No tak, psy są naprawdę wierne! Ale wierne są tym, którzy je kochają a zdrajcom nie wybaczają…
…
Lidka biegła za samochodem, nie chcąc zostać sama w obcym miejscu. Nie chciała być pozostawiona i zapomniana.
Biegła za tym, kogo kochała, komu ufała aż do końca. Za człowiekiem, którego nie potrafiła zdradzić. Bo zdradzać po prostu nie potrafiła…
Marto, poznaj proszę, to jest Lidka! Krzysiek uśmiechał się od ucha do ucha, przedstawiając swoją suczkę młodej dziewczynie w wieku mniej więcej dwudziestu lat, stojącej w progu w lśniących szpilkach na dziesięciu centymetrach, przez co była od niego prawie o głowę wyższa.
Jest bardzo łagodna i posłuszna, więc myślę, iż dobrze się dogadacie. Chociaż… nie myślę, jestem tego pewny!
Lidka radośnie kręciła się wokół nóg pana, ale na Martę patrzyła z rezerwą.
To normalne, iż psy z dystansem traktują obcych ludzi. Ale tu była inna historia. Lidka aż całą sobą czuła, iż dziewczyna pachnie czymś… odpychającym.
I nie chodziło wcale o ten mdło-słodki zapach perfum, których używała z pewnością w celu pokojowego naruszania konwencji o broni chemicznej. Psy mają niesamowity dar: wyczuwają ludzi nietęgiego sortu!
A Lidka, jeżeli chodzi o to wyczucie, wyrobiła sobie taką supermoc, iż w skali pies detektyw była zawodnikiem ekstraligi. Jej przeczucie nigdy jej nie zawiodło.
Gdy spotykała podejrzanego typa na ulicy, Lidka instynktownie trzymała się z dala, a właściciela targała na smyczy tak, żeby go odciągnąć choć kawałek. jeżeli trzeba, to choćby wbrew jego woli. Bo kochała go i jak mogła dbała o jego bezpieczeństwo.
Ale co począć w dwupokojowym mieszkaniu? Do tego Krzysiek był dla Marty bardzo uprzejmy i czuły.
Przytulał ją, całował…
Widząc nieufne spojrzenie Lidki, Marta złapała Krzyśka za rękę, poprowadziła go do kuchni, a zamykając drzwi, syknęła półgłosem:
A ty mi kiedyś mówiłeś, iż masz psa?
No… nie było okazji Krzysiek też ściszył głos. Masz z tym jakiś problem?
Oczywiście, iż mam! Nie lubię psów i nie zamierzam mieszkać z tą… Jak jej tam?
Lidka…
Lidka.
Co mam z nią niby zrobić? Wystawić na ulicę? Jesteśmy z nią razem już cztery, może i pięć lat. Już choćby nie pamiętam. Ale długo!
Krzysiek… Marta spojrzała na niego z wyższością, kończąc temat. Dopóki ten pies jest w mieszkaniu, nie przeprowadzam się i o ślubie możesz zapomnieć.
Nie lubię psów, jasne?! Mam do nich alergię psychiczną. Wybieraj, czy dla ciebie ważniejsza jestem ja, czy pies.
…
Deszcz lał jak z cebra. Wyjątkowo aktywne wycieraczki z złością strącały krople z przedniej szyby, jakby były tak wściekłe jak Krzysiek, który pruł przez nocną Warszawę ze skwaszoną miną.
A w środku czuł się, jakby ktoś wylał mu do duszy wiadro szamba. Jakby musiał zrobić coś odrażającego… Coś, czego bardzo nie chciał robić.
Ale kochał Martę. A przynajmniej mu się tak wydawało. To już nieważne.
Liczyło się coś innego: tata Marty był lokalnym rekinem biznesu i obiecał pomoc w ratowaniu Krzyśkowej firmy budowlanej, która ledwo zipała. Gdy powiedział, iż pomoże, to tak właśnie miało być taki z niego był boss.
To była życiowa okazja: nie tylko utrzymać się na powierzchni, ale i zainteresować się ekspansją firmy. Stać się kimś. Odmówić? Głupio by było, no nie?
Wyjeżdżając za miasto, docisnął gaz. Z nieba lało się jeszcze mocniej, a wiatr chciał zwiać samochód z szosy.
Krople bębniły w szybę, dach i maskę, jakby chciały Krzyśka powstrzymać. Opamiętaj się! tłukły w blachę.
Lidka leżała na tylnym siedzeniu i patrzyła na kapiący po szybie deszcz. Jej przewidywania się sprawdziły. Odkąd pojawiła się obca, Krzysiek się zmienił. Zimny jak październikowy poranek. Przestał z nią gadać, zapomniał o głaskaniu. Stał się kimś obcym.
Kiedy zatrzymał się na poboczu, odpalił papierosa. Dym leniwie snuł się po wnętrzu.
Narzucił kaptur na głowę i wyszedł z auta. Lidka w stresie czekała, co będzie dalej.
I poszło standardowo: tylne drzwi się otworzyły, do środka wpadła chmura gryzącego dymu, która zaraz uciekła w noc. Krzysiek chwycił suczkę za obrożę i wywlekł ją na jezdnię. Lidka pisnęła żałośnie.
Dwa głośne trzaśnięcia. Najpierw zamknięte z hukiem tylne drzwi, potem przednie.
Samochód wystartował ostro i pognał w stronę miasta, tłuczony deszczem, jakby deszcz próbował przebić blachę i dostać się do sumienia Krzyśka.
Lidka, która stała teraz samotnie na szosie, patrzyła zdezorientowana za oddalającym się samochodem. Deszcz miażdżył ją chłodem, wsiąkał w sierść, nie zostawiając choćby suchutkiej plamki.
I wtedy ruszyła. Lidka biegła za autem, nie mogąc się pogodzić z samotnością. Biegła jeszcze z miłością, biegła z ostatnim tchem, za tym, kogo nie umiała zdradzić.
Ale kto wygrywa wyścig z samochodem pędzącym stówką? Trzeba mieć gepardzie łapy, a ona była tylko zwyczajnym psem.
Futra też jej nie pomagało nasiąkło wodą, dociążało niczym worek ziemniaków.
Czerwone światła auta już dawno zniknęły za zakrętem, a Lidka biegła i biegła…
Aż, gdy nie masz już sił, a mimo to nie możesz przestać los sam się wtrąca i zatrzymuje spektakl. Nie z okrucieństwa, ot, po prostu nie ma sensu gonić swojego wczoraj.
Pisnął hamulec, potem łupnęło. Kierowca wyskoczył, łapiąc się za głowę.
Na mokrym asfalcie leżał pies. Zbliżył się ostrożnie i zajrzał jej w oczy.
Oczy, które choć jeszcze wierzyły, z każdą sekundą wypełniał coraz większy smutek i rezygnacja.
Dzięki Bogu, żyje! pomyślał Piotrek.
Otworzył uważnie drzwi, położył na siedzeniu kurtkę, następnie przeniósł psa na miękką podkładkę.
Było już bardzo późno, więc w grę wchodziła tylko jedna, całodobowa lecznica. Tam Piotrek pojechał. Co jakiś czas zerkał na Lidkę, która próbowała ruszać nogami jakby dalej biegła…
Weterynarz okazał serce i zrobił przegląd gratis za pierwszą wizytę nie wziął ani grosza. Na pytanie co się stało, Piotrek mętnie tłumaczył.
Jako stary wyjadacz znał sprawę: ktoś się po prostu pozbył psa. W Warszawie to nie pierwszy raz i raczej nie ostatni.
Na szczęście, nie było nic groźnego. Ot, stłuczenia. Doktór przepisał maść i zimny okład na obolały bok opuchlizna powinna zejść po dobie.
Piotrek wniósł psa do siebie, rzucił kurtkę na podłogę i ułożył ją na tym miękkim posłaniu.
To tymczasowe powiedział z wyrzutem. Po dziesięciu dniach Lidka zaczęła dochodzić do siebie. Noga jeszcze kulała, ale to nic grunt, iż chodziła. Kulawizna minie z czasem.
Wyrzucili cię na ulicę? powiedział na głos Piotrek, siedząc z Lidką na łóżku.
Nigdy nie miał psa. Ani znajomych z psami. Szczerze mówiąc, choćby znajomi się rozeszli. Czasy, kiedy miał przyjaciół, minęły. Zawiódł się na nich.
Jeden zabrał mu dziewczynę, drugi pogrążył firmę, trzeci wciągnął w szemrane interesy, przez które Piotrek musiał się gęsto tłumaczyć policji.
Na szczęście wszystko się wyprostowało i w końcu przeniósł się do innego miasta, by zacząć od zera.
Więc w sprawach pieskowych non stop wisiał na telefonie z weterynarzem, który dał mu swoje namiary i ostrzegł, iż w razie czego można dzwonić o każdej porze.
Dzięki poradom udało się Lidkę wykąpać, pozbyć się tumanu brudu i kurzu.
Boi się pan walki o łazienkę? Proszę się nie martwić pies zaskakująco spokojnie poddał się kąpieli. Zero agresji.
Potem konsultacje w sprawie karmienia, dwa razy kontrola stanu zdrowia, żeby mieć pewność, iż suczka nie ma traumy.
Lidka jadła marnie, całymi dniami leżała i omijała Piotrka szerokim łukiem.
Tak bywa tłumaczył doktor Ryszard.
Polecił częściej wyprowadzać Lidkę na dwór, żeby szybciej wróciła do formy.
Po prostu z nią spaceruj i niczego od niej nie wymagaj. Z czasem się przyzwyczai. Może choćby pokochacie się jak rodzina.
Jak powiedział, tak było. Stare rany się zagoiły, a po półtora miesiąca od tamtego wieczoru Piotrek i Lidka byli już dobrymi kumplami.
Może jeszcze nie przyjaciółmi na śmierć i życie, ale pies już mu ufał i zaczął lepiej jeść. Zresztą, odkąd zamieszkała w nowym domu, Lidka dostała nowe imię. Teraz była Bianka.
Nowe życie nowe imię, jak to się mówi. Przyzwyczaiła się szybko, może dlatego, iż i tak brzmiało podobnie. Może stare źle się kojarzyło.
Każdego dnia, niezależnie od pogody, spacerowali po okolicy, dobrze się bawili w swoim towarzystwie.
Jedynie podczas deszczu oczy suczki robiły się bardziej smutne, jakby przesiąknięte wspomnieniami.
O tak, zapomnieć tamtej nocy nie jest łatwo. Pies to nie człowiek, ale jego emocje bywają zadziwiająco ludzkie. Kto nie wierzy niech sam spróbuje żyć bez psa.
Pewnego dnia, gdy spacerowali w parku w środku dnia, Bianka pognała za kotem. Oczywiście, bo jak nie? Olek akurat kupował kawę w bufecie (w listopadzie kawa to podstawa, prawda?).
Odwrócił się psa nie ma. Kawa została, on poleciał szukać Bianki, nie wiedząc, gdzie biec, ale wiedząc, iż biec trzeba.
A Bianka urządziła koncert na cześć kota, który pięknie wspinał się na drzewo. Może chciała go po koleżeńsku zaprosić na wyścigi?
Nagle obok zahamował czarny SUV. Wysiadł Krzysiek.
Szedł do sklepu, a tu nagle przystanął jak wryty.
Lidka!
Pies nie od razu załapał, iż to do niej. Ale gdy usłyszała imię i ten znany ton, odwróciła się i zastygła, patrząc Krzyśkowi prosto w oczy.
Lidka, chodź do mnie! były pan kucnął i wołał ją, udając wesołość.
Chciałaby pobiec, wtulić się jak kiedyś… ale coś ją zatrzymywało. O czym wtedy myślą psy? Pewnie o czymś bardzo ważnym.
Przecież on mnie zostawił. Zdradził. Albo nie? A może po prostu się pomyliłam? Może on mnie szukał cały ten czas i właśnie odnalazł?!
Ogonem lekko zamachała. Czy ze szczęścia, czy z napięcia? Ciężko powiedzieć.
Widząc wahanie psa, Krzysiek przeskoczył przez płotek i podszedł, wyciągnął dłoń.
Lidko! Liduniu! Jak dobrze cię widzieć! Chodź do mnie, no chodź!
Pogłaskał ją ostrożnie, przytulił, a ona nie protestowała. Ale i szczęśliwa nie była. Nie kręciła się już wokół nóg, nie machała ogonem jak dawniej.
Coś trzymało ją na dystans.
Olek, który już biegł, zauważył, jak jakiś facet ciągnie jego Biankę do auta.
Ej, co pan robi? To mój pies!
Podszedł, złapał Krzyśka za ramię i obrócił go twarzą do siebie:
Co pan wyprawia? powtórzył już śmielej. To mój pies!
Serio?
Jak to serio? Bianka, chodź!
Suczka spróbowała podejść do Olka, ale Krzysiek jeszcze trzymał ją za obrożę.
Jaka Bianka? To Lidka! Ja ją wychowałem od szczeniaka, a potem…
Potem co? spytał Olek, który już zaczynał rozumieć całą sytuację.
Nie pańska sprawa! To mój pies i go zabieram, jasne?
Nie, nie jasne! Pies jest mój i koniec kropka! Nie mam zamiaru się wdawać w dyskusje. Lepiej się nie pogrążaj.
Słucham?!
Krew napłynęła Krzyśkowi do twarzy, zacisnął pięści. Pewnie by zaraz machnął, ale Bianka, która dotąd biernie obserwowała przepychanki dawnych i obecnych właścicieli, nagle zawarczała złowieszczo i wyrywając się, stanęła naprzeciw Krzyśka, szczerząc zęby.
Chłopak zamarł.
Bardziej ze zdziwienia niż ze strachu. Lidka nigdy tak do niego nie podeszła. Nigdy nie warczała, nie patrzyła z takim postanowieniem. W jej oczach było jasno: jest gotowa bronić nowego życia. I gryźć, jeżeli trzeba. Krzysiek cofnął rękę i odskoczył na dwa kroki.
Bianka, spokojnie. Chodź. szepnął Olek.
Suczka podeszła do niego, przytuliła się nosem, a potem opuściła głowę, by mógł przypiąć smycz.
Odchodzili alejką zasypaną liśćmi. Nie odwrócili się ani razu. Krzysiek patrzył za nimi, zaciskając pięści z bezsilnej złości.
Z Martą mu nie wyszło, do ślubu nie doszło, teść nie pomógł z biznesem, firmę trzeba było sprzedać, żeby spłacić długi. Do dziś Krzysiek nie potrafił sobie wybaczyć tamtej nocy. Ale czasu nie cofniesz.
No właśnie psy są cholernie wierne! Ale tylko tym, którzy ich kochają. Zdrajców nie wybaczają
Napiszcie w komentarzach, co sądzicie o takich historiach? Dajcie lajka, jeżeli kiedyś wasz pies był lepszym człowiekiem niż niejeden człowiek!

21 godzin temu


![Schronisko w Katowicach: 12 szczurów, Draco, Choco, Łotrzyk i Olimpia do adopcji [Zdjęcia]](https://www.wkatowicach.eu/assets/pics/aktualnosci/2026-02/Draco.jpeg)



