Dziś znowu pojechałem do wsi pod Radomiem odwiedzić ciocię Zofię, starszą siostrę mojej mamy. Mama jeszcze przed śmiercią prosiła mnie, żebym doglądał ciotki. Cały czas proponowałem jej przeprowadzkę do nas, do Warszawy. Mówiłem, iż będzie miała własny pokój, mogłaby spacerować po naszym ogródku, a sąsiadki z osiedla z pewnością umilałyby jej czas. Ale ciocia była uparta nigdy nie chciała zostawić swojego starego domku, w którym przeżyła większość życia.
No i dlatego co trzy miesiące brałem w pracy pięć dni urlopu bezpłatnego, żeby do niej pojechać. Dwa dni zabierała droga, trzy dni pomagałem w gospodarstwie. Szczęśliwie sam kieruję działem, mam pozwolenie na takie krótkie wyjazdy zresztą prezes firmy to mój długoletni kolega.
W tym roku nie dałem rady dotrzeć w marcu, masa pracy i zamówień się nagromadziła. Przyjechałem dopiero pod koniec kwietnia. Niestety, zima mocno nadszarpnęła zdrowie cioci Zofii. Sąsiadka, pani Marianna, powiedziała mi, iż dwa razy musiała wzywać pogotowie.
Dlaczego mi nie powiedziałyście? spytałem.
Zosia mi zabroniła. Przysięgałam, iż nie zadzwonię do ciebie, żebyś się nie martwił w pracy. Jak już umrę, to wtedy powiedz tak mi powiedziała.
Kupiłem więc w sklepie cukier i sól, które kazała mi ciocia kupić, a przy okazji kaszę, konserwy i mleko skondensowane. Gdy wróciłem, na progu siedział szczeniak owczarka, pewnie miał nie więcej niż pięć miesięcy. Wielka głowa, długa kufa wyglądał dość wyjątkowo.
Ciociu Zosiu, skąd masz tego psa?
Przybłąkał się miesiąc temu. Otworzyłam furtkę, a on siedział i trząsł się z zimna, okropnie był chudy. Nakarmiłam go, zrobiło się weselej w domu.
Pogłaskałem malucha, a on od razu położył mi łeb na kolanach. Od dziecka kochałem psy, zawsze marzyłem o takim przyjacielu ale rodzice nie pozwalali. Teraz też nie za bardzo miałbym czas na psa. Żona, Angelika, kiedyś przygarnęła kota, ale gdzieś zaginął po trzech latach. Dzieci nie mieliśmy, pogodziliśmy się z tym i dużo podróżowaliśmy.
Jak się wabi twój podopieczny? spytałem ciocię.
Tymek. Tak się nazywał mój stary kot.
Zaśmiałem się:
Ale jak to, psu kocią imię dałaś?
A co za różnica, wołam: Tymek! i przybiega odparła z uśmiechem.
Podczas mojego pobytu, Tymek nie odstępował mnie na krok. Kiedy przyszło mi odjeżdżać, poprosiłem ciocię Zofię, żeby nic przede mną nie ukrywała, jeżeli poczuje się gorzej obiecałem, iż zawsze przyjadę i kupię, co trzeba.
Maciek, ja już ci wystarczająco głowy zawracam. Ale, wiesz nie zostało mi wiele czasu
Co ty mówisz, ciociu? Jeszcze długo pożyjesz! Absolutnie mi nie przeszkadzasz.
Maciek, ale mam jedną prośbę: jeżeli coś się ze mną stanie, nie zostawiaj Tymka, to przecież też żywa dusza.
Nie zostawię, znajdę mu dobry dom.
Nie Weź go do siebie. On nie przyszedł tu bez powodu.
Nagle pies wsadził mi pysk na kolana i spojrzał prosto w oczy.
Dobrze, ciociu Zosiu, jeżeli tak być musi zabiorę go do siebie.
Po miesiącu zadzwoniła sąsiadka ciocia Zofia odeszła. Zorganizowałem pogrzeb, odczyniliśmy dziewięć dni z panią Marianną i sąsiadkami. Potem zabrałem Tymka i razem wybraliśmy się na cmentarz, pożegnaliśmy ciocię.
Czas wracać do Warszawy kupiłem dla psa kaganiec i smycz, i ruszyliśmy na stację. Kupiłem bilety do przedziału dla podróżnych z psami. Ledwo weszliśmy do przedziału, Tymek się zjeżył i zaczął warczeć na mężczyznę siedzącego przy oknie.
Ten się odwrócił, wytrzeszczył oczy i mówi:
Co to za czasy, żeby z wilkami po pociągach jeździć!
Panie, to nie wilk tylko mój pies Tymek!
No jasne, ja na polowania jeżdżę i wiem jak wygląda wilk!
Tymek znowu zawarczał.
Weź pan tego bydlaka, zanim zrobi mi krzywdę.
Jak się boisz, to się nie odzywaj. Nic ci nie zrobi, siedź spokojnie.
Taa, wolę już siedzieć w korytarzu niż tu z bestią!
Tak zostaliśmy sami. Popatrzyłem na psa i mówię pół żartem, pół serio:
Tymek, tyś naprawdę wilk? położył mi łeb na kolanach i merdnął ogonem. No i co z tego, ważne iż fajny z ciebie kompan.
Zajrzała konduktorka:
Przepraszam, to wilk czy owczarek?
Powiedział panu jakiś dziwak? To specjalna rasa owczarka, pies tropiący odpowiedziałem spokojnie.
Ma pan dokumenty?
Tak, już szukam
Pogrzebałem w kieszeni, potem wpadłem na pomysł:
O Jezu, Tymek! Zostawiłem papiery przy kasie jak kupowałem bilet. Przecież bez nich by nam biletu nie sprzedali powiedziałem do konduktorki.
No tak, rozumiem przytaknęła i poszła.
Rano byliśmy już w Warszawie. Najpierw zabrałem Tymka do weterynarza na sąsiednią ulicę. Pierwsze pytanie pani doktor:
Pracuje pan w cyrku?
Nie, a czemu?
Bo ma pan wilka, nie psa!
Westchnąłem:
Wilka, ale nie z cyrku, tylko z podwiejskiej wsi. Ciocia zmarła i mi powierzyła, więc dotrzymałem obietnicy i przygarnąłem go.
Pani doktor przyjrzała się uważnie i rzekła:
To krzyżówka wilka i owczarka niemieckiego tzw. wilczak. One są bardzo wierne, łagodne i nieagresywne. Niczego nie musi się pan obawiać. Zarejestrujemy go i damy szczepienia.
Moja żona gwałtownie się do Tymka przywiązała to ona go myła, karmiła, wyprowadzała. Po dziesięciu miesiącach, na świąteczną przerwę noworoczną, Angelika wybrała się z Tymkiem wieczorem do parku. Ostatnio była przemęczona i potrzebowała spaceru.
Podczas przechadzki Tymek nagle postawił uszy i pognał w ciemność. Angelika wołała go, ale długo nie wracał. Gdy już miała dzwonić do mnie, zobaczyła psa wracającego, ciągnącego coś w zębach.
To było zawiniątko noworodek, żywy! Angelika, mimo iż lekarz, natychmiast wezwała karetkę i policję.
Służby zjawiły się błyskawicznie. Angelika nie mogła z nimi pojechać z psem, więc odstawiła Tymka do domu i pojechaliśmy razem pod wskazany adres. Powiedziano nam, iż to dziewczynka, ma około miesiąca i jest zupełnie zdrowa.
Przy niemowlęciu była karteczka: Ma na imię Kalina, bardzo proszę oddać ją dobrym ludziom. Angelika poprosiła, by mogła ją zobaczyć. Po chwili spojrzała na mnie i zdałem sobie sprawę z jej wielkiego pragnienia. Skinąłem głową. Żona powiedziała dyżurnemu, iż jest lekarką, a my chętnie ją adoptujemy.
Po dwóch miesiącach dziewczynka zamieszkała z nami. Kalina dziecko, które uratował Tymek, ten sam, któremu zaufała i powierzyła mi ciocia Zosia. Wtedy zrozumiałem: pies nie pojawił się w naszym życiu bez powodu. Czułem, iż los bywa nieprzewidywalny a my musimy umieć słuchać jego znaków.

7 godzin temu




