Teściowa przekopała mój wypielęgnowany trawnik na działce pod grządki – kazałam jej wszystko przywrócić do stanu sprzed zniszczeń i postawiłam sprawę jasno

5 dni temu

Krzysiek, jesteś pewien, iż nie zapomnieliśmy węgla? Ostatnio musiałeś jechać do sklepu na wsi, a tam tylko mokre drewno mieli rzuciła do męża Jagoda, która zerkała na niego, kiedy ten ostrożnie omijał dziury na wiejskiej drodze.

Wziąłem węgiel, rozpałkę też, a mięso, które zamarynowałaś, leży już w lodówce turystycznej odpowiedział Krzysiek z lekkim uśmiechem, na moment odwracając wzrok od drogi. Wyluzuj, jedziemy odpocząć. Dwa tygodnie urlopu, cisza, śpiew ptaków i twój ukochany trawnik. Całą zimę tylko o nim mówiłaś.

Jagoda wyciągnęła się na fotelu i zamknęła oczy. Słowo trawnik brzmiało jak muzyka dla jej uszu. Gdy trzy lata temu kupili ten zapuszczony kawałek ziemi z malutkim domkiem, był tam tylko pokrzywowy gąszcz i sterta gruzu. To ona własnoręcznie wyciągała resztki cegieł, walczyła z chwastami, a w końcu razem z Krzyśkiem zamówili ekipę, która wyrównała teren i założyła im porządny, z rolki, trawnik za niemałe pieniądze.

Dla Jagody to było miejsce mocy. Zieleń miękka jak jedwab, idealna by poleżeć z książką, wypić na bosaka poranną kawę, czy rozłożyć matę do jogi. Na trawniku nie pozwalała choćby grać w badmintona w twardszych butach, żeby nie zniszczyć murawy. Dla niej ogródek miał być strefą odpoczynku, a nie miejscem do harówki, jak u jej rodziców czy teściów.

Ciekawe, czy mama nie zapomniała podlewać go, jak nas nie było dumała półgłosem Jagoda. Upalne trzydziestostopniowe dni…

Daj spokój machnął ręką Krzysiek. Mama jest sumienna. Zostawiliśmy jej klucze, obiecała wpadać co dwa dni i pilnować domu. Wie przecież, jak bardzo dbasz o tę trawę.

Barbara, teściowa Jagody, była kobietą starej daty. Energiczna, głośna i przekonana, iż ziemia musi rodzić. Każdy skrawek powinien wedle niej dawać plony ziemniaki, marchew, a przynajmniej koper. Przez pierwsze dwa lata Jagoda staczała z nią małe wojenki pozycyjne, walcząc o prawo do swojej strefy relaksu. Barbara narzekała, twierdząc, iż trawnik to fanaberia dla próżniaków, ale w końcu pogodziła się z istnieniem małego szklarniowego kącika na uboczu.

Samochód zahuczał na żwirze pod bramą. Jagoda pierwsza wyskoczyła, by otworzyć zamek. Pachniało rozgrzanym lasem sosnowym i kwitnącą dziką różą. Wciągnęła głęboko powietrze, już wyobrażając sobie chłód trawy pod stopami.

Rozwarła bramę. Skoczyła do przodu i znieruchomiała. Torba z laptopem wypadła jej z ręki i miękko spadła w piach.

Jagoda, co tam stanęłaś? Czas wjeżdżać zawołał z auta Krzysiek. Gdy nie usłyszał odpowiedzi, wysiadł. Jaga?

Podszedł do niej i zatrzymał się, wodząc wzrokiem po tym, co zobaczyła.

Zielonego dywanu nie było.

W miejsce równiutkiej, zadbanej murawy ciągnęło się zaorane pole. Wszędzie grudy ziemi i kawałki porozrywanej trawy. Od werandy po altanę same bruzdy, z których wychylały się już jakieś wątłe siewki.

Pośrodku zamieszania, w starej bluzce i w kapeluszu, stała Barbara. Wsparta o łopatę, z uśmiechem jakby wygrała olimpiadę.

No witajcie dzieciaki! powitała ich zadowolona. Szykuję dla was niespodziankę! Ledwie zdążyłam przed waszym przyjazdem!

Jagoda poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy, a w uszach zaczęło szumieć. Weszła powoli przez furtkę i zatrzymała się na krawędzi byłego trawnika. Pod butami walały się strzępy darni porąbane łopatą.

Co to jest? spytała cicho, lodowatym głosem.

No, grządki! Barbara dumnie rozłożyła ręce i otarła pot z czoła. Tyle miejsca się marnowało! Tu jest najlepsze słońce przez cały dzień. Zamiast jakiejś bezużytecznej trawy proszę bardzo, posadziłam cebulkę, tu wczesną marchewkę, a przy altanie cukinie będą rosły. Swoje! Wyobrażacie sobie własne warzywa! Leczo, zaprawy zrobimy!

Mamo… jęknął Krzysiek, podchodząc bliżej. Coś ty narobiła? To był trawnik. Zakładaliśmy go trzy lata temu za siedem tysięcy złotych! Do tego nawozy, pielęgnacja, kosiarka…

Nie rozśmieszaj mnie! Siedem tysięcy za trawę?! Daliście się oszukać jak mieszczuchy! Trawa w lesie rośnie za darmo. Ziemia ma rodzić. Widzieliście ceny marchewki w sklepach? Zlota marchew! A tu swoje, zdrowe! Dla was się starałam, kręgosłup bolał, kopałam trzy dni, a wy na urlopie…

Jagoda milczała, patrząc na zrujnowaną swoją ciężką pracę, grudy ziemi i czuła, iż w niej narasta chłodny gniew. To nie była tylko samowolka. To było wejście z butami w jej życie i zignorowanie jej marzeń.

Pani Barbaro podniosła wzrok na teściową. Prosiłam tylko, żeby pani podlewała ogródek. Nie o kopanie. To nasz dom i nasza działka.

To co teraz? Barbara spoważniała i przyjęła postawę obronną. Ja jestem matka! Wiem, co lepsze. Za młodzi jesteście, nie wiecie co w życiu ważne. Jak przyjdzie zima jeszcze mi podziękujecie za te słoiki z przetworami. A trawnik? Takie lenistwo, wstyd przed sąsiadami. U wszystkich warzywniki, a u nas pole golfowe, no proszę cię. Jadzia od sąsiadów śmiała się ze mnie: Co twoja synowa, taka nieudolna, choćby koperku nie ma?.

Mam gdzieś Jadzię Jagoda mówiła powoli, wyraźnie. I nie chcę pani cukinii, ani marchewki. Krzysiek, wyładuj bagaże.

Jaga, poczekaj próbował złapać ją za rękę Krzysiek, ale odsunęła się. Mamo, to już trochę przesada. Umawialiśmy się przecież szklarnia należy do ciebie, reszta to strefa odpoczynku. Po co wszystko niszczyć?

Niszczę?! Barbara aż się zaczerwieniła. Zdrowie kładłam, ciśnienie mam dwieście, a wy mi takie podziękowanie! Niech was niewdzięczni egoiści!

Złapała się demonstracyjnie za serce i ciężko usiadła na ogrodowej ławce.

Jagoda poszła do domu, nie zerkając na teściową. W środku pachniało starym drewnem. Nalewając sobie wodę, ręce jej drżały. Miała ochotę płakać i rozbić coś z bezsilności ale wiedziała, iż histeria to tylko powód dla Barbary do zagrania ofiary.

Po paru minutach do kuchni wszedł Krzysiek, ze skruszoną miną.

Jaga, ona chciała dobrze, ma takie przyzwyczajenia ze swoich czasów. U nich pusta ziemia to grzech.

Krzysiek odwróciła się do niego. To nie kwestia wychowania. To sprawa szacunku. Uważa, iż jesteśmy jej własnością, a nasza działka jej własnością. Chciała postawić na swoim. Zawsze.

Pogadam z nią, jeszcze raz jej wszystko wytłumaczę…

Skończyły się rozmowy ucięła Jagoda. Rozmawialiśmy przez trzy lata. Udawała, iż rozumie. A wystarczyło, iż się odwróciliśmy i wszystko zniszczyła. Wiesz, ile kosztuje przywrócenie tego stanu? To nie tylko nowe nasiona! Trzeba usunąć stare podłoże, wyrównać grunt, położyć nową darń. Znowu wydamy kilka tysięcy i miesiąc będzie tu syf!

Krzysiek westchnął, opadając na krzesło.

Co chcesz zrobić? Wyrzucić ją?

Nie. Chcę, żeby to, co zrobiła, naprawiła.

Chyba żartujesz! Ma 65 lat. Przecież nie położy sama trawy z rolki.

Nie musi. Ale niech wyjmie swoje uprawy, wyrówna ziemię, przygotuje podłoże. Za nowy trawnik też zapłaci.

Nie da rady ma tylko emeryturę

Ma oszczędności, sama mówiła, iż na czarną godzinę i dla wnuków odkłada. Jesteśmy dziećmi, teraz my potrzebujemy pomocy w sprzątaniu skutków jej opieki.

To okrutne, Jaga.

Okrutne, to przyjechać i znaleźć śmietnik zamiast wymarzonego ogródka. Okrutne kiedy ktoś traktuje twoje zdanie jak coś nieistotnego. Zaraz jej to powiem. jeżeli odmówi, więcej tu nie wchodzi. Wymienię zamki choćby dzisiaj.

Jagoda wyszła na ganek. Barbara już nie trzymała się za serce dyskutowała przez płot z Jadwigą, wymachując rękami w stronę domu. Na widok synowej znowu poczęła grać pokrzywdzoną.

Pani Barbaro, zaczęła Jagoda schodząc po schodkach mamy do obgadania sprawę.

Czego znowu? Wody daj, aż mi z żalu zaschło w gardle.

Najpierw sprawa. Ma pani czas do końca niedzieli.

Na co niby?

By usunąć wszystko co pani tu posadziła. Wykopać każdą cebulkę, każdą marchew. Zgarnąć ziemię w kupę, wyrównać teren.

Barbara wybałuszyła oczy.

Oszalałaś, dziewczyno? Ja sadziłam, starałam się, a ty każesz wyrywać? Grzech! Żywe rośliny! Nic nie będę ruszać! Tu jestem u syna na działce, nie u ciebie na garnuszku!

Dom i działkę kupiliśmy po ślubie, spokojnie kontrowała Jagoda. Jesteśmy ze szwagrem właścicielami po połowie. Nikt nie zgadzał się tu na warzywniak. jeżeli w niedzielę nie będzie równiutkiej ziemi dzwonię po firmę, która wszystko wyrówna koparką, a rachunek wystawię pani. I więcej klucze do nas pani nie dostanie. Niech je pani od razu odda Krzyśkowi.

Krzysiek! jęknęła teściowa. Słyszysz jak ona ze mną rozmawia? Chce mnie do ziemi wpędzić! Powiedz jej coś!

Krzysiek wyszedł na ganek. Był blady, ale popatrzył Jagodzie w oczy i zrozumiał: jeżeli się teraz nie postawi, małżeństwo ich nie przetrwa.

Mamo, Jagoda ma rację powiedział bez entuzjazmu. Nie powinnaś się tak zachować. To nasz dom. Chcieliśmy trawnik. Zniszczyłaś wszystko.

I ty też?! Barbara rozłożyła teatralnie ręce. Pod pantoflem! Ona cię zaczarowała! Przecież dla was…

Dość mamo przerwał twardo Krzysiek. Dosyć tej troskliwości na pokaz. Zrobiłaś to dla siebie i robisz po swojemu. Teraz napraw. Albo usuwasz grządki, albo się naprawdę pokłócimy.

Barbara nagle zamilkła i ledwo łapała oddech. Nie spodziewała się takiej postawy po synu zawsze miękki, nagle stanął po stronie tej mieszczki.

A weźcie sobie ten trawnik! warknęła. Nigdy już tu nie przyjadę! Sami wszystko róbcie! Już jadę!

Porwała swoją torbę i krokiem urażonym ruszyła do bramy.

Klucze, pani Barbaro! zawołała Jagoda.

Teściowa się zatrzymała, wyjęła pęk kluczy z kieszeni fartucha i rzuciła je w piach.

Masz, połknij! Niech ci na tej trawie tylko perz wyrośnie!

Trzasnęła furtką i zaraz było słychać odjeżdżające auto zamówiła sobie taksówkę lub poszła na autobus, przystanek nie był daleko.

Jagoda sięgnęła po klucze, otrzepała z kurzu i spojrzała na Krzyśka.

Wróci powiedziała z przekonaniem. Zostawiła tu sadzonki i płaszcz. Poza tym ona tak łatwo nie zrezygnuje.

Krzysiek podszedł do zaoranego ogródka i kopnął grudę ziemi.

Co teraz? Sami posprzątamy?

Nie pokręciła głową Jagoda. Ona teraz poszła do Jadzi się poskarżyć. Za dwie godziny podjedzie na autobus, ale w domu na pewno nie usiedzi.

Za płotem już było słychać narzekania Barbary. Rozwodziła się nad tym, jak bezduszna synowa wyrzuciła starą, chorą kobietę i zmusiła do zniszczenia własnych plonów.

Jagoda wyciągnęła telefon.

Do kogo dzwonisz? zapytał Krzysiek.

Do firmy ogrodniczej. Zaraz dowiem się, ile kosztuje naprawa pod klucz z wywozem gruzu i wymianą ziemi.

Wieczór upłynął ciężko. Siedzieli z Krzyśkiem na werandzie nad herbatą, nie czując smaku. Przed oczyma mieli tylko czarne pole po burzy. Humor w ruinie.

Nazajutrz, w sobotę rano, zaskrzypiała furtka. Jagoda rozejrzała się przez okno i zobaczyła Barbarę wnosiła się ostrożnie tareczką do szklarni, nie patrząc w stronę domu.

Jagoda wyszła na ganek.

Dzień dobry, pani Barbaro. Przyszła pani po rzeczy?

Barbara zatrzymała się i po dłuższej chwili odwróciła.

Pomyślałam… szkoda cebulki. Sprowadzana, holenderska, kosztowała.

Szkoda potwierdziła Jagoda. Za trawnik też zapłaciliśmy niemało. Sprawdziłam koszt przywrócenia wszystkiego do stanu z przed sklepania grządek to cztery tysiące złotych.

Barbara aż usiadła z wrażenia.

Ile?! Chyba zwariowałaś! Jakie ceny?!

Normalne rynkowe. Mogę pokazać wycenę. Albo własnoręcznie wszystko wyrównuje pani i siejemy od nowa, co wychodzi znacznie taniej, albo bierze się za portfel.

Nie mam tyle pieniędzy! wrzasnęła Barbara.

To brać grabie, łopatę i do roboty. Trzeba być konsekwentnym, pani Barbaro. W cudzym domu nie ustala się swoich zasad.

Wyszli też Krzysiek.

Mamo, Jagoda ma rację. Nie będziemy płacić za te eksperymenty. Dam ci worki, wykop cebulkę, marchew, zabierz co chcesz. Ale musi tu być czysty plac, żadnych warzyw.

Barbara krążyła wzrokiem między synem a synową, szukając możliwości wzbudzenia współczucia, wywołania poczucia winy, odwołując się do wieku ale napotkała ścianę. Jagoda była spokojna, Krzysiek nie zamierzał jej sprzeciwiać.

Barbara pociągnęła nosem, zdradzając ostateczną kapitulację.

No dobrze mruknęła. Dawać te worki. Potwory z was.

Następne dwa dni spędziła w surrealistycznej atmosferze. Barbara, pogrążona w demonstracyjnym stękaniu, wykopywała swoje zasiewy, sortowała cebulki i szczepki, pod nosem złorzecząc. Jagoda nie ingerowała siedziała w leżaku na ocalałym skrawku trawy i czytała, pilnując kątem oka.

Krzysiek pomagał wynosić ziemię, rozbijał duże grudy, przynosił matce wodę. Unikał robienia wszystkiego za nią Jagoda tego kategorycznie zabroniła.

jeżeli wszystko zrobi za nią, niczego się nie nauczy wyjaśniła mu potem. Zawsze będzie można zrujnować, a potem syn naprawi. Teraz musi zobaczyć skutki i poczuć je własnymi dłońmi.

W niedzielę wieczorem na działce leżała już tylko czarna, ubita ziemia równa, bez kretowisk i warzyw. Do pełnej równiny jeszcze brakowało, ale podłoże było przygotowane.

Barbara zmęczona, z brudnymi rękami, siedziała na schodkach.

Wystarczy? powiedziała ochryple.

Jagoda oceniła rezultaty.

Wystarczy, pani Barbaro. Dziękuję.

Barbara spojrzała na nią smutno.

Ostra jesteś, Jagoda. Myślałam, iż Krzysiek będzie z tobą szczęśliwy, ale masz go pod pantoflem.

Wcale nie odpowiedziała spokojnie Jagoda. Po prostu chcę, żeby szanowano moje zdanie. Gdyby pani zapytała, mogłaby mieć pani grządkę za szopą, tam nikt nie chodzi. Ale pani zniszczyła to, co było dla mnie ważne. To zasadnicza różnica.

Teściowa nie odpowiedziała. Wstała, otrzepała fartuch.

Krzysiek zawiezie mi cebulkę do domu?

Zawiezie pokiwała głową Jagoda.

Kluczy oddacie?

Jagoda i Krzysiek wymienili spojrzenia.

Nie, mamo. Na razie klucze zostają u nas. Sami będziemy wpadać podlewać. Możesz przyjechać na zaproszenie powiedział stanowczo Krzysiek.

Barbara zacisnęła usta, ale już nie oponowała. Zrozumiała, iż pewna granica została przekroczona.

Po miesiącu trawnik zaczynał już odrastać. Jagoda z Krzyśkiem wysiali sportową mieszankę. Pojawiały się pierwsze nitki miękkiej zieleni.

Barbara odwiedziła ich dopiero w sierpniu, na urodziny syna. Była cicha, pokorna, choćby chwaliła nową murawę.

No, zielono tu powiedziała oglądając trawnik. Czysto, porządek. Może i lepiej tak. Mniej błota do domu się nosi.

Jagoda uśmiechnęła się i dolała jej herbaty.

Pewnie, iż lepiej, pani Barbaro. Warzywa są na rynku i w szklarni, a odpoczynek tu na trawie.

Wojna o przestrzeń została zakończona. A choć ślady walki jeszcze widniały na ziemi, granice te wyznaczone łopatą, uporem i spokojem okazały się bardziej trwałe niż najbardziej uprzejme uśmiechy.

Idź do oryginalnego materiału