Tegoroczny “dead week”

notatnikemigrantkihome.wordpress.com 12 godzin temu

minął nadzwyczaj przyjemnie. Pojechaliśmy do Washingtonu odwiedzic ulubione muzea. Zwiedzanie zaczęliśmy od muzeum architektury, które otwarto po kilkuletniej renowacji. Była swietna wystawa modeli domów na przestrzeni wieków i przeróżne przedmioty wystoju wnętrz niestety był zakaz fotografowania. Inne wystawy: pamiątki turystyczne, zabawki i modele oraz słynne budynki wykonane z klocków Lego.

W galerii portretow i muzeum amerykanskiej sztuki wiele zmian tzn wiele sal zamkniętych, cześć dzieł przeniesiona, bo ostatnie piętro zamknięte dla zwiedzających . Perełką była duża wystawa sztuki Grandma Moses-„Babcia Moses: Dobry dzień pracy” ukazująca Annę Mary Robertson (1860–1961) jako wielowymiarową siłę w sztuce amerykańskiej, której malarskie wspomnienia z życia na wsi zapewniły jej wyjątkowe miejsce w powojennej kulturze. Wystawa, czerpiąca swój tytuł z refleksji Moses nad własnym życiem jako „dobrym dniem pracy”, ukazuje, jak sztuka Moses łączyła kreatywność, pracę i wspomnienia z trwającego stulecie życia.

Moses zaczęła malować na poważnie pod koniec siedemdziesiatki, miała 80 lat, gdy galerzysta Otto Kallir przedstawił ją amerykańskiej publiczności podczas jej pierwszej wystawy indywidualnej w 1940 roku. W swoich pracach Moses łączyła bezpośrednią obserwację natury z osobistymi wspomnieniami tworząc osobliwe historie o Ameryce.

Centralnym punktem wystawy są trzydzieści trzy dzieła sztuki z kolekcji muzeum, wiedziałam iż artystka żyła długo i pracowicie, ale nie zdawalam sobie sprawy z ilości obrazów, sześć sal wypełnionych.

W Hirshhorn muzeum też kilka nowego, jedna instalacja kwiatów i sala sztuki eksperymentalnej, której nie rozumiem. Muzeum w przebudowie więc brak rzeźb na zewnątrz, pozostał spacer po zimowym ogrodzie.

Spędziliśmy caly dzień w galerii sztuki, kilka razy obchodzilismy w kółko szukając de la Toura, ostatecznie okazało się, iż jest wypożyczony. Musieliśmy wracać do wschodniego budynku, bo zapomniałam o wystawie książek artystycznych. Okazało się, iż to gablota w bibliotece z kilkoma eksponatami, których nie dało się dobrze sfotografowac. Była wystawa fotografii, akwarel, prac z opon, ale najlepszym punktem programu była wystawa sztuki rdzennych mieszkańców Australii – „The Stars We Do Not See”, pochodząca wyłącznie z kolekcji National Gallery of Victoria w Melbourne, zawierajaca wiele arcydzieł, które nigdy nie opuściły Australii. To wizualny nurt łączący ponad 250 narodów na przestrzeni 65 000 lat, blisko 200 dzieł z okresu od końca XIX wieku do dziś: malowidła ochrowe na korze, mapy pustyń centralnych i zachodnich (tzw. „malowidła kropkowe”), przełomowe dzieła neonowe, wideo, fotograficzne oraz wiele innych.

Przeszliśmy ogród rzeźb i nie wiem czy to nowy nabytek, czy wcześniej nie zauważyłam Pająka.

Trochę nas wymroziło, ale twardo spacerowaliśmy szukając nowych restauracji/kawiarni. Znaleźliśmy dobre pho i smaczną chinską serwująca różnego rodzaju pierożki, gdzie kelnerce pomagał robot z twarzą kota. Odwiedziliśmy dobrą kawiarnie, ale nie serwowali żadnych ciast, trzeba było znaleźć coś innego, a po znalezieniu jak to my każdego dnia chodzilismy do tej samej piekarnio-kawiarni na śniadanie i wieczorne ciastko.

Nie ma w Washington polskiej restauracji, więc wybraliśmy się do ukrainskiej, małej, ale bardzo przytulnej. Jedzenie jak domowe, chociaż wg mnie mogłoby być podane bardziej ciepłe. I barszcz i pierogi i gołąbki zjadłam gwałtownie i nie pomyślałam o zrobieniu zdjęć.

Odwiedziliśmy pierwszy raz muzeum sztuki azjatyckiej. Myślałam, iż dobrze znam centralną cześć miasta i przekonana byłam, iż muzeum jest na początku Mallu. Najpierw przeszliśmy pięć ulic za dużo w złym kierunku, a na Mallu okazało się, iż muzeum jest w samym środku od 1923 roku, więc musiałam przyznać się do błędu. Muzeum zaprojektowane z trzema pietrami w dół i chyba świadomie jako labirynt, kilka razy nie mogliśmy znaleźć wyjścia i nie byliśmy jedynymi zagubionymi.

Udało nam się znaleźć dobrze ukryty (wąskie wejście pod schodami) mały sklep z płytami, gdzie trafiliśmy na płytę szukaną od lat.

Odwiedziliśmy też ogród botaniczny, gdzie wciąż była świąteczna instalacja pociagów, dobrze było rozgrzac się wewnątrz w tropikalnej części.

W mieście wciąż świąteczna atmosfera, szczególnie w kościołach. Minęły nas koncerty świąteczne, ale mogliśmy podziwiac piękno basyliki.

nie wiem czy to skutki ostatniego zamknięcia rządu, czy początki upadku mocarstwa, ale wszystko podupada. Łancuch kawiarni, które często odwiedziliśmy znikł bez śladu, ulubiona pho restauracja nie istnieje. Bialy Dom częściowo rozwalony, ale w żaden sposób nie można go obejrzeć, ulice z obu stron i park całkowicie ogrodzone/zablokowane z patrolami wojska. Żołnierze widoczni w różnych częściach miasta, chociaż administracja przegrała sądownie. Na dodatek zapowiedziano ooady śniegu więc wyjechalismy wcześniej niż planowalismy, ale zato zdążylismy do domu na noworocznego szampana.

Idź do oryginalnego materiału