Tydzień po nas wrócili ostatnim promem sąsiedzi z działki. I wrócili bez swojego kota. Ogromnego, sz…

polregion.pl 16 godzin temu

12 października 2025

Dziś po tygodniu wreszcie wrócił ostatni motorówka z sąsiadów, po powrocie z naszego domku nad jeziorem w Mazurach. Przyjechali bez swojego kota ogromnego, szarego bandyty bez prawego ucha. Lato spędziliśmy razem w domu letnim, a on co chwilę podkradał jedzenie z mojego stołu i grzebał w ogródku. Przyzwyczaiłem się do jego figlów, więc kiedy zobaczyłem parę powracającą bez Szarego, serce mi pękło i poprosiłem żonę, by bez zbędnych ceregieli zapytała sąsiadów, gdzie jest ich kot.

Okazało się, iż wszystko jest tak fatalnie, jak przypuszczałem kot został sam na domku. Dręczyło mnie to do wieczora. W końcu zadzwoniłem do szefa i poprosiłem wolny dzień na jutro. Żona westchnęła ciężko i rzekła:
Uważaj tam. Zapytaj, żeby przetransportowali go łodzią.

Od rana pogoda nie dopisała. Ołowiane chmury siałły drobny, uciążliwy deszcz, a wiatr zdmuchiwał bladożółte liście, które zamarzały przy asfalcie. Przemierzałem przystań, licząc, iż ktoś wyruszy po zapomniane rzeczy.

Nikt nie pojawił się. Jedyny człowiek, którego spotkałem, był potężny pan w butach rozmiar 45, grzebiący w silniku i mruczący pod nosem. Wytłumaczyłem mu, iż w domu letnim zostawiłem bardzo ważne dokumenty i podrzuciłem mu pięćdziesiąt złotych. Złapał banknot, westchnął, spoglądając w niebo, i zsunął łódź na wodę, zapewniając mnie, iż przydałoby się jeszcze dwa dwadzieścia złotych za taką robotę.

Fale były przyzwoite, ale rzucały się zimną pianą i groziły przewróceniem małego kutra. Po półgodzinie zaciętej walki z wodą dotarliśmy na brzeg, pod czujnym okiem surowego pana, który radził, iż za taką przyjemność nie zaszkodziłoby dopłacić jeszcze dwadzieścia złotych. Pobiegłem w stronę domku, niebo przybierało szary odcień, a deszcz zamienił się w lodowate gradu.

Szary, Szary, Szary! rzuciłem z całych sił, mając nadzieję, iż kot jeszcze żyje.

I Szary ukazał się, drżąc z zimna, przyciskając się do moich nóg i jęcząc cicho. Złapałem go w ramiona i pobiegłem w stronę łodzi. Skoczyłem na pokład i położyłem go obok siebie. Surowy mężczyzna otworzył szeroko oczy i otworzył usta, ale wtedy

Szary wybiegł z łodzi, nieśmiało przyciskając jedyne lewe ucho do głowy i cicho piszcząc. Obrócił się i pobiegł w stronę lasu.

Stój, stój, stój, dokąd idziesz, cholera! krzyknąłem.
Potem wybiegłem, nie zwracając uwagi na przekleństwa i obietnice, iż mnie porzuci, i ruszyłem za kotem. Pędził przede mną, a ja ganiałem, krzycząc i wykrzykując, aż nagle skręcił w lewo i zniknął w zaroślach. Rozdzierając gałęzie, ujrzałem Szarego, przytulonego do małego czarnego kociaka. Kociak był mokry i wył, a Szary spojrzał na mnie wina i zamiauczał.

Usiadłem na mokrej ziemi, chcąc podnieść oboje, gdy nagle ziemia zadrżała. Surowy pan stąpał pośród błota, wypluwając przekleństwa. Stał za mną i nagle ucichł, po czym spokojnym, niespodziewanie miłym głosem rzekł:
Pośpiesz się, bo zaraz zacznie się zamieć i wszystko przykryje śnieg.

Podniosłem Szarego i małego czarnego kotka i ruszyliśmy w stronę łodzi. Nie wiem, jak przeszliśmy na drugą stronę rzeki chyba po prostu Bóg zechciał, bo wokół nie było już nic widać.

Wtedy surowy pan, zagłuszając ryczenie silnika i wody, powiedział:
Co za zwierzak.

Zrobiłem się nieśmiały.
Dlaczego zwierzak? zapytałem ostrożnie, spoglądając na burzliwą wodę.
No więc jak to wyszło kontynuował mężczyzna. Oszukałeś mnie o dokumenty i pieniądze, a sam jechałeś ratować kota? Jesteś człowiekiem, a ja jakiegoś bezdusznego demona? Tak?

Bałem się, iż odmówicie pomocy, a nie było nikogo, kto mógłby go uratować wytłumaczyłem. Mężczyzna milczał, przykurzył wargi i dopłynęliśmy do przystani.

Po przybyciu znalazł karton dla kociaka i wyłożył go ciepłym ręcznikiem. Gdy już miałem odjeżdżać i dziękować mu, rzekł:
Nie ma tego, co jednemu, a drugiemu nic. Podchodzę do Szarego i mówię: idź ze mną, zamieszkaj w domu. Lubię wędkarstwo, a ty jesteś porządny kot. Nie zostawię młodego.

Kot spojrzał na mnie, zamiauczał z skruchą, podszedł do surowego pana, stanął na tylnych łapach i przytulił się przednimi do jego wielkich butów. Mężczyzna podniósł go na ręce, a Szary otulił go łapami wokół szyi i przytulił się mocno.

Mężczyzna odwrócił się, drżącym głosem przez minutę powtarzał:
No, no, no

Gdy się uspokoił, zwrócił się do mnie surowo, ale zaskakująco łagodnie:
Zapraszam cię, młody człowieku, na następny weekend na wędkowanie. *mrug*.

Po powrocie do domu, kiedy żona pielęgnowała czarnego malucha, znalazła pod ciepłym, bawełnianym ręcznikiem pięćdziesiąt złotych.

Od tej pory jeździmy na ryby regularnie, razem z tym życzliwym, zdrowym warchatem. Co tam, jeżeli czasem przyjadę nieco roztrzepany i bez ryb? Wędkarstwo to przecież sprawa codzienna, życiowa, jak mówię sobie w duchu.

Idź do oryginalnego materiału