13 października, wtorek
Klucz przekręciłam i nagle zamarłam przy drzwiach siedzieli trzej puszysti goście. Zawsze ten niekończący się, męczący jesienny deszcz, jakby chciał zmywać kolory z miasta. Szłam po podwórku, trzymając parasol tak, jakby mógł chronić mnie nie tylko przed zimnymi kroplami, ale i przed całym obojętnym światem. Kiedy klucz wpadł w zamek, za mną zabrzmiało krótkie, żałosne:
Miau.
Zatrzymałam się, odwróciłam głowę. Przy progu, ciasno przylegając do siebie, siedziały trzy mokre kulki. Małe, drżące z zimna. Rude, białe i czarne jakby ktoś specjalnie wybrał kontrastujące barwy, by wyglądały razem jeszcze bardziej wzruszająco.
O Boże wymruczałam prawie szeptem.
Kiciaki spojrzały na mnie. Nie prosiły, nie wzywały po prostu patrzyły. W ich oczach było coś, co wbiło się w serce.
Po co tu jesteście? wyszeptałam, kucając. Idźcie, maleństwa, idźcie stąd.
Rudy ostrożnie wystawił łapkę i dotknął moich palców. Drgnęłam, gwałtownie wstałam, otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Odwróciłam się. Kocięta przez cały czas siedziały, nie poruszyły się.
Przepraszam, mruknęłam i zamknęłam za sobą drzwi.
Nocą sen nie przychodził. Leżałam, słuchając, jak wiatr huczy w gałęziach za oknem, a w tle zdawało się dochodzić słabe miau. Może to był wiatr, a może sumienie.
Rankiem deszcz ustał. Spojrzałam przez okno próg był pusty.
No i dobra, powiedziałam na głos, jakby uspokajając samą siebie. Ktoś znajdzie im lepszy dom.
Jednak w piersi przebiło mnie ostre ukłucie, jakby straciłam coś ważnego.
Grażynka! zawołał znajomy głos z ulicy.
Na podwórzu stała sąsiadka Walentyna, trzymając na smyczy swoją kundelkę Dżinę.
Wyjdź, pogadamy!
Zaciągnęłam szalik i zeszłam w dół.
Słuchaj, zaczęła Walentyna, podobno wczoraj pod twoimi drzwiami siedziały kocięta. Gdzie one są?
Poszły, wzruszyłam ramionami. Przyszły same, odszły same.
Ech, głupia, westchnęła sąsiadka. Koty tak nie przychodzą. jeżeli wybrały dom, niosą ze sobą coś dobrego. A ty je wypędziłaś?
Nie wypędziłam, szepnęłam. Po prostu nie wzięłam.
A szkoda, Grażynko. Grzech to, odganiać tych, co same przychodzą.
Te słowa utkwiły mi w sercu jak ostra igła. Stałam jeszcze chwilę, potem zdecydowanie odwróciłam się:
Pójdę ich szukać.
Teraz tak! zawołała Walentyna.
Stary parasol w ręku, mokry asfalt pod stopami. Obiegałam całe podwórze, zaglądałam za kosze na śmieci, pod schody, do piwnicy nikogo. Tylko cisza i szum wody w rynnie.
Następnego dnia wstałam o świcie, nie włączając radia, ubrałam się i znów ruszyłam na poszukiwania. Przeszukałam własny blok, potem sąsiedni, zaglądałam w każdy zakamarek.
Kici-kici, szepnęła, czując się głupio. Gdzież wy jesteście, maleństwa?
Odpowiedział jedynie drobny, natrętny deszcz.
Trzeci dzień był najtrudniejszy. Błądziłam aż po zmrok, nogi bolały, ubrania przemokły, ale nie mogłam się zatrzymać. Przed wejściem spotkała mnie Walentyna:
Grażyna, jesteś cała mokra! Zemdlejesz!
Nie mogę, Walentyno, zmęczona odpowiedziałam. Oni przyszli do mnie. A ja
Rozumiem, przytaknęła. Jutro pójdziemy razem.
Czwarty poranek miał już wyruszyć, gdy nagle usłyszałam ciche, uciskające miau. Dźwięk dochodził z dołu. Kucnęłam i zajrzałam pod rury grzewcze. Tam, w kącie, przyciśnięte do siebie, siedziały dwa rudy i biały. Chude, przemokłe, drżące. Biały ledwo oddychał.
Moi dobrzy, szepnęłam, wyciągając ręce. Rudy od razu się poddał, biały był już bez sił.
Zabrałam je pod kurtkę i nieść do domu, czując, jak pod dłońmi biją drobne serduszka. Na kuchni wyciągnęłam stare ręcznik i otuliłam maleństwa. Rudy od razu ożył, rozglądając się, a biały leżał nieruchomo.
Nie umieraj, mruknęłam, masując łapki. Słyszysz? Nie odważ się!
Zalałam mu miskę ciepłym mlekiem. Rudy pochłonął je chciwie, biały karmiłam kroplami z pipety. Po godzinie w końcu cisza przerwał jej ciche miauczenie.
Brawo, uśmiechnęłam się po raz pierwszy od kilku dni.
Lecz gdzie trzeci czarny?
Po zostawieniu odnalezionych w cieple, wyruszyłam znów. Szukałam do wieczora, aż usłyszałam żałosny piszczek z pod starego szopy. W szczelinie między deskami utknął maleńki czarny kociak.
Jak się tam wślizgnąłeś, głuptasie? mówiłam, wyciągając go. Musiałam poszukać młotka, wyłamać deskę.
Czarny był najsłabszy ze wszystkich. Zabrałam go do domu, położyłam obok pozostałych na stary koc przy grzejniku. Rudy już skakał po kuchni, biały oddychał równomiernie, a czarny
Trzymaj się, maleńki, wołałam, podając mu mleko. Nie poddawaj się.
Do północy wziął kilka samodzielnych łyków.
Pierwsze tygodnie były ciężkie: biegunka, gorączka, kolejny kot chory. Nocami nie zamykałam oczu, grzałam, karmiłam, biegałam do weterynarza.
Może oddasz je komuś? zaproponowała Walentyna.
Nie, odpowiedziałam stanowczo. Są już moi.
Moi wypowiedziałam po raz pierwszy od dawna.
Rudego nazwałam Rudkiem nieokiełznany, wszędzie wtrącał nos. Białego Śnieżkiem, spokojnym obserwatorem, który lubił wylegiwać się na parapecie. Czarnego Tymkiem, cichym, ostrożnym, ale przywiązanym mocniej niż reszta: gdy tylko usiadłam, od razu wskakiwał na moje kolana.
Dom wypełnił się mruczeniem, stukotem łap, brzękiem misek. Wróciły zapachy mleka, szamponu, ciepłego chleba. Wróciło życie.
Budziłam się wcześniej niż zwykle, by zatroszczyć się o kotki: nalać świeżej wody, podać jedzenie, zmienić żwirek. Dzień podzielony był na śniadanie, zabawę, obiad, spacery po mieszkaniu, wieczorne pieszczoty i sen. I co najważniejsze podobało mi się to. Po raz pierwszy od długiego czasu miałam prawdziwy powód, by wstawać rano.
Minął dwa miesiące. Kiciaki urosły, wzmocniły się i zamieniły się w małe harcerzy. Szczególnie Rudy nieustraszony, niespokojny, nieustannie coś kombinujący. Zrzucał zasłony, przewracał kwiatki, wpadał do szafy i robił tam mały chaos.
Co znowu wyczepiłeś, mały łobuzie? ostrzegałam, nie gniewając się, a z uśmiechem.
Rudy, jakby rozumiał, iż wszystko mu wybaczą, ocierał się o moje nogi i mruczał: Tylko się bawie, mamo!.
Śnieżek był zupełnym przeciwieństwem powściągliwy, ważny, jakby powołany do filozoficznych rozmyślań. Zajął swoje miejsce na kuchennym parapecie i mógł godzinami patrzeć na podwórze. Czasem wyłykał miauk, jakby rozmawiał z ptakami lub instruował sąsiednie koty.
Tymek stał się moim nieodłącznym cieniem. Gdzie ja, tam on. Do łazienki i on. Do kuchni już pod stopami. Gdy leżałam w łóżku, natychmiast wtulał się w poduszkę.
No i przyklejasz się, śmiałam się, głaszcząc go za uchem.
Pewnego poranka wszystko się zmieniło. Na kuchni Śnieżek zajmował swoje miejsce, Rudy biegał po korytarzu, ale Tymka nie było nigdzie.
Tymku! zawołałam. Gdzie jesteś, maleńki?
Brak odpowiedzi. Przeszukałam cały kąt pod kanapą, w szafie, w pralce. Pustka. Serce ścisnęło się. Czy wybiegł na schody? Drzwi były zamknięte Okna też. Pobiegłam do klatki, potem na podwórze, sprawdziłam piwnicę, strych, krzaki przy ogrodzeniu.
Tymku! Tymku! wołałam, nie zwracając uwagi na sąsiadów.
Z okna wyłoniła się Walentyna:
Grażynko, co się stało?
Zniknął Tymek! prawie za płaczem odpowiedziałam. Nie wiem, gdzie go szukać!
Poczekaj, zaraz zjeżdżam razem poszukamy!
Obiegłyśmy podwórze, zajrzałyśmy w każdy zakamarek. Byłam już gotowa wylać łzy. Szczyły się w głowie najgorsze myśli czy go potrącił samochód? Czy ktoś go zabrał?
Nie zamartwiaj się, uspokajała Walentyna. Koty są sprytne, Tymek się znajdzie.
Wróciwszy do domu, przeszukałam ponownie wszystkie pokoje. Rudy i Śnieżek siedzieli obok, jakby wyczuwali moje zaniepokojenie.
Gdzież jesteś, mój mały szepnęłam, siadając na kanapie.
Nagle usłyszałam ciche, ledwo słyszalne miau. Zamarłam, nasłuchując. Dźwięk dochodził z góry. Spojrzałam na szafę. Na najwyższej półce, za kartonami, krył się czarny kociak.
Tymek! westchnęłam z ulgą, oczy przeszywając radością. Jak tam wleciałeś, mały łobuzie?
Kotek jęknął, nieśmiało patrząc w dół. Postawiłam krzesło, wspięłam się ostrożnie i wydobyłam drżącego Tymka. Przytulając go do siebie, gładziłam po grzbiecie i mruknęłam:
Ależ mnie przestraszyłeś, głuptasie
Tymek mruczał, wpychając pyszczek w moją policzkę, jakby przepraszał.
W tej chwili zrozumiałam, iż nie bałam się tylko utraty kota. Bałam się znów zostać sama. Te maleństwa stały się moją rodziną, sensem, częścią serca. Rudy podszedł, zamruczał, Śnieżek przytaknął, a Tymek wtulił się w szyję.
Wieczorem po raz pierwszy od dawna poczułam się naprawdę potrzebna.
Dziękuję wam, szepnęłam, ustawiając miseczki z wodą. Dziękuję, iż przyszliście do mnie.
Teraz Rudy wita mnie przy drzwiach za każdym razem, gdy wracam ze sklepu skacze, mruczy, ociera się o nogi. Śnieżek pilnuje domu z parapetu, niczym stróż, obserwując podwórze. A Tymek, jak zawsze, jest przy mnie czujny, oddany, z żółtymi oczami pełnymi ciepła.
Gdy jestem smutna, kładzie się obok, cicho grzejąc swoją obecnością. Gdy się cieszę mruczy głośniej, jakby dzielił moje szczęście.
Dom odżył. Nie wstaję już bo trzeba, ale bo chcę nakarmić swoich chłopców, pobawić się, pogadać. Tak, rozmawiam z kotami i nie wstydzę się tego, bo naprawdę odpowiadają po swojemu: miękkim mruczeniem, delikatnym machnięciem ogona, krótkim miau.
W tych cichych dialogach zrozumiałam najważniejsze: nie jestem już sama. Są przy mnie ci, którzy potrzebują mnie, i których nie mogłabym bez siebie wyobrazić.
Rok później stałam przy oknie, patrząc na podwórze, gdzie kiedyś przyjąłem trójkę przemokłych kociąt.
Śnieżku, znowu pada, powiedziałam do białego kota, który rozłożył się na parapecie.
Śnieżek mruknął odpowiedź, nie odrywając wzroku od szyby. Przemienił się w eleganckiego piękna z zielonymi oczami, spokojnego jak stary profesor. Z korytarza rozległ się stukot to Rudy, pędzący z zabawkową myszą w zębach, wciąż psotny, ale już duży, puszysty, niczym pomarańczowy obłok.
Znów wszystko w dół przewróciłeś? zaśmiała się Grażyna.
A u moich stóp,Patrzyłam, jak Rudy wraca z triumfem w oczach, a wśród szumu deszczu słyszałam, jak moje serce wreszcie odnalazło swój własny rytm.








