To nie okoliczności się zdarzają. To ludzie je tworzą. Stworzyliście sytuację, w której wyrzucono żywe stworzenie na ulicę. A teraz chcecie ją zmienić, kiedy Wam wygodnie

polregion.pl 5 godzin temu

Okoliczności się nie zdarzają. Tworzą je ludzie. To ty stworzyłeś sytuację, w której wyrzuciłeś żywą istotę na bruk. A teraz chcesz ją zmienić, gdy jest ci wygodnie.

Olek wraca właśnie do domu z pracy. Typowy zimowy wieczór w Warszawie, kiedy całe miasto wydaje się pogrążone w szarości i obojętności. Przechodzi obok osiedlowego sklepu spożywczego na ulicy Nowowiejskiej, a tam, pod wejściem, siedzi pies. Kundel, rudy i kudłaty, z oczami wielkimi, jakby zgubił się w wielkim, obcym świecie.

Czego tu szukasz? mruczy pod nosem Olek, ale zatrzymuje się.

Pies podnosi łeb, patrzy na niego. Nie prosi o jedzenie. Po prostu patrzy.

Pewnie czeka na właściciela, myśli Olek, odwraca się i idzie dalej.

Ale kolejnego dnia, znowu to samo. I następnego też. Pies jakby wrósł w to miejsce. Olek zauważa, jak ludzie przechodzą obojętnie; ktoś rzuci kromkę chleba, ktoś parówkę.

Czemu tu siedzisz? pyta w końcu Olek, przysiadając obok. A właściciele gdzie?

Pies podchodzi powoli, ostrożnie, i przytula się do jego nogi.

Olek nieruchomieje. Kiedy ostatni raz kogoś przytulał? Od rozwodu minęły trzy lata. Mieszkanie puste. Tylko praca, telewizor, lodówka.

Lalka, moja kochana… szepcze nieświadomie, skąd wzięło się to imię, sam nie wie.

Następnego dnia przynosi jej parówki.

Po tygodniu zamieszcza ogłoszenie na OLX: Znaleziony pies. Szukamy właścicieli.

Nikt nie dzwoni.

Mija miesiąc. Olek wraca ze zmiany pracuje jako inżynier, czasem całe doby spędza na obiekcie. Widzi tłum przed sklepem.

Co się stało? pyta sąsiadkę.

Psa potrącił samochód. Tego, co tu siedział od miesiąca.

Serce Olekowi spada na dno.

Gdzie ona jest?

Zabrali ją do weterynarza na ulicę Kopernika. Ale tam żądają kupę pieniędzy… A komu ona potrzebna, bezdomna?

Olek nic nie mówi, obraca się i biegnie.

W klinice weterynarz kręci głową:

Poważne złamania, krwotok wewnętrzny. Leczenie będzie kosztowało dużo. I nie ma gwarancji, iż przeżyje.

Proszę leczyć, mówi Olek. Ile trzeba, zapłacę.

A gdy ją wypisują, zabiera ją do siebie.

Po trzech latach jego mieszkanie znowu tętni życiem.

Wszystko się zmienia. Całkowicie.

Olek nie budzi się już od dźwięku budzika, ale od delikatnego szturchania w rękę przez Lalkę. Jakby mówiła: Czas wstać, panie!. Olek wstaje. Z uśmiechem.

Dawniej dzień zaczynał od kawy i newsów. Teraz od spaceru po parku na Polu Mokotowskim.

No, dziewczynko, idziemy na powietrze? mówi, a Lalka merda radośnie ogonem.

W klinice załatwia wszystkie formalności: paszport, szczepienia. Oficjalnie Lalka jest jego psem. Olek choćby robi zdjęcia każdego dokumentu na wszelki wypadek.

Koledzy się dziwią:

Olek, co ci się stało? Odmłodniałeś chyba! Energii ci przybyło!

I faktycznie czuje się potrzebny. Po raz pierwszy od lat.

Lalka okazuje się niezwykle mądra. Rozumie pół słowa. Gdy Olek zostaje dłużej w pracy, pies czeka pod drzwiami z takim spojrzeniem, jakby mówiła: Martwiłam się.

Wieczorami razem chodzą do parku. Długo. Olek opowiada jej o pracy, o życiu. Śmieszne? Może. Ale ona słucha z uwagą, czasem cicho szczeka w odpowiedzi.

Wiesz, Lalko, dawniej myślałem, iż samemu łatwiej. Nikt nie przeszkadza, nikt nie zawraca głowy. Ale… głaszcze ją po głowie. …po prostu bałem się znowu kogoś pokochać.

Sąsiedzi zdążyli ich polubić. Pani Wiera z klatki obok zawsze zostawia kosteczkę.

Fajny piesek mówi. Widać, iż kochany.

Mija miesiąc. Potem drugi.

Olek rozważa choćby założyć Lalki konto na Instagramie. Jest fotogeniczna ruda sierść w słońcu wygląda jak złoto.

A potem dzieje się coś niespodziewanego.

Typowy spacer w parku. Lalka wącha krzaki, Olek siedzi na ławce, przegląda coś w komórce.

Lusia! Lusia!

Olek podnosi głowę. Podchodzi do nich kobieta około trzydziestu pięciu lat, w drogim dresie, ufarbowana blondynka. Na twarzy mocny makijaż. Lalka staje się czujna, podkula uszy.

Przepraszam, mówi Olek. Pomyliła się pani. To mój pies.

Kobieta zatrzymuje się. Ręce na biodrach.

Jak to twój? Przecież to moja Lusia! Zgubiłam ją pół roku temu!

Słucham?

Właśnie tak! Uciekła mi spod klatki, szukałam jej wszędzie! A pan ją ukradł!

Olek traci grunt pod nogami.

Proszę poczekać. Jak zgubiła? Przecież znalazłem ją pod sklepem. Siedziała tam bezdomna miesiąc!

A czemu siedziała? Zagubiła się! Uwielbiam ją! Kupiliśmy ją z mężem specjalnie, rasową!

Rasową? Olek patrzy na Lalkę. Przecież to kundel.

Jest mieszańcem! Bardzo drogim!

Olek wstaje. Lalka przytula się do jego nogi.

Dobrze. jeżeli to pani pies, proszę pokazać dokumenty.

Jakie dokumenty?

Paszport weterynaryjny. Potwierdzenia szczepień. Cokolwiek.

Kobieta zająknęła się:

Są w domu. Ale to bez znaczenia! Poznaję ją! Lusia, chodź do mnie!

Lalka nie rusza się.

Lusia! No chodź szybciej!

Pies przytula się jeszcze mocniej.

Widzicie? mówi cicho Olek. Nie rozpoznaje pani.

Obraziła się, bo ją zgubiłam! podwyższa ton kobieta. Ale to mój pies! Żądam jej zwrotu!

Mam dokumenty, odpowiada spokojnie Olek. Z kliniki, gdzie ją leczyłem po wypadku. Paszport, paragony za karmę, za zabawki.

Mam dość tych papierów! To kradzież!

Ludzie zaczynają się przypatrywać.

Wie pani co? Olek sięga po telefon. Załatwimy to zgodnie z prawem. Wezwę policję.

Proszę bardzo! prycha kobieta. Udowodnię, iż to mój pies! Mam świadków!

Jakich świadków?

Sąsiedzi widzieli, iż uciekła!

Olek wybiera numer. Serce wali mu jak młotem. A jeżeli ta kobieta ma rację? Może faktycznie Lalka uciekła od niej?

Ale czemu siedziała u sklepu przez miesiąc? Czemu nie próbowała wrócić? I czemu teraz drży, chowając się pod jego ręką?

Halo? Policja? Mam tutaj problem ze sporem o psa…

Kobieta patrzy na niego z wrogością.

Zobaczy pan, sprawiedliwość zwycięży. Oddaj mi moją Lusię!

A Lalka cały czas przytula się do Olka.

I wtedy Olek już wie będzie walczył o nią do końca.

Przez te miesiące Lalka stała się dla niego czymś więcej niż psem.

Jest rodziną.

Dzielnicowy przyjeżdża po pół godzinie. Sierżant Michałewicz człowiek spokojny, konkretny, Olek zna go z wcześniejszych spraw ze spółdzielni.

No, opowiadajcie, mówi, wyciągając notatnik.

Kobieta zaczyna pierwsza, szybko, chaotycznie:

To mój pies! Lusia! Kupiliśmy ją za cztery tysiące złotych! Pół roku temu uciekła, szukałam jej wszędzie! Ten pan ją ukradł!

Nie ukradł, znalazł, spokojnie sprzeciwia się Olek. Pod sklepem. Siedziała tam głodna miesiąc.

Bo się zgubiła!

Michałewicz patrzy na Lalkę. Ta jak zawsze przytula się do Olka.

Czy ktoś ma jakieś dokumenty?

Ja, Olek wyciąga teczkę. Przypadkiem nie przełożył dokumentów po ostatniej wizycie w klinice.

Tu zaświadczenie z lecznicy. Leczyłem ją po tym, jak potrącił ją samochód. Paszport, szczepienia.

Dzielnicowy przegląda papiery.

A pani coś ma? pyta kobietę.

Wszystko w domu! Ale mówię to moja Lusia!

Może pani dokładnie opisać, jak ją zgubiła?

Byliśmy na spacerze. Zerwała się z smyczy i uciekła. Rozwieszałam ogłoszenia.

Gdzie spacerowaliście?

W parku tu, niedaleko.

Gdzie pani mieszka?

Na ulicy Kopernika.

Olek denerwuje się.

To dwa kilometry od sklepu, gdzie ją znalazłem. jeżeli zgubiła się w parku, jak trafiła tam?

Może zabłądziła!

Psy zwykle trafiają z powrotem do domu.

Kobieta się czerwieni.

Co pan wie o psach?!

Wiem, mówi cicho Olek. Wiem, iż ukochany pies nie siedzi miesiąc głodny pod jednym sklepem. Szuka właścicieli.

Mogę coś zapytać? wtrąca Michałewicz. Mówiła pani, iż szukała psa. Rozwieszała ogłoszenia. Czemu nie zgłosiła pani tego na policji?

Na policję? Nie pomyślałam…

Przez pół roku? Zgubiła pani psa za cztery tysiące i nie poszła na komisariat?

Myślałam, iż się sam odnajdzie!

Dzielnicowy marszczy brwi.

Proszę dokumenty.

Jakie dokumenty?

Dowód osobisty. I proszę potwierdzić adres.

Kobieta wyciąga z torebki dowód. Drżą jej ręce.

Proszę.

Michałewicz sprawdza:

Faktycznie mieszka pani na ul. Kopernika, numer piętnaście. Które mieszkanie?

Dwadzieścia trzy.

Rozumiem. Kiedy dokładnie pies zaginął?

Około pół roku temu, może dwudziesty stycznia, może dwudziesty pierwszy.

Olek pokazuje komórkę:

Ja znalazłem ją dwudziestego trzeciego stycznia. Siedziała tam już prawie miesiąc.

Więc zaginęła jeszcze wcześniej.

Może pomyliłam datę… kobieta zaczyna się wyraźnie denerwować.

I nagle pęka:

Dobrze! Niech już zostanie pana! Ale naprawdę ją kochałam!

Cisza.

Dlaczego tak się stało? pyta cicho Olek.

Mąż powiedział, iż się przeprowadzamy i z psem nie będą chcieli wynająć mieszkania. Nie udało się jej sprzedać przecież nie była rasowa. Zostawiłam ją pod sklepem. Myślałam, iż ktoś ją weźmie.

Olek czuje, jak wszystko w nim się przewraca.

Zostawiła ją pani?

No… Zostawiłam. To nie wyrzucenie! Ludzie dobrzy, myślałam, iż ktoś przygarnie.

Dlaczego teraz chce ją pani zabrać?

Kobieta szlocha.

Rozwiodłam się z mężem. Wyjechał, zostałam sama. Bardzo za nią tęskniłam, kochałam ją…

Olek patrzy na nią i nie może uwierzyć.

Kochała pani? powtarza powoli. Kochanych się nie porzuca.

Michałewicz zamyka notes.

Wszystko jasne. Formalnie pies należy do obywatela… zerka do dowodu Olka Chmielewskiego. On ją leczył, zarejestrował, utrzymuje. Z prawnego punktu widzenia sprawa jest jasna.

Kobieta szlocha:

Ale zmieniłam zdanie! Chcę ją z powrotem!

Za późno na zmianę, mówi sucho dzielnicowy. Zostawiła ją pani, to sama pani podjęła decyzję.

Olek przysiada obok Lalki, obejmuje ją:

Już dobrze, dziewczynko. Już wszystko w porządku.

Mogę ją chociaż pogłaskać? prosi kobieta. Ostatni raz?

Olek patrzy na Lalkę. Ta podkula uszy, chowa się za jego ręką.

Widzisz? Boi się pani.

Nie zrobiłam tego specjalnie. Okoliczności tak się ułożyły…

Wie pani co? Olek wstaje. Okoliczności się nie zdarzają. Tworzymy je sami. Czegoś trzeba się trzymać w życiu. A pani stworzyła sytuację, w której porzuciła żywą istotę. Teraz chce ją zmienić, bo tak pani wygodnie.

Kobieta płacze.

Rozumiem. Ale tak mi bardzo źle samej…

A jej było dobrze przez miesiąc czekać na panią pod sklepem?

Cisza.

Lusia, szepcze kobieta po raz ostatni.

Pies choćby nie drgnie.

Kobieta odwraca się nagle i odchodzi. Szybko, bez oglądania się.

Michałewicz klepie Olka po ramieniu:

Dobra decyzja. Widać, iż cię pokochała.

Dziękuję, za zrozumienie.

Nie ma za co. Sam mam psa. Wiem, co to znaczy.

Gdy dzielnicowy odjeżdża, Olek zostaje z Lalką sam.

No, dziewczynko, mówi, głaszcząc ją po głowie. Już nikt nas nie rozdzieli. Obiecuję.

Lalka patrzy na niego. Olek widzi w tych oczach nie tylko wdzięczność. Widzi nieograniczoną, psią miłość.

Miłość.

Wracamy do domu?

Szczęśliwie szczeka i biegnie razem z nim.

Po drodze Olek rozmyśla: ta kobieta w jednym miała rację. Okoliczności mogą się czasem ułożyć różnie. Można stracić pracę, dom, pieniądze.

Ale są rzeczy, których nie wolno tracić. Odpowiedzialność, miłość, współczucie.

W domu Lalka układa się na swoim ulubionym dywaniku. Olek parzy herbatę, siada obok.

Wiesz, Lalko, mówi zamyślony. Może wszystko wyszło na dobre. Teraz wiemy na pewno jesteśmy sobie potrzebni.

Lalka wzdycha szczęśliwie.

Idź do oryginalnego materiału