Trudne szczęście
– To jak to, rozwodzimy się? Marek, to chyba żartujesz, co?
Justyna patrzyła na męża i nic nie rozumiała. Rozwód? Przecież byli razem prawie dwadzieścia pięć lat! Za dwa tygodnie mieli świętować rocznicę czy już nie będą? Myśli plątały się w głowie. Przecież wszystko już zaplanowane: przyjęcie, goście, zaproszenia rozesłane Wszyscy przyjadą. Cała rodzina się zjedzie. Znajomi zasypywali ją telefonami, pytali, co kupić Gosia, jej najbliższa przyjaciółka, prezent już choćby przysłała. Szkoda, iż nie przyjedzie za daleko, a i w szóstym miesiącu ciąży nikt jej nie pozwoli do samolotu. Niech siedzi w domu jeszcze się spotkają, jeszcze uczczą. To przecież dzięki Gosi Justyna poznała Marka na studiach. A na ślubie to ona najgłośniej krzyczała Gorzko!, chowając się za bukietem, który Justyna po prostu jej wręczyła, nie rzucała w tłum jak tradycja każe.
– Dlaczego twój Adrian zwleka? Taką dziewczynę puścić?!
– Nigdzie nie ucieknę Gosia poprawiała Justynie fryzurę Wszystko w swoim czasie, Jusiu. Jeszcze nie dorósł. Po co mi niedojrzały mąż? Zaraz znudzi się i po dwóch latach rozwód? A te sprawy podział majątku, dzieci, rodzina, która będzie mnie wielbić? Nie, już, wolę poczekać. – Ty to masz plany na dwa lata naprzód! Justyna śmiała się aż do łez, patrząc, jak Gosia energicznymi ruchami maluje sobie kreski na oczach.
– Ja nie potrafię żyć połowicznie. Jak coś robić, to na sto procent.
– A dzieci, Gośka? Od razu cała gromadka czy jedno?
– Oczywiście, iż cała gromadka! Od razu mieć z głowy! U nas w rodzinie i u Adriana to się zdarzało. Kompletu potem wychowywać nie trzeba?
– Dwójkę łatwiej niż jedno zapewniała Gosia.
– Dlaczego? Justyna patrzyła z zaciekawieniem. Gośka zawsze była pragmatyczna i bardzo logiczna. Jak coś przeskrobały za dzieciaka, to i tak zawsze nie ona obrywała bo wszystko tak zorganizowane, iż nikt nigdy jej nie podejrzewał. Jak ktoś postanowił zrobić po swojemu, sama stawała z boku i patrzyła, jak geniusza rodzice karcą.
– To proste, Jusiu! Rywalizacja ale zdrowa, partner do zabawy przez cały czas. I mam szansę na tytuł matki roku za dwójkę na raz. Mało? Wymieniać więcej?
– Wystarczy! Justyna śmiała się, a i tak była pewna, iż Gośka osiągnie, co chce.
I tak się stało. Z małym dodatkiem: ktoś na górze miał chyba większe poczucie humoru niż Gosia, bo urodziła trojaczki. Los chciał ją wziąć na próbę i zobaczyć, czy da radę.
Dała radę. I rodzina męża ją naprawdę doceniła. Nie była typem pokornym, ale spotykała się z wszystkimi spokojnie i życzliwie, a chętnie pomagała, kiedy była taka potrzeba. Zwykle to była mobilizacja Adriana, który wolałby zostać w domu, ale Gosia przekonywała:
– Kiedyś my będziemy potrzebować pomocy i co wtedy? Tyle zostało nam? Nie podoba mi się taki układ! Chcesz ziemniaczków z kurkami na kolację? To leć do mamy i zmontuj szafę. Tobie to dwie godziny, a mamie zrobi się lepiej. Powiedz, iż okna w sobotę umyję.
Efekt był taki, iż gdy Gosi zabrakło rąk do dzieci, miała dwie babcie i jednego dziadka pod ręką. Adriana ojciec nie żył od dawna. Więc wykarmiła, wychowała, chociaż przez chwilę dzieciaki były w strefie zagrożenia za małe, urodzone za wcześnie. A potem po namyśle poszła na studia.
– Gosia, zwariowałaś? Kiedy ty to wszystko robisz? Justyna nie mogła się nadziwić.
– Kto odważy się postawić trójce dzieci matce dwóję? A mózg w domu nie zardzewieje i po wyjściu z macierzyńskiego będę specjalistką od wszystkiego ekonomia, prawo, wszystko! Nie jest źle, co?
Dyplom zdobyła, potem gwałtownie znalazła pracę, przekonując szefa, iż ta pensja starczy na nianię.
– Ale przecież ty nie będziesz mieć na nic! Justyna nie dawała za wygraną.
– Po pierwsze, babcie sobie radzą, ale szef nie musi o tym wiedzieć. Po drugie, Jusiu, potrzebuję doświadczenia. Papier to jedno, a kto mnie przyjmie, jeżeli nie umiem niczego? Najpierw popracuję za minimalną, a potem już będę miała opcje, gdzie iść dalej.
Justyna patrzyła na życie swojej przyjaciółki i co rusz się dziwiła. Jak kobieta może tyle zrobić naraz? Sama zawsze miała problem z podejmowaniem decyzji choćby rano w przedszkolu: czerwone czy niebieskie rajstopy?
– Ale jak coś już zdecydujesz, to zawsze dobrze, a ja ciągle się miotam! śmiała się Gosia. Ty jesteś konserwatystką, Jusiu. Najsolidniejsi ludzie na świecie.
Solidność No pewnie! Właśnie na tyle docenił to Marek! Jak mógł? Przecież żyli nieźle! Tak, brak dzieci ciążył na ich związku, ale z czasem przestali o tym rozmawiać. Pracowała trochę jako wolontariuszka w domu dziecka i zrozumiała, iż nie potrafiłaby adoptować cudzego dziecka nie chodziło o pieniądze, ale o to, iż nie miałaby tej głębokiej miłości. Wiedziała, iż to nie jest proste pragnienie, iż trzeba czegoś więcej.
– Jeszcze spotkasz swoje dziecko. Dyrektorka jednego z domów dziecka, pani Danuta, przyglądała się Justynie, prowadzącej dzieci w kółku wokół choinki. Wtedy nie będziesz mieć wątpliwości.
– A jeżeli nigdy nie zobaczę? Może to nie jest mi pisane? Justyna zaczęła układać prezenty na stołach.
– Może. Lepiej tak niż obiecywać coś, czemu nie dasz rady. Widzisz tamtego Michałka? Dwa razy go już oddano z adopcji.
– Jak to? Przecież on ma pięć, sześć lat?
– Sześć będzie. W pierwszej rodzinie dwa lata, w drugiej rok.
– Jak to się dzieje? Jak można oddać?
– W pierwszym przypadku po adoptowaniu pojawiło się ich własne dziecko. Klasyczna historia, niestety.
– A drugi raz?
– Rodzina dobra, ale nie dała rady. Dwójka własnych, troje w adopcji, Michał był czwarty. I nie starczyło serca. Po roku Michał po prostu siadł w kącie i przestał jeść. Prosił, by go zabrali z powrotem, mówił, iż nikt go nie kocha. Psycholog nic nie wskórał. Wrócił tu.
– To straszne wyszeptała Justyna.
– Wiesz, lepiej by nie brali go nigdy. Nie wierzy w nikogo. Już prawie stracił tę iskrę dzieciństwa. A przecież jest taki malutki
Te słowa strasznie Justynę poruszyły. Była bliska decyzji, by od razu załatwiać sprawę adopcji dla Michała. Ale Gosia sprowadziła ją na ziemię:
– Jesteś pewna, iż wystarczy ci tej miłości? A jak nie? Przemyśl to. jeżeli to tylko litość, odpuść. Bo zrobisz mu krzywdę jak inni. A może chcesz, to weź moje dziecko na tydzień. Poczujesz, czy to na pewno dla ciebie.
Justyna odmówiła. Do domu dziecka już więcej nie jeździła, pomagała zdalnie. Michał jednak ciągle siedział w jej głowie. Był takim jej drogowskazem przypominał, żeby żyć tak, by nie sprawiać komuś bólu.
Objęła się ramionami i spojrzała przez okno. Zimno Czemu tak zimno? Chociaż to tylko jesień, a przecież ogrzewanie już włączone! Może powinna pomóc Markowi się spakować? Czego zabrać? Ciepłe rzeczy, czy wystarczy polar? To tylko Poznań, a tu lato krótkie, jesienie jeszcze krótsze Co innego u mamy, tam za Wałbrzychem! Tam Justyna nie znała, co to znaczy marznąć całą zimę w cienkiej kurtce! Kiedyś chyba tylko, jak jechali w góry na weekend Najbardziej teraz chciała pojechać do mamy. Kumplem i uciec z nią w Tatry. Żeby nikt i nic dookoła, tylko one dwie i pełna wolność Ale mamy już nie było. I Marka właśnie też miało zaraz zabraknąć
O Boże, ona tej wolności wcale nie chce! Chce mieć męża przy sobie. Żeby było jak dawniej kawa rano i o trzeciej w nocy, kiedy nagle zachce się pogadać. Rozmowy do rana, bo nie da się spać. Spontaniczny wypad do teatru albo za miasto. Nigdy nic nie planowali najlepsze wyjścia i tak były nieplanowane. Marek dzwonił w pracy:
– Co robisz, Justi?
– Zawalona jestem, dwie rozmowy i potem bank.
– Olej to! Chodźmy na spacer, połazimy?
Justyna rzucała wszystko i po godzinie już byli gdzieś w lesie ktoś rzuci głupią uwagę, ktoś się zaśmieje i to było ich szczęście.
To szczęście zostało już tylko wspomnieniem Ona je zapamięta, a Marek pewnie nie. Jemu zostanie przyszłość. Z tą inną, co czeka dziecko Dziecko! To o to chodzi? Czy coś innego? O to, iż to wszystko było kłamstwem od początku? Pierwsze jeszcze potrafiłaby zaakceptować, ale to drugie? To by oznaczało, iż jest nikim, skoro przez tyle lat nie sprawiła, iż ten jeden mężczyzna chciał być tylko z nią
Justyna stała przy kuchennym oknie, przyciskając kolanami do długiego grzejnika, niezdolna się ruszyć. Słyszała, jak Marek krząta się po domu, szuflady trzaskają, drzwi walą. Aż ją trzęsło, doniczka z jedynym kwiatkiem prezent od Gosi przesunęła na skraj parapetu. Gdy drzwi trzasnęły na dobre, Justyna rozluźniła pięści, wyprostowała dłonie i docisnęła je do gładkiego parapetu, jakby chciała go połamać, potem wyprostowała się i zrzuciła ciężką donicę na podłogę, krzyknęła z całych sił.
Nie poczuła ulgi. Ciemna ziemia rozsypała się wszędzie, wymieszana z kawałkami doniczki to ją otrzeźwiło. Tak, teraz dokładnie tak wygląda wszystko czarne, nie ma w nim już światła. Bo światło właśnie wyszło i zamknęło za sobą drzwi. Teraz tylko w ciemność bez orientacji i drogowskazów.
Poza jednym
Justyna odczepiła się od grzejnika, przeszła przez rozrzucone okruchy po kuchni (nie zwracając uwagi na ból w skaleczonej stopie), doturlała się do sypialni, podniosła ładujący się telefon.
– Gośka.
To nie był płacz, raczej ryk z bólu. I nie musiała już nic tłumaczyć Gosia wszystko wiedziała.
– Marek odszedł?
– Tak
– Jasne. Jutro jestem u ciebie.
– Ty zwariowałaś! Justyna choćby się rozruszała, słysząc tę stanowczą komendę. Nie waż się nawet! Nie chcę. Gośka, błagam, nie wybaczę sobie, jak cokolwiek ci się stanie Poczekaj nagle coś do niej dotarło. Ty wiedziałaś?!
– Podejrzewałam. Ostatnio, jak byliście u mnie, Marek nie mógł na mnie spojrzeć. Teraz już rozumiem. Justi to na dobre wychodzi!
– Na dobre? Ja już nie mam po co żyć! Wszystko uciekło, rozumiesz? Całe moje życie do kosza Co mam teraz zrobić?
– Kup sobie sukienkę!
– Co? Justyna aż telefon prawie upuściła. Co ty powiedziałaś?
– Dokładnie idź i kup sobie tę sukienkę, na którą zawsze żal ci było pieniędzy. Teraz. Pokaż mi ją potem. Nie siedź w domu, nie wyj! To się nic nie zmieni! Kup sukienkę, a potem wsiadaj w pociąg albo samolot i przyjeżdżaj do mnie. U mnie wszystko w porządku, pójdziemy w góry.
– W góry?! Ty zaraz rodzisz!
– I co z tego? Wyobrażasz sobie, iż jestem niepełnosprawna?! Bez namiotu, w pensjonacie, na luzie. Potrzebuję tego równie bardzo co ty. Felek ma zawody za tydzień, a Małgosia z Julką na zgrupowaniu w Zakopanem. To ostatnia szansa, zanim życie mnie znowu zamknie w domu. Pół godziny i chcę numer twojego pociągu. Nie stresuj ciężarnej!
Gośka się rozłączyła. Justyna gapiła się w telefon. I co teraz?
Odpowiedź przyszła szybko. Wolno podeszła do lustra. No i proszę. Całe lata widać na twarzy, ale jeszcze nie jest staruszką! Młodość minęła, ale przecież to nie powód, by już się pochować. jeżeli Marek myśli, iż zaszyje się w kącie i będzie płakać to się zdziwi! Gośka miała rację. Nie ma co się żalić.
Poprawiła włosy, wytarła resztki łez i się wyprostowała. Działać! Bo jak teraz usiądzie to już nie wstanie.
Telefon poszedł w ruch wiadomości, wszystko odwołane na najbliższy czas. Kilka telefonów, żeby odwołać restaurację i inne rzeczy. Gotowe!
Po domu chodzę z miotłą! Zapomniała, iż ma dwa odkurzacze, manualnie posprzątała rozbitą doniczkę.
Sukienka leżała idealnie. Ognista, czerwona nie pasowała do Justyny, raczej do Gośki, która zawsze lubiła kolory i wzory. Justyna wolała być w cieniu, w szarościach, a teraz czemu by nie? Może zasługuje jeszcze na uwagę?
Lustro pokazywało nową Justynę zmęczoną i załamaną, ale nie złamaną. Jest coś w niej, co nigdy nie pozwoli się poddać. Gdyby tylko mogła się naprawdę zezłościć i wylać z siebie całą tę frustrację Ale nie mogła. Może, bo rozumie, czemu Marek odszedł? Przecież byli razem przyjaciółmi Zdrada boli podwójnie.
Wybrała kiepski pociąg, z przesiadką, i dobrze miała co robić, miała czas, by nie myśleć.
Wyjazd się udał. Z Gośką chodziły po wszystkich okolicznych szlakach, rozmawiając i milcząc, jakby bały się, iż stracą coś ważnego. Justyna czuła, iż zaczyna ją puszczać Gosia zawsze potrafiła odwrócić jej sposób patrzenia na świat i sprawić, iż coś, co wydawało się końcem, okazywało się szansą.
– Wracaj tutaj. Po co się tam męczyć, Justi? Biznes? Przecież tu też dzieciaki potrzebują opieki, zobacz, nowa dzielnica buduje się niedaleko, można centra dla dzieci stawiać. Twój tato choruje przecież chciałaś go sprowadzić do siebie. Teraz nie musisz. Zaopiekujesz się nim tu. Pomyśl.
Justyna pomyślała i pod koniec spontanicznych wakacji już wiedziała: tak, wraca.
Rozwód, sprzedaż mieszkania i samochodu, papiery związane z firmą tego wszystkiego było sporo. Skupiła się na zadaniach, emocje starała się zostawiać z boku. Kilka spotkań z Markiem, zabrała, co swoje, usunęła numer, postawiła grubą kreskę.
Wracając do Zielonej Góry, poczuła prawdziwą wiosnę wszędzie kwitły jabłonie, świeciło słońce. Oddychała głębiej niż przez ostatnie lata. Zdecydowała, iż nie wprowadzi się do taty kupiła mieszkanie blisko, samodzielność była dla niej ważna. Poza tym tata miał już towarzyszkę, panią Wandę. Justynie jakoś to nie przeszkadzało. Wiedziała, jak rodzice się kochali, ale nie uważała, iż ojciec powinien do końca życia żyć tylko tęsknotą.
– A pan Krzysztof całkiem przystojny, co? żartowała Wanda, patrząc rozmarzonym wzrokiem w stronę taty Justyny, krzątającego się przy ogrodzie. I właśnie ta nadzieja, iż miłość możliwa jest w każdym wieku dała Justynie nową siłę. jeżeli dla taty los przyniósł nowy rozdział po tylu latach, to i dla niej jest szansa.
Minął rok. Nowe miejsca dwa otwarte przez Justynę centra dla dzieci w okolicy działały pełną parą. Pracy miała mnóstwo, więc smutek przychodził tylko wieczorami, gdy życie ucichało. Wtedy siedziała z psem przy kuchennym stole, bawiła się zimną herbatą i wyobrażała sobie, iż Marek za chwilę przysiądzie się do niej, dotknie jej ramienia i powie:
– No, co jest Justi? Źle ci? Może napij się gorącej herbaty i pogadamy
Wiedziała, iż nie powinna, iż czas zakończyć starą historię do końca, ale nie potrafiła odepchnąć tej części siebie
Po półtora roku była sprawa z Urzędem Skarbowym, coś tam po sprzedaży firmy, więc musiała pojechać do Poznania to załatwić, i dobrze, bo przynajmniej było trochę ruchu. Sprawę załatwiła w jeden dzień i została jeszcze do wieczora. Poszła zobaczyć stary fragment miasta, ten, w którym kiedyś mieszkała. Nie wiedziała, co ją tam ciągnęło. Może chciała na chwilę wrócić do siebie.
Jeden z jej centrów był zamknięty, drugi się rozwijał. Zatrzymała się, patrząc przez okno, jak dzieci malują przy stolikach, a nowy prowadzący naśladuje niedźwiedzia i cała sala piszczy z radości. Uśmiechnęła się dobry chłopak, dzieci go kochają. I o to chodzi w tym wszystkim.
Ostatnie spojrzenie na wywieszkę, szybki krok. Minęła dawny dom, duży plac zabaw, ten, na którym marzyła o spacerach z własnymi dziećmi, mały park W końcu weszła na znaną ścieżkę, choć nie planowała przystawać.
Na ławce przy fontannie siedział mężczyzna z wózkiem. Wydał się znajomy. Zrobiła jeszcze parę kroków i to był Marek. Nie od razu poznała, posiwiał jeszcze bardziej, siedział dziwnie przygarbiony, wyglądał na mniejszego niż dawniej. Siedział, popychając lekko wózek i patrzył w bok, jakby go nie było.
Justyna robiła krok za krokiem coraz szybciej coś w niej pękło. Marek był naprawdę przygnieciony. Zawsze go znała i wiedziała, jak do niego dotrzeć. Ale czy pozwoli się pocieszyć? Tyle lat minęło.
– Marek
Drgnął, schował głowę niżej. Tylko szepnął:
– Cześć, Justysiu.
Przysiadła się obok.
– No i co u ciebie?
To było takie głupie pytanie, aż chciała uciec, ale została. Marek przestał popychać wózek, spojrzał na nią.
– Źle. Bardzo źle, Justyna.
– Dlaczego?
Jeszcze głupsze! Ale musiała spytać.
– Bo jestem sam. Bo bezmyślnie straciłem wszystko, co było dobre przez tę jedną przypadkową noc.
– Bajerzysz Justyna widziała, iż coś w nim pękło. Masz wszystko. Nowe życie, nowa żona, dziecko czego chcesz więcej?
Wskazała na wózek.
– Chłopak czy dziewczynka?
– Córka. Zosia.
– Nowa żona, dziecko czego ci trzeba?
– Nie ma żony, Justyna. Milena zmarła po porodzie.
Justyna wstrzymała oddech. Nie miała żalu do tej dziewczyny, choćby jej współczuła. Marek nigdy nie był imprezowiczem. A wtedy, przed zeszłymi świętami, wszyscy się dziwili, iż pozwolił sobie na taką noc.
Mała córeczka spała w wózku, a Marek kołysał ją powoli, jakby bał się, iż się obudzi. Długo milczeli. Gdy po jakimś czasie odezwali się równocześnie, przerywając sobie nawzajem okazało się, iż tyle mają sobie do powiedzenia, iż Zosia zdążyła się obudzić i patrzyła teraz dużymi oczami na rozświetlający się park i nadchodzącą noc.
Justyna wstała, by popatrzyć na dziewczynkę i zamarła
– Jak zobaczysz swoje dziecko, zrozumiesz, Justyna! przypomniał się jej głos dawnej pani Danuty. Odwróciła się.
Parę miesięcy później ta właśnie Danuta sprowadziła do swojego gabinetu poważnego, ciemnowłosego chłopca i zostawiła ich samych.
– Michałku, wiesz po co tu przyszłam?
– Po mnie.
– Chciałbyś ze mną zamieszkać?
– Nie wiem. Raczej nie wierzę.
Patrzył na Justynę z obojętnością. Malutka iskierka pojawiła się, kiedy Justyna zapytała go o chęci, ale zgasła, gdy tylko zobaczył zdjęcia.
– To pani mąż?
– Tak, kiedyś.
– A to pani córeczka?
– Nie moja.
Iskierka wróciła. Tym razem Justyna jej nie zagasiła.
– Nie moja, ale chcę być jej mamą. I twoją. jeżeli będziesz chciał.
– Odda mnie pani.
– Czemu tak sądzisz?
– Wszyscy oddają.
– Ja nie jestem wszyscy. Wiesz czemu?
– …
– Bo wiem, jak to jest stracić wszystko. I być zupełnie samym. Bardzo boli.
– Ja to znam…
– Wiesz, kto to mama?
– Nie…
– To ta, która nigdy nie pozwoli zrobić ci krzywdy.
– Żal mi pani mnie?
Justyna długo popatrzyła mu w oczy i powoli pokręciła głową.
– Nie. Nie chcę cię żałować. Chcę cię kochać, Michałku. Chcę, byś był szczęśliwy. I będziesz starszym bratem dla Zosi. Mocnym, odważnym takim, który nigdy jej nie da skrzywdzić. Uda się nam?
Michał długo patrzył kobiecie w twarz. Była piękna, uśmiechała się, ale czuł, iż nie zawsze jej było lekko. Miała na sobie czerwoną sukienkę taką, iż Michał aż musnął jej rękaw, by sprawdzić, czy to wszystko naprawdę.
– Podoba ci się?
– Bardzo.
– I mnie. Kupiłam ją, kiedy było mi strasznie źle. I jakoś potem było łatwiej. Teraz bardzo lubię ten kolor.
– Ja też lubię. Michał dotknął jeszcze raz materiału. Chcę spróbować.
– Nie, Michałku. My nie będziemy próbować, my będziemy po prostu żyć jak trzeba. Nie oddam cię nikomu. Ale pomóż mi, dobrze? Nie znam się jeszcze na byciu mamą. Ale bardzo chcę. Dla ciebie i dla Zosi. jeżeli pozwolicie.
Michał powoli skinął głową, a Justyna poczuła, jak w końcu może swobodnie oddychać.
Kilka lat później wędrowała po górskim szlaku z synem i córeczką. Ciemnowłosy szczupły Michałek pilnował żywej Zosi, która wiecznie wyrywała się na bok.
– Zosia, tam są wilki!
– Niemożliwe!
– Są! I niedźwiedzie! Wielkie i bardzo głodne.
– A mama im nie gotowała owsianki?!
– Nie, ich mama nie umie owsianki.
– A nasza umie.
– No właśnie.
– To niech ugotuje niedźwiedziom. Będą najedzone.
– Mamo! Zosia aż podskoczyła Michał mówi, iż trzeba niedźwiedziom ugotować kaszy!
– Na mleku? Justyna zadyszana dogoniła dzieci.
– Mamusiu! Zosia aż zapomniała o szukaniu jagód. Ty robisz kaszę z grudkami! Niedźwiedzie takiej nie lubią!
– Ty psotnico! Justyna wzięła Zosię na ręce. Ta, co ty nie lubisz, a niedźwiedzie byłyby szczęśliwe i z grudkami.
– Daj im moją jutro! I ten miód, co wczoraj kupiłaś!
– Nie ma mowy! Sama lubię miód! Powiedz, będziesz szła dalej na rękach czy na nogach?
– Na rękach!
– To idź do taty! przekazała Zosię Markowi i potargała Michała po włosach. A ty, Michał, jak tam kasza dla misiów?
– Mamo, jeszcze nie chcę wracać. Jeszcze nie widzieliśmy wszystkiego. jeżeli Zosia zacznie karmić okoliczną faunę, to z hotelu nie wyjdziemy! Może lepiej, żeby przez dzień byli głodni?
Justyna się zaśmiała.
– Zosiu, potem nakarmimy misie, dobrze? Najpierw nauczę się robić kaszę bez grudek.
– Dobrze! Zosia natychmiast się zgodziła.
– Ojej! Michał rzucił minę na siostrę.
– No, synu! przytaknęła Justyna. Nie spuszczaj jej z oczu. Zaraz będziemy karmić nie tylko niedźwiedzie, ale i Yeti i całą resztę stworzeń. I do domu zabierzemy, nie zostawi ich tutaj. Przecież one też są głodne i trzeba je pokochać.
Śmiech poniósł się przez polanę, zniknął echem po szlakach. Dzień obiecywał być jasny. I nowy.

2 dni temu
![Blisko 600 psów na krajowej wystawie w Świebodzicach [FOTO]](https://swidnica24.pl/wp-content/uploads/2026/04/76-Krajowa-Wystawa-Psow-Rasowych-w-Swiebodzicach-18-kwietnia-2026-14.jpg)


![Piękna akcja naszego dziennikarza i jego sąsiada! Pięć osieroconych wiewiórek trafiło pod opiekę specjalistów [FILM, ZDJĘCIA]](https://static2.supertydzien.pl/data/articles/xga-4x3-piekna-akcja-naszego-dziennikarza-i-jego-sasiada-piec-osieroconych-wiewiorek-trafilo-pod-opieke-spe-1776500391.jpg)
![Adopcja zwierząt Katowice: Niko, Łobuz, Stefcia i Przytulas szukają domu [Zdjęcia]](https://www.wkatowicach.eu/assets/pics/aktualnosci/2026-04/Stefcia_2.jpg)



.jpeg)