze miody.
Nie mogła w to uwierzyć! Zostawiwszy zaskoczoną, dziewczynę podbiegła do ich stolika. Położyła na nim dłonie, strzygąc wzrokiem.
-Dech nie odleciał, a z pęcherzem bym biegać nie chciał. – Rzekł Pierwszy.
Zaśmiali się.
- O, Irena, co ty tu porabiasz? – Zapytał podpity Trzeci.
-To niesprawiedliwe, iż odeszliście , a mnie samej na Ziemi pozostało się włóczyć. – Westchnęła poetycko.
-No cóż. A po pierwsze, kto Cię tu sprowadził, bo Ci kości wystają! – Zakpił Trzeci.
-Żar-Ptycja mnie do drzewa zabrała, a tam jakieś ptaszory i wspomnienia z Wami związane! Uff! W tej Nawii przynajmniej odetchnę! – Rzekła.
-Ty tam z tym ptakiem czy ptycją nie igraj, bo w Wyraju żywi wariują! – Rzekł Drugi.
Pomyślała, iż to pewnie przez wracające wspomnienia, o których starała się zapomnieć. Wszyscy lekko ochłonęli, Trzeci nalał jej miodu spadziowego.
-Dechy poszły w inne dechy, to się napij! –
-Co?! – Omal nie upuściła pucharka.
-Dusza, to człowiek. Dech wprawia nas w ruch. Gdy Dusza i Dech są razem, jeszcze się czujesz, jak żywa, a potem wieczność, zabawa i…- Odpowiedział Trzeci.
-Czyli tak się mają sprawy? – Zapytała, zaskoczona.
Trzeci podał jej wyrosłego z dłoni irysa. Wsłuchiwała się w szelest płatków. Tu wszystko było intensywniejsze. Uczucia i zmysły szalały.
Zaprosili ją do tancbudy, gdzie serbska kapela grała skoczne pieśni.
Tańczyła, raz po raz, z każdym. Następnie wtulili się w siebie, pląsając własnego poloneza i przytulanego. Drugi całował usta, Trzeci szyję, a Pierwszy dekolt. Usta czerwieniały jej od rozkoszy, a niebo stawało się pełne gwiazd. Potrójny wir energii łączył ich, płynąc.
Ktoś stuknął kieliszkiem. Jeden ze strażników chciał ich rozdzielić, Drugi próbował go powstrzymać.
-Żywa w Nawii dłużej niż jeden bieg rzek nie może pozostać! Wrzasnął. Chmara strażników ciągła ją za ręce i nogi. Irena czuła, iż traci przytomność.
*
Obudziła się w pokoju z szerokim oknem., daleko od miast. Piękno lasu rekompensowało to, co czuła. Na jednym z drzew przycupnął Żar-Ptak. Była wściekła, iż znowu chciał ją zwieść na manowce. Już chciała rzucić butem w jego stronę, gdy, ni stąd ni z owąd, przysiadł na krześle.
-Zabieraj się stąd! – Wrzasnęła.
Ptak lekko zakręcił się na nóżce, machając skrzydłami.
-Za minut lasu dwie, za swe czyny, z Welesem, na sądzie, spotkasz się! – Zanucił.
Znowu nie rozumiała, o co mu chodzi.
-Jaki Weles ?! – Wrzasnęła.
-Pan Nawii i Król. Prawo złamane, niech będzie ukarane! – Zatrzeszczał i zniknął.
Próbowała płakać ale łzy nie chciały płynąć, waliła pięścią w ścianę. Nawia okazała się ułudą. jeżeli tak miało wyglądać jej życie po śmierci, wolała już Piekło, którym straszyła ją babka.
-Jak już mam być sądzona, zrobię wszystko, by mnie uznano za niewinną. – Szepnęła.
*
Na sali wypełnionej latającymi sowami i nocnymi zwierzętami stał srebrny tron. Długobrody Bóg, przypatrywał się jej oraz siedzącym po lewej stronie dawnym kochankom Ireny. Lekko odchrząknął, po czym odezwał się gromkim głosem.
-Toże, Irena z Jawii przyszła, a zamiast wrócić wnet, to się bawiła ze swoimi absztyfikantami, jakby Rodzanice jeszcze nici nie przecięły. – Wszyscy patrzeli po sobie.
Przed Ireną ukazały się trzy pogodne staruszki snujące, wspólnie, piękną, białawą nić. Ich zwinne palce tkały los. Zastygła w czasie, jakby nikogo nie było, osnowa była lekko naderwana ale nie przeszkadzało to starowieńkom kontynuować pracy. Zamknęła oczy i zaniosła się szlochem.
-Ej, nie płaczcież, Pani kłębek jeszcze stoi. Posiedzi Pani na ziemskim padole, a potem do swoich wróci. – Rzekł Bóg.
Panowie nie wyglądali na zadowolonych.
-Wiem, iż kochacie, ach , jako żem Pan Przysięgi, ślub z Wami weźmie z każdym z osobna. –
Irena wstała, jej oczy mierzyły się z przepaścią Welesowych źrenic.
-Kocham ich wszystkich! – Krzyknęła.
Nocne ptaki poderwały się, kręcąc koła nad sufitem.
Twarz Boga zbladła, tak bezbronnego jeszcze nikt go nie widział od prawieków.
Mężczyźni i Irena wtulili się, tworząc supeł.
Drgnęła powieka, Boże łzy skapywały z brody.
-Przez tyleż wieków, mój umysł nie doznał aż takiego wzruszenia. –
Machnął ręką. Wszyscy zasiedli na swoich miejscach.
-Niech, gdy Pani Irena do Nawii zapuka, ślub weźmie ze swymi lubymi na kobiercu jednym!- Odetchnął, popił miody najlepszej jakości.
Ledwie Irena spojrzała w stronę swych oblubieńców, przyleciał Żar-Ptak. Wznosiła się ponad światami. Upadła pod jabłonką, świtało.
*
Śpiącą, zastała ją Magdalena. Zaskoczona Irena otwarła oczy, dyszała.
-Nie było Cię od trzech dni! Gdzieś ty się podziewała- Zaniepokoiła się siostra.
-Jest Łesia?- Zapytała.
-Wczoraj nogę złamała, jest w bardzo dobrych rękach.-
-Muszę do niej!-
-Czemuż tak Ci pilno?-
-Tylko ona to wie… Żar-Ptycja…-
-Wierzysz w te brednie?! To były tylko świetliki! –
-Ja tam byłam, w Nawii, spotkałam swoich narzeczonych. – Rzekła pewnie.
Magda wyglądała na zaskoczoną.
*
Po kilku dniach odpoczynku bryczka zabrała ją do szpitala. Łesia lekko spała. Irena dotknęła jej twarzy. Kobieta rozpoznała ją, uścisnęły się mocno. Opowiadała, jak tylko umiała, o tym, co się wydarzyło. Łesia kiwała głową. Kazała opiekującej się chorymi kobiecie podać święty olej. Lekko się nachyliła, namaściła czoło i policzki Ireny, szepcząc pradawne modlitwy. Czuła, iż jest znowu tą samą Ireną, jaką była dawniej.
Wracając, zastała Zielarza, kupiła od niego kremy i wężówkę. Wieczorem postawiła je tam, gdzie zwykle. Nachyliła buteleczkę i wypiła kilka łyków, a następnie wklepała w twarz maść , jeszcze z fragmentami ziół. Uśmiechnęła się do lustra. Jak w dzieciństwie, nuciła pieśni śpiewane jej przez matkę.
Żar-Ptak próbował się pożywić ostatnimi darami natury. Zerknęła w jego stronę, zasunęła zasłony.
Objaśnienia:
Molnar- huculski szaman
Chodzi o ruiny zamku w Tokach koło Tarnopola






