Tak, psy są naprawdę wierne! Ale wierność okazują tylko tym, którzy je kochają – zdrajców nie wybacz…

3 godzin temu

Tak, psy są bardzo wierne! Ale są wierne tym, którzy je kochają a zdrajców nie wybaczają

Liza biegnie za samochodem, nie chcąc zostać sama w obcym miejscu. Nie chce być porzucona i zapomniana.

Biegnie za tym, którego kochała, któremu ufała do końca. Za człowiekiem, którego nie potrafi zdradzić. Bo zdrady po prostu nie zna

Weroniko, poznaj, to jest Liza! z szerokim uśmiechem przedstawia swoją suczkę Bartek młodej kobiecie około dwudziestki, która stoi w progu w błyszczących szpilkach na dziesięciocentymetrowym obcasie, dzięki czemu jest wyższa od niego prawie o głowę.

Jest łagodna i bardzo posłuszna, więc myślę, iż gwałtownie się dogadacie. A adekwatnie jestem tego pewien!

Liza z euforią kręci się pod nogami Bartka, ale na Weronikę patrzy z nieufnością.

To normalne, iż psy z rezerwą podchodzą do obcych. Ale tu było coś innego.
Liza wyraźnie czuje, iż dziewczyna pachnie czymś nieprzyjemnym i odpychającym.

To nie ma nic wspólnego z dusznymi, słodkimi perfumami, które wystarczająco drażnią zmysły. Psy mają tę niesamowitą zdolność wyczuwają złych ludzi!

Liza ma to wyczucie rozwinięte do granic możliwości. Intuicja nigdy jej nie zawiodła.

Spotykając takich ludzi na ulicy, Liza instynktownie trzyma się od nich z daleka, odciągając przy tym Bartka, który mocno trzyma ją na smyczy. Czasem choćby wbrew jego woli. Kochała swojego pana i dbała o jego szczęście na swój psi sposób.

Ale gdzie można się schować w dwupokojowym mieszkaniu? Poza tym Bartek był dla Weroniki wyjątkowo uprzejmy i czuły.

Przytula ją, całuje

Widząc podejrzliwy wzrok Lizy, Weronika bierze Bartka za rękę, prowadzi go do kuchni i półgłosem mówi:

Mogłeś powiedzieć, iż masz psa.

Nie było okazji szepcze Bartek. Masz coś przeciwko?

Mam! Nie znoszę psów i nie chcę, żeby ta Jak jej tam mieszkała z nami.

Liza

Właśnie, Liza.

Gdzie mam ją niby zostawić? Na ulicy? Mieszkamy razem już cztery lata. Albo pięć, choćby nie pamiętam. Ale długo!

Bartku Weronika rzuca na niego jednoznaczne spojrzenie, dając jasno do zrozumienia, iż temat jest zamknięty. Dopóki ten pies będzie tu mieszkał, nie wprowadzam się do ciebie, ślubu też nie będzie.

Nie cierpię psów, rozumiesz? Ty decyduj, co dla ciebie ważniejsze: ja czy pies.

Deszcz leje jak z cebra. Wycieraczki szaleńczo zrzucają z szyby wielkie krople, jakby nienawidziły ich równie mocno jak Bartek, który gwałtownie jedzie przez nocną Warszawę, a jego twarz jest ponura niczym chmura na niebie.

A w środku Czuje się, jakby ktoś oblał mu duszę wiadrem pomyj. Zmuszono go do czegoś okropnego, na co nigdy nie miał ochoty się zdobyć.

Ale kochał Weronikę i planował się z nią ożenić. A może wcale jej nie kochał. W tej chwili to nieistotne.

Liczyło się coś innego: ojciec Weroniki obiecał rozwiązać wszystkie problemy z jego kulejącą firmą remontowo-budowlaną, a był człowiekiem bardzo wpływowym i słowa na wiatr nie rzucał. Obiecał pomóc to znaczy, iż pomoże.

To była prawdziwa szansa, by nie tylko utrzymać się na powierzchni, ale też rozwinąć skrzydła i w końcu coś w życiu osiągnąć. Byłoby głupotą odrzucić taką okazję.

Wyjeżdżając poza miasto, mocniej wciska gaz. Deszcz się nasila, wiatr również.

Krople bębnią o szybę, dach, maskę, bagażnik, jakby chciały go powstrzymać. Opamiętaj się! zdają się szeptać, rozbijając się o blachę.

Liza leży na tylnym siedzeniu i patrzy na krople spływające po szybie. Przeczucie jej nie zawiodło. Od pojawienia się nowej osoby Bartek bardzo się zmienił stał się zimny jak jesienny deszcz. Przestał z nią rozmawiać, głaskać ją Stał się jej obcy.

Zatrzymał się na poboczu, zapach dymu tytoniowego rozchodzi się po wnętrzu samochodu.

Zakłada kaptur i wychodzi na dwór. Liza z niepokojem czeka, co dalej.

Potem wszystko dzieje się jak w kiepskim filmie: tylne drzwi gwałtownie się otwierają, z wnętrza samochodu wydobywa się chmura dymu, Bartek chwyta Lizę za obrożę i wyciąga na zewnątrz. Suczka skomli cicho.

Dwa trzaski najpierw z siłą zatrzaskują się tylne drzwi, potem przednie.

Samochód rwie z miejsca, zawraca i odjeżdża w stronę miasta, a deszcz dalej uderza ciężkimi kroplami o karoserię.

Liza zostaje sama, stoi pośrodku drogi, nie mogąc zrozumieć, co się dzieje. Deszcz litościwie zmywa z niej resztki nadziei, mocząc do suchej nitki.

I wtedy rzuca się do biegu. Biegnie za samochodem, nie chcąc zostać sama w nieznanym miejscu. Biegnie za kimś, kogo kocha, komu ufa, za tym, którego nie umie zdradzić.

Ale jak pies może dogonić samochód jadący sto kilometrów na godzinę? To wymagałoby kociaka cietrzewia, a ona jest zwykłym psem.

Wtapia się coraz mocniej w asfalt, futro ciężkie od wody utrudnia jej bieg.

Czerwone światła dawno zniknęły w ciemności, a Liza przez cały czas biegnie, nie mogąc się zatrzymać.

Czasami, kiedy powinieneś przestać, ale nie możesz, los interweniuje i kończy tę historię. Nie dlatego, iż jest okrutny. Po prostu nie ma sensu gonić za przeszłością.

Rozlega się pisk hamulców i głuchy łoskot. Kierowca wyskakuje z auta, łapie się za głowę.

Na mokrym asfalcie leży pies. Ostrożnie podchodzi, zaglądając w oczy.

Oczy wciąż pełne zaufania, choć z każdą sekundą tego zaufania jest coraz mniej, a więcej żalu i bezradności.

Całe szczęście, żyje! myśli Tomek.

Otwiera drzwi, rozkłada swoją kurtkę na siedzeniu, ostrożnie bierze Lizę na ręce i kładzie ją na przygotowanym posłaniu.

Jest już późno, więc zostaje im tylko całodobowa klinika weterynaryjna. Tam właśnie się kieruje. Od czasu do czasu zerka na Lizę, która leży i wciąż porusza łapami, jakby próbowała dalej biec.

Weterynarz zgadza się przyjąć nocnego pacjenta, nie pobiera opłaty za pierwszy przegląd. Na pytanie, co się stało, Tomek opowiada chaotycznie.

Lekarz, mający doświadczenie, od razu rozumie, iż psa po prostu wyrzucono. To niestety nie pierwszy taki przypadek w mieście i pewnie nie ostatni.

Na szczęście nie ma poważnych obrażeń tylko stłuczenia. Lekarz zaleca maść i przez dobę przykładać zimny okład na opuchliznę.

Tomek wnosi psa do mieszkania, swoje mieszkanie. Kładzie swoją kurtkę na podłodze i kładzie Lizę na niej.

To tylko na chwilę szepcze przepraszająco do Lizy.

Po dziesięciu dniach sunia zaczyna wracać do formy chodzi jeszcze lekko kulawym krokiem, ale najważniejsze, iż chodzi. Kulawizna kiedyś przejdzie.

Wyrzucili cię, co? mówi głośno Tomek, siedząc przy niej na łóżku.

Nigdy nie miał psa. Nie miał choćby znajomych z psami. Szczerze mówiąc, choćby znajomych już nie ma. Dawniej byli, dziś już nie. Zawiódł się na ludziach.

Jeden sprzątnął mu dziewczynę sprzed nosa, drugi wykiwał go w interesach na tyle, iż musiał ogłosić upadłość. Trzeci wplątał go w szemraną aferę, przez którą miał do czynienia z policją.

Na szczęście wszystko się ułożyło i Tomek, postanowiwszy zerwać z przeszłością, przeniósł się do innego miasta.

Wszystkie psie sprawy konsultuje z weterynarzem, który dał mu swój numer i powiedział, by dzwonił, gdyby czegoś potrzebował.

Dzięki poradom lekarza, Tomek pierwszy raz samodzielnie kąpie Lizę, zmywając z niej cały brud i kurz. Myślał, iż będzie się opierała, ale Liza zniosła kąpiel spokojnie.

Potem dopytuje o karmę i dwa razy zawozi Lizę na kontrolę, by sprawdzić, czy nie rozwinął się u niej zespół stresu pourazowego.

Bardzo martwi go stan Lizy je mało, leży całymi dniami i niemal nie zwraca na niego uwagi.

To minie uspokaja lekarz.

Pan Robert radzi wychodzić z nią częściej, by szybciej dochodziła do siebie.

Po prostu chodźcie na spacery i niczego od niej nie wymagajcie. Z czasem się przyzwyczai, może choćby zaprzyjaźnicie się.

I rzeczywiście stare rany, także te emocjonalne, powoli się goją, i półtora miesiąca po spotkaniu na drodze, Tomek i Liza zostają przyjaciółmi.

Może nie są jeszcze najlepszymi przyjaciółmi, ale psina mu ufa, choćby zaczęła lepiej jeść. Choć teraz nie nazywa się już Liza, a Łucja.

Nowe życie, nowe imię, jak to się mówi. Pies przywykł do nowej ksywki błyskawicznie może dlatego, iż brzmi podobnie do starej, a może stare imię ją bolało.

Codziennie, niezależnie od pogody, spacerują po mieście i cieszą się swoim towarzystwem.

Tylko w deszczu oczy Łucji stają się smutne, jakby lekko zamglone. I nie od deszczu raczej od wspomnień.

Bo zapomnieć o tym, co się stało, jest bardzo trudno. Pies to nie człowiek, ale ludzkie uczucia nie są mu obce. Ten, kto twierdzi inaczej, nigdy nie miał psa.

Jednego chłodnego listopadowego dnia, gdy Tomek kupuje sobie kawę w parku, Łucja postanawia pogonić kota. Rzuca się za jednym z nich, korzystając z okazji.

Kiedy Tomek odwraca się z gorącym kubkiem, psa już nie ma obok.

Zostawia kawę na stoisku i rzuca się na poszukiwania, nie wiedząc, w którą stronę biec, ale wiedząc, iż musi ją znaleźć.

W tym czasie Łucja szczeka na kota, który wymknął się na drzewo, chyba próbując go namówić do dalszej gonitwy.

Obok zatrzymuje się czarny suv. Wysiada Bartek.

Zmierza w stronę sklepu, ale nagle zastyga, widząc ją.

Liza!

Psina nie od razu reaguje, ale gdy słyszy imię znów, a w głosie wyczuwa znajome nuty, odwraca się i patrzy Bartkowi w oczy.

Liza, chodź do mnie! były właściciel kuca i wyciąga do niej ręce, promiennie się uśmiechając.

Chciałaby rzucić się mu w ramiona, ale coś ją powstrzymuje. Co myślą psy w takich chwilach, nikt nie wie. Ale z pewnością coś czują.

Przecież on mnie porzucił! Zostawił samą. Czy nie? A może się myliła i cały czas jej szukał?

Merda niepewnie ogonem nie wiadomo, czy z radości, czy z napięcia.

Widząc niezdecydowanie psa, Bartek przeskakuje przez ogrodzenie i podchodzi, wyciągając rękę.

Lizo! Księżniczko! Tak się cieszę, iż cię znów widzę! Chodź tutaj, no!

Bartek zaczyna ją głaskać i tulić do siebie, a ona mu się nie wyrywa. Ale i nie cieszy się tą chwilą, nie skacze wokół nóg, nie macha ogonem.

Coś jej nie pozwala, coś ją powstrzymuje.

Tomek podbiega i widzi jak mężczyzna próbuje ciągnąć Łucję za obrożę do auta.

Co pan robi? To mój pies!

Dobiega, chwyta Bartka za ramię, odwraca go stanowczo do siebie.

Co pan robi? powtarza, jeszcze pewniejszym głosem. To mój pies!

Naprawdę?

Jak to? Łucja, chodź do mnie!

Psina robi krok w jego stronę, ale Bartek trzyma ją mocno na smyczy.

Jaka Łucja? Przecież to Liza! Wychowałem ją od szczenięcia, a potem

A potem? pyta Tomek, zaczynając pojmować całą sytuację.

Nie twoja sprawa! To mój pies, zabieram ją, rozumiesz?

Nie rozumiem! To mój pies i zostaje ze mną! I już. Nie drażnij mnie.

Co?!

Oczy Bartka czerwienieją, twarz nabiera purpurowego koloru. Zamierza uderzyć Tomka, ale Łucja, która do tej pory obojętnie obserwowała dwóch właścicieli (dawnego i obecnego), nagle groźnie warczy i zrywa się, wracając do Bartka z zębami na wierzchu.

Bartek zastyga.

Bardziej z zaskoczenia niż ze strachu. Nigdy wcześniej Liza tak się nie zachowywała nie warczała, nie groziła mu.

Nigdy nie patrzyła tym wzrokiem twardym, zdecydowanym, gotowym walczyć do końca. Gotowym gryźć, jeżeli trzeba. Opuścił rękę, zrobił dwa kroki w tył.

Łucjo, spokojnie. Chodźmy szepcze Tomek.

Suczka podchodzi do niego, wtula nos, potem pokornie pochyla głowę, żeby Tomek mógł zapiąć smycz.

Idą alejką zasypaną kolorowymi liśćmi, nie oglądając się za siebie. Bartek patrzy za nimi i zaciska pięści z bezsilnej złości.

Z Weroniką nie wyszło, do ślubu nie doszło, ojciec jej nie pomógł w interesach musiał sprzedać firmę, żeby spłacić długi. Nigdy sobie nie wybaczył tego, co wtedy zrobił.
Ale nie mógł już niczego zmienić.

Tak, psy są bardzo wierne! Ale są wierne tym, którzy je kochają, a zdrajców nie wybaczają

Napiszcie w komentarzach, co o tym myślicie. Dajcie lajka!

Idź do oryginalnego materiału