Serce kota dudniło głucho w piersi, myśli mknęły w nieładzie, dusza bolała. Co mogło się wydarzyć, iż jego pani oddała go obcym ludziom, dlaczego go zostawiła?
Gdy Kinga na nowe mieszkanie dostała w prezencie zupełnie czarnego kota rasy brytyjskiej, przez chwilę nie mogła złapać tchu ze zdziwienia…
Skromna, stara kawalerka na Pradze, na którą z trudem uzbierała, stała pusta i nieurządzona. Trosk nie brakowało nie tylko mieszkanie wymagało jej uwagi.
A tu jeszcze kociak. Otrząsnąwszy się z szoku, spojrzała w bursztynowe oczy malca, westchnęła, uśmiechnęła się i zapytała osobę, która go przyniosła:
To kot czy kotka?
Kot.
Dobrze, kot. Będziesz Bazyl, zwróciła się do kociaka.
Ten otworzył swoją maleńką paszczę i cicho zapiszczał: Miau…
*****
Szybko okazało się, iż brytyjczyki to bardzo towarzyskie koty. Tak oto już trzeci rok Kinga i Bazyl żyli razem, a z każdym miesiącem Kinga odkrywała, jak wielką i czułą duszę ma jej kot.
Zawsze pierwszy witał ją po pracy, ogrzewał w nocy, oglądał z nią filmy przytulony do boku, biegał za nią krok w krok podczas sprzątania.
Dom z kotem zyskał nowe kolory miło jest, kiedy ktoś na ciebie czeka, z kim można się pośmiać, posmucić. Najważniejsze jednak, iż rozumie cię bez słów.
Wydawało się, iż los się do niej uśmiecha, ale…
Ostatnio Kinga zaczęła zauważać ból w prawym boku. Myślała początkowo, iż to tylko niewygodna pozycja podczas snu, potem obwiniała tłuste jedzenie. Ból się nasilał, więc postanowiła pójść do lekarza.
Kiedy usłyszała diagnozę i wyjaśnienie, co ją czeka, Kinga przepłakała cały wieczór, głęboko wtulona w poduszkę. Bazyl, wyczuwając jej smutek, cicho przysiadł obok niej, starając się uspokoić ją swoim spokojnym mruczeniem.
Pod wpływem rytmicznego mruczenia Bazyl zasnęła niepostrzeżenie. Rano, godząc się z losem, postanowiła nie informować rodziny o swojej chorobie, aby oszczędzić sobie współczujących spojrzeń i nieporadnych prób pomocy.
Wierzyła jednak, iż może lekarze poradzą sobie z jej dolegliwością. Zaoferowali jej leczenie, które mogło przynieść poprawę.
Powstało pytanie: co zrobić z kotem? Pogodziwszy się z tym, iż jej choroba może skończyć się tragicznie, Kinga zdecydowała się poszukać Bazylowi nowego domu i dobrych opiekunów.
Dała ogłoszenie w internecie, iż odda rasowego kota w dobre ręce.
Gdy pierwszy zainteresowany zadzwonił i zapytał, czemu chce się rozstać z dorosłym kotem, Kinga sama nie rozumiała, dlaczego, ale powiedziała, iż jest w ciąży, a podczas jej przebiegu odkryto u niej alergię na sierść kota.
Trzy dni później Bazyl, z całym swoim dobytkiem, powędrował w transporterze do nowych właścicieli, a Kinga trafiła do szpitala…
Dwa dni po tym zadzwoniła do nowych właścicieli i spytała o Bazyla. Po setnym przepraszaniu usłyszała, iż kot uciekł jeszcze tego samego wieczoru i nie mogą go znaleźć.
Jej pierwszym odruchem było rzucić się ze szpitala na poszukiwania kota. choćby poprosiła o to dyżurną pielęgniarkę, żeby ją wypuściła, ale kobieta surowo ją zganiła i nakazała wrócić na salę.
Sąsiadka z łóżka obok, widząc rozterkę Kingi, zapytała, co się stało. Kinga, zanosząc się płaczem, opowiedziała jej wszystko.
Nie rozpaczaj, dziewczyno powiedziała drobna starsza pani jutro ma przyjechać profesor z Warszawy. Ja też mam zły wyrok, syn chciał przenieść mnie do lepszej kliniki, bo jest biznesmenem, ale odmówiłam.
Jak mu się udało załatwić wizytę profesora, nie wiem, ale dopiął swego. Poproszę, żeby ten profesor obejrzał i ciebie. Może nie jest tak źle, mówiła, głaszcząc Kingę po ramieniu.
****
Wyszedłszy z transportera, Bazyl poczuł, iż trafił do obcego domu. Ktoś nieznajomy wyciągnął do niego rękę, by go pogłaskać… Nerwy kota nie wytrzymały i z całej siły pacnął tę rękę łapą, po czym uciekł w najciemniejszy kąt.
Paweł, nie ruszaj go na razie, niech się przyzwyczai dobiegł łagodny kobiecy głos, ale to nie był głos jego pani.
Serce Bazyla dudniło ciężko w piersi, dusza bolała. Co się stało, iż pani go oddała obcym? Dlaczego go opuściła?
Jego bursztynowe oczy przeszukiwały pokój. I wtedy dojrzał otwarte okno. Czarnym błyskiem przemknął przez pokój i wyskoczył na zewnątrz!
Na szczęście to był tylko drugie piętro, a pod oknem zadbany trawnik. I tak rozpoczęła się droga Bazyla do dawnego domu…
*****
Professor okazał się być sympatyczną kobietą po czterdziestce. Przedstawiła się jako Maria Pawłowska, uważnie przejrzała dokumentację medyczną Kingi, potem poprosiła by położyła się na lewym boku.
Przez dłuższą chwilę badała, opukiwała, wypytywała o ból. Potem wróciła do czytania dokumentów. Powtórzyły się zabiegi na jakimś nowoczesnym sprzęcie.
Kinga nie spodziewała się niczego dobrego. Wróciła na salę, gdzie już oczekiwała ją sąsiadka.
No i co powiedzieli, dziewczyno? zapytała ona.
Nic jeszcze, powiedzieli, iż wrócą do pokoju.
Rozumiem. U mnie niestety potwierdziła diagnozę powiedziała smutno kobieta.
Bardzo mi przykro i dziękuję pani za wszystko odparła Kinga, nie wiedząc jak pocieszyć kogoś, kto wie, iż zostało mu mało czasu.
Po pół godzinie do sali weszła Maria Pawłowska z grupą innych lekarzy.
Kingo, mam dla pani dobre wieści. Choroba jest całkowicie uleczalna. Zleciłam już leczenie; dwa tygodnie tu poleżysz, wyzdrowiejesz powiedziała z uśmiechem.
Gdy lekarze wyszli, odezwała się sąsiadka:
I dobrze. Cieszę się, iż przed odejściem mogłam zrobić choć jeden dobry uczynek. Bądź szczęśliwa, dziecko dodała.
*****
Bazyl nie miał gwiazdy przewodniej, ani nie wiedział o niej. Po prostu szedł do domu, kierowany kocim instynktem. Jego marsz przez polskie podwórka i ulice pełen był niebezpieczeństw i zabawnych przygód.
Nie znając nigdy ulic, dostojny brytyjczyk w jeden dzień stał się podwórkowym drapieżnikiem ze szczególnie wyostrzoną czujnością.
Omijając ruchliwe ulice i jezdnie, Bazyl przemykał, skradał się, szybkim wyskokiem uciekał przed psami, wspinał się na drzewa, zmierzał przed siebie
W jednym z zacisznych podwórek spotkał na wąskim chodniku starego wyjadacza doświadczonego kota z okolicy.
Ten rozpoznał od razu obcego. Ze szczekliwym miauczeniem ruszył na Bazyla, ale ten, z arystokraty zmieniając się w ulicznego bandytę, nie ustąpił pola.
Starcie trwało krótko miejscowy koci burmistrz uciekł w krzaki, zostawiając Bazylowi w pamiątce lekko poszarpane ucho.
To była tylko kwestia pokazania, kto tu rządzi. Bazyl jednak miał jeden cel: wrócić do domu, i nic nie mogło go od tego odwieść.
Droga trwała. Przypominając sobie odległych przodków, Bazyl nauczył się spać na drzewach, na wygodnych rozgałęzieniach.
Ach, wstyd przyznać, ale Bazyl nauczył się wyjadać ze śmietnika i podkradać jedzenie lokalnym kotom, które dokarmiali miłosierni sąsiedzi.
Pewnego dnia natrafił na watahę psów. Spłoszony, wskoczył na rachityczne drzewko, psy szczekały i próbowały go sięgnąć, podskakując i trzęsąc pień.
Ludzie, zwabieni hałasem, rozpędzili psy. Jedna z kobiet zdecydowała się zabrać Bazyla do domu, zwabiła go kawałkiem świeżej kiełbasy.
Głód i strach zmąciły mu myśli, zszedł do niej, pozwolił się pogłaskać i wziąć na ręce.
Jednak…
Wypoczywszy i najadłszy się w cieple, Bazyl przypomniał sobie swój cel, przemknął za kobietą do klatki, prześlizgnął się przez uchylone drzwi i kontynuował podróż do domu
****
Po wyjściu ze szpitala Kinga wróciła do mieszkania. W myślach ciągle słyszała słowa starszej pani: Bądź szczęśliwa. Była szczęśliwa, iż choroba okazała się uleczalna, iż jest zdrowa.
Ale serce bolało za Bazylem. Nie wyobrażała sobie powrotów do pustej kawalerki bez nich wspólnego przywitania w progu.
Zaledwie wchodząc do mieszkania, Kinga zadzwoniła do ludzi, którzy zabrali Bazyla, prosząc o dokładny adres. Odwiedziła ich, dowiedziała się, gdzie uciekł kot, i rozpoczęła wędrówkę jego śladem.
Wszyscy powtarzali, iż to nierealne, iż minęły dwa tygodnie, iż domowy kot nie da rady przeżyć na ulicy, ale ona nie chciała w to uwierzyć.
Chodziła pieszo, zaglądała do każdej bramy, rozglądała się po skwerach, garażach. Próbowała myśleć jak kot, który nigdy wcześniej nie był na ulicy. Wołała: Bazyl!, zaglądała w ciemności piwnic.
Gdy zbliżyła się do własnego domu, zrozumiała, iż kot przepadł. Przecież choćby ona, pieszo, ledwo tu dotarła po dwóch godzinach marszu jak miałby to zrobić kot?
Weszła na podwórko ze smutkiem w sercu, łzy cisnęły się do oczu, dusza bolała i tęskniła. Przez mgłę łez zobaczyła, iż chodnikiem z przeciwka idzie czarny kot.
Jakiś czarny kot zamigotało jej w głowie. Kinga przystanęła, gdy rozpoznała sylwetkę. Rzuciła się biegiem z okrzykiem: Bazyl!.
A kot nie pobiegł do niej nie miał sił. Usiadł i, mrużąc oczy ze szczęścia, cicho zapiszczał: Doskrobałem się!.

8 godzin temu







