Tak, psy są naprawdę wierne! Ale wierne tylko tym, którzy je kochają a zdrajców nie wybaczają
Lidka biegła za samochodem, nie chcąc zostać sama w obcym miejscu. Nie chciała być porzucona i zapomniana.
Biegła za tym, którego kochała i komukolwiek ufała do ostatniej chwili. Za człowiekiem, którego nie potrafiła zdradzić, bo zdradzać nie umiała
Kasiu, poznaj, to Lidka! z szerokim uśmiechem przedstawił swojego psa młodej kobiecie, która miała jakieś dwadzieścia lat i stała na progu w lśniących szpilkach, przez które była od niego niemal o głowę wyższa.
Jest łagodna i bardzo posłuszna, więc na pewno się zaprzyjaźnicie. A adekwatnie jestem tego pewien!
Lidka z euforią kręciła się przy nogach pana, ale na Katarzynę patrzyła podejrzliwie.
Normalne, iż psy z dystansem podchodzą do obcych. Ale tu było coś więcej. Lidka wyczuwała, iż dziewczyna pachnie czymś nieprzyjemnym i odrażającym.
Nie chodziło tu o jej dusząco-słodkie perfumy, które śmiało można by zakwalifikować jako broń chemiczną. Psy mają taką niebywałą zdolność: rozpoznają złych ludzi!
Lidka miała to wyczucie wyostrzone na maksimum. Jej nos nigdy jej nie zawiódł.
Gdy spotykała takich ludzi na ulicy, automatycznie ciągnęła pana w inną stronę, choćby na siłę i wbrew jego woli, bo go kochała i chciała dla niego jak najlepiej.
A co zrobić w dwupokojowym mieszkaniu? Zwłaszcza, gdy pan był dla Katarzyny wyjątkowo uprzejmy i czuły.
Przytulał ją, całował
Zauważywszy nieprzychylne spojrzenie Lidki, Kasia złapała Piotra za rękę, pociągnęła go do kuchni, zamknęła drzwi i półszeptem powiedziała:
Czemu mi nie powiedziałeś, iż masz psa?
Nie było okazji odpowiedział Piotr równie cicho. Masz coś przeciwko?
Mam! Nie lubię psów i nie chcę, żeby ta… Jak ona się nazywała?
Lidka
Lidka. Nie chcę, żeby mieszkała z nami w jednym mieszkaniu.
I co mam z nią zrobić? Wystawić na ulicę? Mieszkamy razem już z cztery lata… No, może pięć. Już choćby nie pamiętam. Ale długo!
Piotrze… Kasia rzuciła wymowne spojrzenie, jasno dając do zrozumienia, iż temat zamknięty. Dopóki ten pies tu będzie, ja się do ciebie nie wprowadzam i o żadnym ślubie nie ma mowy.
Nie cierpię psów, rozumiesz? A teraz zdecyduj sam, kto jest dla ciebie ważniejszy: ja czy pies.
Lało jak z cebra. Wycieraczki na przedniej szybie miotały się wściekle, jakby tak samo nie znosiły deszczu jak Piotr, który gniewnie mknął przez nocną Warszawę i miał minę ciemniejszą od nocnych chmur.
A w środku czuł jakby ktoś żłobl mu wiadro pomyj w duszę. Jakby zmuszono go do czegoś obrzydliwego. Do czegoś, na co wcale nie miał ochoty.
Ale kochał Kasię i planował ją choćby poślubić. Albo i nie kochał w tej chwili to i tak nieważne.
Ważne było coś innego: tata Kasi obiecał załatwić wszystkie jego problemy z ledwo wiążącą koniec z końcem firmą remontową, a był człowiekiem wpływowym i słowa na wiatr nie rzucał. Powiedział, iż pomoże to pomoże.
To była realna szansa nie tylko przetrwać, ale też rozwinąć interes. Wstać z kolan i zostać wreszcie kimś sukcesu. Głupotą byłoby zrezygnować z takiej okazji.
Gdy wyjechał za miasto, wcisnął gaz do dechy. Ulewa przybrała na sile, a razem z nią wiatr.
Krople bębniły o szyby, dach, maskę i bagażnik, jakby próbowały powstrzymać Piotra. Opamiętaj się! zdawały się krzyczeć odbijając się o blachę.
Lidka leżała na tylnym siedzeniu i patrzyła na krople spływające po szybie. Jej przeczucie znów nie zawiodło. Odkąd w życiu pana pojawiła się obca dziewczyna, stał się inny. Chłodny jak jesienny deszcz. Nie mówił do niej, nie głaskał. Stawał się obcy.
Zatrzymał się na poboczu i zapalił papierosa. Dym powoli wypełniał wnętrze auta.
Wsunął kaptur na głowę i wysiadł. Lidka z niepokojem obserwowała dalszy rozwój akcji.
Standardowy scenariusz: tylne drzwi otwierają się z hukiem, wydobywają na zewnątrz chmurę dymu, która miesza się z nocnym powietrzem. Piotr chwyta psa za obrożę i wyciąga na asfalt. Lidka zaczyna piszczeć.
Potem dwukrotnie trzaskają drzwi: najpierw tylne, potem przednie.
Samochód rusza z impetem, zawraca i znika w stronę miasta, a wielkie krople deszczu tłuką po nim nieustannie.
Lidka zostaje sama, stojąc pośrodku drogi, zdezorientowana. Deszcz bezlitośnie leje na jej futro, od którego w jednej chwili nie zostaje ani kawałeczka suchego.
I wtedy rusza biegnie za samochodem, nie chcąc zostać sama w tym obcym miejscu. Biegnie za kimś, kogo kochała, komu ufała do końca, za tym, którego nie potrafiła zdradzić.
Bo nigdy nie nauczyła się zdradzać. Ale jak tu dogonić auto pędzące stówą Trzeba by być gepardem, a ona jest zwykłym psem.
Futro nasączone wodą waży już chyba z pięć kilo więcej i bardzo utrudnia bieg.
Czerwone światła auta dawno zniknęły w ciemności, ale Lidka dalej biegnie i nie potrafi przestać.
Kiedy już naprawdę trzeba się zatrzymać, a nie możesz, czasem sama los interweniuje i stawia kropkę nad i. Nie dlatego, iż jest okrutny po prostu nie ma sensu gonić za przeszłością.
Pisk opon i tępy łomot. Kierowca wyskakuje z auta i zatrzymuje się, łapiąc za głowę obydwoma rękami.
Na mokrym asfalcie leży pies. Kierowca ostrożnie podchodzi i zagląda Lidce prosto w oczy.
Oczy, w których przez cały czas jest zaufanie, choć z każdą sekundą coraz więcej smutku i rezygnacji.
Na szczęście żyje! pomyślał Marek.
Facet gwałtownie otworzył drzwi, rozłożył na fotelu swoją kurtkę, wziął psa ostrożnie na ręce i położył na tym prowizorycznym posłaniu.
Była już późna godzina, więc Marek pojechał do jedynej w mieście całodobowej kliniki weterynaryjnej. Upewniał się co kilka minut, iż Lidka oddycha, choć ona poruszała nogami, jakby dalej próbowała biec.
Weterynarz nie wziął ani złotówki za pierwsze badanie. Na pytanie co się stało? Marek opisał sytuację cicho i niepewnie.
Specjalista, przywykły do miejskich historii, zorientował się od razu pies został po prostu wyrzucony. Nie pierwszy raz, niestety.
Na szczęście żadnych poważnych obrażeń. Kilka stłuczeń. Lekarz przepisał specjalną maść i zalecił na dwa dni zimny okład, żeby zmniejszyć obrzęk.
Marek zaniósł psa do mieszkania, położył na swojej kurtce i przykrył starą bluzą.
To tylko tymczasowo przeprosił Lidkę cicho. Po dziesięciu dniach pies zaczął dochodzić do siebie. Co prawda jeszcze utykała na jedną łapę, ale najważniejsze, iż chodziła. Kulawizna z czasem minie.
Wyrzucili cię na ulicę? głośno powiedział Marek, siedząc obok Lidki na łóżku.
Nigdy wcześniej nie miał psa. Nie miał choćby znajomych z psami. Ba, adekwatnie w ogóle nie miał przyjaciół dawniej byli, ale teraz się rozczarował.
Jeden perfidnie podprowadził mu dziewczynę, drugi wrobił w interesy tak skutecznie, iż Marek musiał ogłaszać upadłość. Trzeci wpakował w szemraną aferę, po której Marek miał nieprzyjemną przygodę z policją.
Na szczęście pozbierał się i zdecydował zerwać z przeszłością, przeprowadzając się do innego miasta.
Dlatego wszystko, co pieskie, konsultował z weterynarzem, który podał wizytówkę i kazał śmiało dzwonić.
Dzięki radom lekarza Marek spokojnie wykąpał Lidkę i zmył z niej cały brud.
Myślał, iż będzie walka a ona przyjęła kąpiel ze stoickim spokojem, bez cienia agresji.
Potem dopytywał o karmę i dwa razy woził Lidkę na kontrolę, by wykluczyć syndrom po wypadku.
Trochę się martwił pies jadł byle jak, całymi dniami leżał, nie zwracał na Marka większej uwagi.
Zdarza się uspokajał doktor.
Doktor Krzysztof doradził, by wyprowadzać Lidkę jak najczęściej, żeby szybciej doszła do siebie.
Po prostu chodźcie razem na spacery. Nic od niej nie wymagaj. Po czasie się przyzwyczai. Może się choćby zaprzyjaźnicie.
Tak też było. Po starych ranach, także tych na sercu, nie zostało śladu i po niecałych dwóch miesiącach od znajomości na drodze, Marek i Lidka zostali kumplami.
Może nie najlepszymi przyjaciółmi od serca, ale pies zaczął mu ufać, a choćby lepiej jeść. Nawiasem mówiąc już nie Lidka, tylko Zosia.
Nowe życie, nowe imię. Zosia w mig przywykła do świeżej ksywki może dlatego, iż brzmi podobnie? Albo po prostu poprzednia przestała jej się podobać.
Co dzień, bez względu na pogodę, chodzili na spacery i było im razem po prostu dobrze.
Tylko podczas deszczu oczy Zosi stawały się trochę smutniejsze i nieco wilgotne. Ale nie od deszczu, tylko od wspomnień.
Tak, trudno zapomnieć o tym, co się stało. Pies to nie człowiek, ale ludzkie emocje wcale nie są mu tak obce. Kto myśli inaczej, nigdy nie miał psa.
Pewnego dnia, gdy spacerowali w parku, Zosia rzuciła się w pogoń za kotami takie hobby. Marek kupował wtedy kawę i nie zauważył, jak pies zniknął z pola widzenia.
Listopad był chłodny, więc gorąca kawa była jak zbawienie. Gdy się odwrócił już jej nie było.
Porzucając kawę na ladzie, rzucił się biec zupełnie jakby zobaczył koniec świata.
Zosia tymczasem ujadała pod drzewem, na którym siedział kot, najwyraźniej domagając się dalszych gonitw.
Obok zatrzymał się czarny SUV i wysiadł Piotr.
Chciał adekwatnie iść do sklepu, do którego przyjechał, ale znieruchomiał nagle, patrząc prosto przed siebie.
Lidka!
Pies nie skojarzył od razu, iż chodzi właśnie o nią. Ale gdy usłyszała swoje stare imię po raz drugi i wyczuła w głosie znajome nuty, odwróciła się i wpatrzyła w Piotra.
Lidka, do mnie! były właściciel przykucnął i wołał ją z szerokim uśmiechem.
Chciało się rzucić w jego ramiona, ale coś powstrzymywało. Ciekawe, co myślą psy w takich chwilach. Ale myślą na pewno.
Przecież on zdradził! Zostawił ją samą. A może nie? Może to jakieś nieporozumienie i przez cały czas jej szukał, no i wreszcie znalazł?!
Ogon zaczął lekko się wiercić. Czy to ze szczęścia, czy od napięcia, trudno powiedzieć.
Widział, iż pies się waha więc Piotr przeskoczył przez płotek i podszedł, wyciągając rękę.
Lidko! Liduniu! Ależ się cieszę, iż cię znalazłem! No chodź, no!
Głaskał ją i tulił mocno, a ona się nie wyrywała Ale też nie cieszyła się już z tej wizyty jak dawniej. Nie kręciła się wokół nóg, nie machała ogonem z radości.
Coś jej przeszkadzało się szczerze ucieszyć. Coś powstrzymywało.
W tym momencie Marek przelatywał przez park i zobaczył, jak jakiś facet próbuje siłą zaciągnąć Zosię do auta za obrożę.
Co pan wyprawia? To mój pies!
Podbiegł, chwycił Piotra za ramię i obrócił twarzą do siebie:
Co pan robi? spytał już całkiem stanowczym głosem. To mój pies!
Serio?
Oczywiście! Zosia, do mnie!
Zosia spróbowała zrobić krok do Marka, ale Piotr przez cały czas trzymał ją mocno za obrożę.
Jaka Zosia? To Lidka! Wychowałem ją od szczeniaka, a potem
A potem co? zapytał Marek, czując, iż zaczyna rozumieć, o co chodzi.
Nie twoja sprawa! To mój pies i zabieram go!
A właśnie, iż nie! To mój pies i tu zostaje! Nie będę się powtarzał nie prowokuj mnie.
Co?!
Oczy Piotra poczerwieniały, a twarz przybrała kolor buraka. Wymierzył Markowi rękę, ale wtedy pies, który do tej pory biernie obserwował całą komedię, nagle zaryczał groźnie, wyrwał się i odwrócił do Piotra, szczerząc zęby.
Piotr zamarł.
Bardziej ze zdumienia niż z przerażenia bo Lidka nigdy tak się przy nim nie zachowywała. Nigdy nie rzuciła się na niego z wściekłością. Nigdy nie patrzyła na niego z takim zdecydowaniem, gotowa bronić się do końca.
Opadła mu ręka, zrobił dwa kroki w tył.
Zosiu, nie trzeba. Idziemy! powiedział cicho Marek.
Pies podszedł do niego, dotknął nosem i pokornie skłonił głowę, żeby Marek przypiął smycz.
Szli aleją zasypaną liśćmi, nie oglądając się za siebie ani razu. Piotr stał i patrzył za nimi, zaciskając pięści z bezsilnej złości.
Z Kasią mu nie wyszło, do ślubu nie doszło, teść z pomocą od firm trzymał się z dala, więc Piotr musiał sprzedać firmę i pospłacać długi. Nie mógł sobie darować tamtej nocy.
Ale zmienić już nic nie mógł.
Tak, psy są wierne! Ale tylko tym, którzy je naprawdę kochają. A zdrajców nie wybaczają
To teraz napiszcie w komentarzach, co o tym myślicie! I jak komuś się podobało niech łapka w górę!

1 dzień temu








