Sąsiedzi znali Ivana jako bezrękiego i beznogiego, a jego ksywki odzwierciedlały jego przewinienia.

polregion.pl 18 godzin temu

Dziś znów wszyscy sąsiedzi szeptali, iż Wojtek to małpa niezdarna, baran uparty, czasem kozioł ofiarny, czasem pies niepotrzebny. Każda przezwisko jak na dłoni pokazywało skalę jego przewinienia. Jak mocno żona wrzeszczała, taką kreaturą go obdarzała.
Dla niego Marlena była Myszką, Lisią Kitą, Słoneczkiem albo Bocianką. Słysząc jej piski, ludzie myśleli, kiedyż wreszcie ten baran poda swojej Kisie, aż przypominali sobie jego bezrogą naturę i wątpili: nigdy. Wojtek umiał udawać głuchego niemowego na jej krzyki i obelgi. Ta jego kamienna obojętność tylko ją bardziej wściekała na długie godziny. Zmęczona wrzaskiem, Małgosia wybiegała z domu. Dławiąca ją kula bólu ściskała gardło. Twarz płonęła rumieńcami, ręce drżały, głos świszczał. Chciało się ryczeć, ale łez brakło. A Wojtek, gdy już wychodziła, cichutko pytał: „Myszko, a ty gdzie?”
Pierwsze lata małżeństwa płynęły cicho, zgodnie, spokojnie. Gdyby ktoś wtedy przepowiedział, iż ta sielanka zmieni się w wieczną wojnę i kłótnie – Marlena uznałaby to za głupstwo. Przecież szła za ukochanego, swego pępka świata, a nie za jakiegoś kozła. Wojtek był spawaczem, nigdy nie pił, nie palił, spokojny jak niedźwiedź w gawrze, zawsze pogodny, ze wszystkim się godził. Żony innych, tych co się upijali czy chodzili na boki, stawiały go za wzór. Małgosia była dumna. Dzieci odkładali na później: budowa wozowni, garaż, kupno samochodu. Państwo dało im działkową chatkę, chciała ją urządzić jak należy.
Wojtek ruszał się jak ślimak, może był leniwy. Praca na niego zawsze czekała. Uśmiechał się: „Robót nie przerobisz. Zostaw, może samo się rozwiąże. Po co się spieszyć? Bez chęci lepiej ręki nie przyłożyć. To nie praca, to samolubstwo”. Liderem w pracy nigdy też nie pragnął zostać. Małgosia brała się za wszystko i szło jej nie gorzej niż Wojtkowi: przekopywała ogród, malowała ściany, kosiła trawnik, rąbała drewno do sauny.
Szczęściem chatka miała wodę i światło, nie musiała jak dawniej nosić wiader. Lepiej i szybciej było zrobić sama, niż Wojtka zmobilizować. Pewnej nocy obudził ich straszny hałas z kuchni. Okazało się, iż płytki ceramiczne, które układał, zsunęły się ze ściany. Nazwała go tępy łapą i przywiodła majstra z rękami.
Pewnego wieczoru wróciła z pracy i nie poznała swego ogródka: cały był zryty kopytami sąsiadowej krowy, kwiaty połamane – Wojtek zapomniał zamknąć furtkę. Z każdym dniem coraz bardziej drażniła ją jego ospałość, lenistwo, obojętność.
Druga chatka przy ich domu stała pustką. Staruszka dawno umarła, spadkobiercy chwast raz na ruski rok kosili, aż całkiem zarosła. Aż pewnego dnia podjechała pod nią nowa Skoda. Przyjechał wnuk dziadka Jana, Damian, z żoną i dzieckiem, by osiąść na szlacheckiej ziemi.
Długo harował w Sierpcu, tam się ożenił, teraz wraca do swoich korzeni. Sierpc był dla zarobku, dla życia najlepsza własna ziemia. Damian zabrał się za remont starego domu. Pokazał wtedy Małgosi, co znaczy mieć ręki nie wyciągnięte z dzieła. Mistrz był w budownictwie, spawaniu, elektryce – wszystko bez żony przy boku. Ona tylko ogarniała dom i pilnowała dziecka.
Patrząc na sąsiada, Małgosia coraz bardziej wściekała się na swojego Wojtka. Zmęczyła się silną rolą, chciała być słaba i delikatna. Nieraz podpowiadała, kierowała męża ku pracy, którą prawdziwy gospodarz wziąć powinien. ale Wojtek nie był wodzem, i na drugim planie żyło mu się dobrze. Zmęczona Małgosia coraz częściej się złościła, coraz częściej rzucała obraźliwe słowa. Ludzie uznali ją za jędzę, jego za biednego chłopa. Zaczęła myśleć o rozwodzie – całego gospodarstwa ciągnąć nie da rady wiecznie. Coraz częściej stawiała Damiana za wzór, na co Wojtek się uśmiechał: „Cudzy baran zawsze lepiej owieł się wełną”.
Wojtek nie łapał aluzji żony o rozwodzie. Kobiety inne męczyły się z pijakami i babiarzami, a jej co? Nie bita, nie znieważana, kołysana pieszczotą – i rozwód?! Prz
Od tamtego dnia Alicja już nigdy nie spojrzała z zazdrością na obce podwórko, a Wojciech choć przez cały czas kładł płytki krzywo i zapominał zamknąć furtkę, był jej kochanym niedźwiedziem z ciepłą herbatą i cierpliwością, która okazała się silniejsza niż wszystkie burze. Spójrz na naturę, by dostrzec piękno rzeczy prostych: wschód słońca nad Wisłą, zapach mokrego lasu po deszczu, uśmiech dziecka i wierne serce, które choć czasem śpi, nigdy nie zawodzi. Lepiej iść powoli własną ścieżką niż gnać cudzym tropem i zgubić duszę.

Idź do oryginalnego materiału