W przedziwnym śnie unosimy się nad starą polską wsią, gdzie dom mojej cioci, Zofii, jawi się jak samotna wyspa wśród pól ze złotym żytem i fioletowymi chabrami. Siedemdziesięcioośmioletnia Zofia miała dwie siostry. Jedną z nich jest moja mama, a drugą Helena, która żyje w dalekim Sztokholmie, gdzie pachnie kawą i śledziami.
Ciocia Zofia była jak królowa balu weselnego wstępowała w związek małżeński przynajmniej dziesięciokrotnie, topiąc obrączki w jeziorze wspomnień. Jej ostatni mąż, pan Janusz, odszedł w mglisty poranek, zostawiając stary dom o dwóch izbach z wychodkiem pod jabłonią, krzywym jak jej wspomnienia.
Janusz był typem człowieka, o którym mówi się, iż śmieje się głośniej niż ptaki o świcie. Gościliśmy u nich często, marszcząc czoła nad herbatą z liści mięty z ogrodu. Młodsza siostra, Helena, dzwoniła zza zimnych fal Bałtyku, a telefon drżał w rękach jak liść osiki.
Po śmierci Janusza na nasze barki spadł dom, ogród i duma Zofii. Z własnych pieniędzy polskich złotych nosiliśmy jej węgiel i drewno, sadziliśmy wiosenne cebule, wyrywaliśmy chwasty, i nigdy nie żądaliśmy nic w zamian. Wielokrotnie zapraszaliśmy ciocię, by zamieszkała w naszym bloku w Warszawie, ale ona jedynie śmiała się, mówiąc, iż jej dusza jest z gliny i pachnie ziemią.
Krok po kroku sprowadziliśmy dla niej wodę do kuchni, potem gaz, a potem wyczarowaliśmy łazienkę z ciepłym światłem i oknem na ogród. Dach wymieniliśmy na czerwone dachówki, żeby mróz nie wnikał nocą w jej sny. Zofia obiecała, iż dom, jak medalik, podaruje naszym dzieciom kiedy opadną liście.
Byliśmy u niej na każdy gest, na każdą prośbę, kiedy wiatr huczał w kominie. Nagle jej dom zgasł okazało się, iż ciocia wyjechała do Szwecji, otulona ramieniem Heleny. Łąka siostrzanych kłótni wykwitła nagle siostrzaną miłością. A dom? Nie ruszajcie, niech czeka! usłyszeliśmy przez mgłę połączenia.
Myśląc o Zofii, śniłam, iż wróci, ukradkiem, jak bociany do gniazda. Helena ma rodzinę: męża, Antoniego, córkę, Dorotę; wszyscy mieszkają razem w domu, gdzie zegary biją dwa razy szybciej.
Mieliśmy klucze, więc w tę dziwną, ciepłą sobotę pojechałyśmy z mamą, snując się wśród jabłoni. Nasz klucz obracał się na próżno zamek wymieniony, a na bramie, długimi białymi literami, ktoś wyśnił: SPRZEDAM.
Wróciłam do mieszkania w Warszawie, otworzyłam komputer, a tam, jak zjawa, dom Zofii pojawił się na stronie Otodom, śniąc o nowych właścicielach. Zadzwoniłam do pośrednika, który cicho powiedział, iż dom już zniknął za niemal dwieście tysięcy złotych. Telefon do cioci nie miał sensu we śnie byłam na nią zła jak na kapryśną pogodę.
Gdyby nie nasze złotówki, dom byłby warty mniej niż świderki po burzy. Miesiąc później Zofia zadzwoniła, jej głos płynął przez chmury: Dom sprzedałam, dałam pieniądze mojej siostrzenicy Dorocie ze Szwecji. Teraz patrzę przez mgłę na mojego trzymającego się realności małżonka, a złote monety, które w śnie wrzucaliśmy w dom Zofii, tańczą wokół nas jak łzy oszronionej brzozy.

1 tydzień temu