Sąsiadka z działki uznała, iż mój plon jest wspólny, ale gwałtownie wyleczyłam ją z cwaniactwa

polregion.pl 10 godzin temu

Oj, Aniu, no co Ty, kawałek ogórka żałujesz? sąsiadka wyciągnęła rękę przez metalową siatkę ogrodzenia, prezentując największy uśmiech, na jaki pozwalała jej okrągła twarz. Przecież i tak Ci zaraz przerosną, zżółkną, a mi przyjechały wnuki muszę zadbać o witaminki! No nie bądź sknera, przecież to swojackie grządki, płot obok płota!

Anna, klęcząc w grządce z marchwią i wyrywając miniaturowe chwasty, wyprostowała się powoli, a jej kręgosłup chrupnął boleśnie. Wytarła pot z czoła brudną od ziemi ręką i ciężko spojrzała na sąsiadkę. To swój człowiek jesteś słyszała już trzeci rok, odkąd kupili z mężem to domkowane cudo i zamienili zarośnięty chaszczami plac w ogród-marzenie.

Grażyna powiedziała Anna spokojnie, ale zdecydowanie. Tobie też rośnie truskawka. Widzę codziennie. Czemu swoich nie zbierasz?

E, tam moje! machnęła ręką Grażyna, nie tracąc animuszu. Drobne, kwaśne, wszystko mi pożarł robal. Ja do tych nawozów się nie nadaję, mam wszystko naturalne, jak pan Bóg dał. Ale u Ciebie jagoda jak pięść! Grzech taką marnować. Zwłaszcza, iż u Was tylko Ty i Marek gdzie to zjesz?! No przynajmniej spróbuj się podzielić

Anna wciągnęła głęboko powietrze. Mentalność sąsiadki była podobna do ściany nie do przejścia. Grażynie się wydawało, iż jak ktoś czegoś ma dużo, to powinien dać temu, komu się nie chce zrobić samemu. Powód niedostatku czysta lenistwo i słabość do radia Zielone Lato.

Ogród Grażyny to był mroczny dowcip: przekrzywione jabłonie broczące mchami, grządki widzące motykę od święta i wszechobecny mlecz, który siał się choćby na działce Anny. Ona sama jechała na działkę TYLKO odpocząć: leżakowanie w hamaku, tanie kiełbaski na cegłach i radio na cały regulator.

Anna była odwrotnością zapalona rolniczka. Rozpoznawała każdą sadzonkę, zamawiała modną Malinową Różę przez internet, wstawała o szóstej, by otworzyć tunel, a spać szła po nocnym podlewaniu. Każdy pomidorek to był płonący kręgosłup i nieprzespana noc podczas wiosennych przymrozków.

Grażyna, zostaw tę miskę rzuciła Anna. Truskawki zbieram na dżem, każda sztuka się liczy.

Oj zaczynasz! Grażyna teatralnie przewróciła oczami. Oj, Ty sknerus! Ej tam, choćby nie poczujesz, parę dla dzieciaczy tylko. Też byś nie wyrywała prawie dziecku z buzi, co nie?

W mgnieniu oka wpakowała sobie okazałą truskawkę do ust, przeżuła z dumą i popłynęła do swojej altanki z miską uginającą się od zdobyczy.

Anna stała nieruchomo pośrodku marchewkowej grządki, buzując od irytacji. Marek, jej mąż, wyszedł z szopy z dłutem.

Znowu Grażyna tu rządzi? zawołał.

Rządzi, jak koza na cudzym pastwisku parsknęła Anna. W zeszły weekend zwinęła kabaczki, kiedy byliśmy po zakupy. Myślałam, iż Wam przerosną powiedziała. Teraz truskawki rwie bez pardonu.

To postaw normalny płot, dwa metry, z blachy albo betonu rzucił Marek z przekąsem.

Nie można wzdycha Anna. Regulamin ogrodu, tylko siatka. Cienia dawać nie wolno, a na porządny płot to już nie mamy złotówki, bo rok temu szklarnia była ważniejsza.

Atmosfera z tygodnia na tydzień się zagęszczała: lipiec rozbuchany, plony szaleją. Pomidory dojrzewają na gęsto, ogórki chrupią same na widok, papryka błyszczy I im więcej na grządkach Anny, tym częściej Grażyna szwenda się przy płocie.

Pewnego upalnego wieczoru do Grażyny zjechała cała kompania: dziesięć osób, muzyka, piwko, śmiechy. O zmroku, kiedy Anna podlewała swoje róże, sąsiadka już wyraźnie wesoła wlazła do płota.

Anka! krzyczy. Ratuj, skończyły się przekąski! Dawaj pomidory Bawole Serce chyba masz i trochę zieleniny. Do sklepu daleko, a impreza trwa

Anna wyprostowała się ze szlauchem w ręku.

Grażyna, pomidory zabieram jutro do miasta dla córki. Przepraszam, wszystko już zaplanowane.

Daj spokój! Grażyna już niemal leżała na płocie, podmuchując wódką. Dla ludzi żałujesz? Swój człowiek jestem! Kupię ci czekoladę!

Nie, Grażyna. Powiedziałam nie.

Złość na twarzy Grażyny była spektakularna. Zniknęła sztuczna uprzejmość. Przewróciła oczami i przeszła w tryb obrażonej matrony.

Siedź ze swoimi pomidorami, niech ci popękają! Sknerka! Daj sobie spokój przecież tylko byś węgla zimą nie oddała. Fuj!

Przez resztę wieczoru z jej ogródka niosły się docinki: warszawska burżuja, kasę liczy, a o sąsiadach zapomniała, i kto to zje te jej nawożoną zieleninę. Aż się serce ściskało.

Rano Anna wychodzi na ganek i dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Drzwi do nowej szklarni ledwo uchylone! Biegnie przez ogród.

I bingo. Dolne kiście dorodnych pomidorów po prostu zerwane, niektóre gałązki połamane, na ziemi niedojrzałe, rzucone ogórków znacznie mniej. Miejsce po zieleninie po prostu goła ziemia.

To już nie kradzież to wprost plucie na jej trud. Czuła, jak wszystko w niej się gotuje.

Marek! zawołała trzęsącym się głosem.

Mąż wybiegł, zmierzył zniszczenia, pociemniał na twarzy.

To już nie zabawa, Aniu. To się do paragrafu nadaje!

No i co zrobisz? Kamer nie mamy. Powie, iż nic nie wie, albo iż to my pomidory zerwaliśmy i kogoś obwiniamy. Przecież Grażyna przechytrzy każdego językiem

Anna szła wzdłuż płotu. Na posesji sąsiadki cisza. Na werandzie pośrodku pustych butelek miska po sałatce. W niej ewidentnie jej pomidory i charakterystyczna jej natka pietruszki.

Dobra powiedziała Anna tonem, którym można by ciąć stal. Dość tego. Było po dobroci, będzie po rozumie. Użyję głowy. I trochę chemii.

Plan powstał natychmiast. Anna pognała do ogrodniczego w mieście. Wróciła z żółtym kombinezonem, maską, okularkami, ogrodowym spryskiwaczem i kilkoma saszetkami niebieskiego barwnika spożywczego oraz najtańszego, najbardziej śmierdzącego szarego mydła.

Wieczorem, kiedy Grażyna i jej goście półżywi popijali herbatę na tarasie, Anna ruszyła z pokazem: żółty kombinezon, maska, rękawice, spryskiwacz Podlewała pomidory specyfikiem, który cynicznie wyglądał jak wyciek z elektrowni atomowej, a pachniał, jakby ktoś zapomniał wyłączyć traktor z obornikiem.

Marek, idź dalej! wołała Anna specjalnie głośno, przez maskę. Instrukcja mówi: nie podchodzić bez zabezpieczeń! Środek mega silny!

Grażyna oczywiście przy płocie:

Co ty tam robisz? Masz jakieś robactwo? Smród niesamowity!

Anna odwróciła się, maski nie ściągała.

Gorzej, Grażyna! Nowy wirus z grzybem przyszedł! Znalazłam w internecie cała uprawa gnije w dzień. Musiałam kupić środek eksperymentalny. Agro-Toks. Piszą, iż wszystko wybija dla ludzi też groźny, przez trzy tygodnie choćby zbliżać się nie wolno, grozi ostrym zatruciem! Potem się rozkłada i można jeść. Teraz ratuję jak mogę.

Trzy tygodnie!? Grażyna blada, ręka na brzuch.

jeżeli dotkniesz, to natychmiast myj ręce alkoholem! rzucała Anna teatralnie. Jak sok trafi na śluzówkę lepiej nie próbować! choćby kombinezon potem palę!

Grażyna stała przy płocie, trawiąc te rewelacje, potem odsunęła się wolniutko do swojego domku.

Dzieci! Tego sałatki NIE jeść, wyrzucić! głos Grażyny na pół osiedla. Smakuje dziwnie, pewnie niedobry składnik!

Anna uśmiechnęła się pod maską. Pierwszy etap operacji Darmo za darmo przebiegł idealnie.

Przez następny tydzień Grażyna omijała płot, jakby z tamtej strony szalała czarna ospa. Patrzyła na niebieskie pomidory z nabożnym lękiem, a na maleńki wybieg wnuków reagowała wrzaskiem:

Nie zbliżać się! Tam trucizna! Nie oddychać nawet!

Anna spokojnie podlewała swoje grządki. Wieczorami razem z Markiem zmywali barwnik z ogórków zwykłą wodą, pałaszując własne warzywa pod nosami sąsiadów. Pomidory pozostały niebieskie, odstraszając Grażynę i wszelkie wrony.

Ale sąsiadka była cwaniara. Po tygodniu strach osłabł, włączyła się podejrzliwość.

Ty, Anna! woła pewnego ranka. A czemu ogórki jesz? Przecież mówiłaś, iż nie wolno jeszcze!

Anna choćby nie mrugnęła, chrupiąc ogórka na tarasie do kawy.

Te ze sklepu! Turckie, bezsmakowe. Swoich nie tykam. Wisi to to wszystko, niebieskie, przecież nie jestem samobójcą.

Grażyna przewróciła oczami.

A pomidory czemu dalej niebieskie? Przecież padało.

Bo to środek nowoczesny, nie do zmycia kłamała gładko Anna. Nano-coś tam. Szalenie groźne.

Grażyna burknęła coś pod nosem o chemikach i zatruciu środowiska, ale łapy do cudzego już nie wsadzała.

Prawdziwa kulminacja była w sierpniu, kiedy przyszła pora na zbiory. Od barwnika na pomidorach została tylko lekko niebieska smuga.

Grażyna uznała najwyraźniej, iż karencja minęła albo żądza okazała się silniejsza.

Anna wybierała się na kilka dni do miasta. Przed odjazdem założyła na furtkę kłódkę i przy zawiasach od strony Grażyny zawiesiła nowiutką tabliczkę z drukarki:

*Uwaga! Monitoring! Działka opryskana nowym środkiem 3. klasy zagrożenia. Spożycie bez neutralizacji grozi uszkodzeniem przewodu pokarmowego. Zarząd powiadomiono. W przypadku wtargnięcia policja!*

O kamerach była ściema, ale brzmiało porządnie.

Po powrocie Anna zastała spektakl: Grażyna drze się na przewodniczącego działkowców, Pana Wiesława.

Panie Wiesławie! Ona nas truje, jakieś eksperymenty, wnuk miał wczoraj ból brzucha to przez jej opary! Niech Pan zabroni! Niech monitoring zlikwiduje, śledzi moją rodzinę!

Przewodniczący tylko przetarł okulary, widząc Annę wreszcie ulga.

Dzień dobry, Pani Aniu. Są skargi chemia, monitoring.

Anna wysiadła z samochodu, uśmiechnęła się.

Żadnych niedozwolonych oprysków. Tabliczka dla odstraszenia złodziei. Zresztą, gdyby nie wizyty dwunożnych szkodników, nic by się tu nie działo. A co do bólu brzucha proszę zajrzeć do własnej miski.

Kto tam łaził?! Ja łaziłam?! Udowodnij, nie złapany nie złodziej!

Mam nagranie z kamery skłamała Anna, patrząc Grażynie prosto w oczy. Zamieniłam atrapy na prawdziwe. Z czujką ruchu. Może razem obejrzymy, kto i kiedy sięgał przez płot? Właśnie szykuję zawiadomienie na policję.

Grażyna pobladła i zamilkła, zaczęła obmyślać, kiedy mogła być na monitoringu. Wygrał strach przed kompromitacją i mandatem.

Niech ci tam będą te twoje pomidory! wrzasnęła. I tak wolę swoje! Tylko nie nachwalaj się potem!

Zmyła się do domu, trzaskając drzwiami.

Pan Wiesław spojrzał na Annę, potem na tabliczkę, potem na niebieskawe pomidory. W oczach błysnął uśmiech.

Pani Aniu, naprawdę taki ostry środek?

Barwnik spożywczy i szare mydło, Panie Wiesławie. Mszyce tego nienawidzą. Na sąsiadów działa jeszcze lepiej!

Zostawić tabliczkę poradził przewodniczący. Przypomnienie dla potencjalnych przestępców!

Od tej pory z Grażyną nastała era zimnej wojny. Słowa nie zamieniły, przekładały się przez płot jak przez Żelazną Kurtynę, a Grażyna każdego na osiedlu straszyła, iż jej sąsiadka to trucicielka i czarownica. Anna wzruszała ramionami. Najważniejsze, iż plony były całe.

Ale zaskoczenie przyszło w nowym sezonie. Anna patrzyła na działce Grażyny aż gwarno, sama, sapiąc i klękając, kopie grządkę. Krzywo, byle jak ale własnoręcznie. Obok skrzynki z sadzonkami blade, rachityczne, z wyprzedaży, ale JEJ.

Anna podeszła do płotu. Grażyna, widząc ją, zanurzyła łopatę, jakby stanowiła broń i warczała:

Czego chcesz? Przyszłaś się śmiać?

Boziu dopomóż, Grażyna rzuciła Anna. Nie kop za głęboko, pod spodem masz glinę, trochę piasku dodaj.

Obejdziesz się bez rad! odburknęła Grażyna. Będą moje, naturalne. Bez chemii.

I dobrze. Swoje zawsze smakuje lepiej.

Latem u Grażyny wyrosły pierwsze wygięte ogórki i maleńkie pomidory. Chodziła koło nich jak matka polka przy noworodku i cud nagle przestała sięgać przez płot.

I, co ciekawe, już sama przepędzała dzieciaki sąsiadów od swoich sadzonek:

Marsz z mojej grządki! Tu nie boisko! Tu robota włożona! Zdepczesz, to Cię matka nie pozna!

Anna spojrzała na Marka, który rozgrzewał grilla. Oboje parsknęli śmiechem.

Widzisz? rzekła Anna. Ty narzekałeś na płot. A najlepsza bariera to własne zrozumienie, ile pracy kosztuje marchewka.

Jesienią Grażyna podeszła do płotu z słoikiem ogórków własnych, krzywych i małych.

Masz mruknęła, wyciągając słoik. Moje. Według przepisu z Mojego Ogródka.

Anna odebrała dar jak trofeum.

Dzięki, koniecznie spróbuję! A ja Ci dam pestek na przyszły rok te moje Bawole Serce. Tylko trzeba siać w lutym, pokażę Ci jak.

Jak nie żałujesz, to możemy

Dla tych, co sami pracują nie szkoda niczego.

Stały chwilę w ciszy, patrząc na zamglony październikowy ogród. Tabliczka o chemii dawno wytarła się z deszczu, ale granica szacunku została. I była trwalsza niż niejedna blacha na płocie.

W tamtym roku Anna zamknęła rekordowy balon pomidorów. Ani jeden się nie zmarnował.

A Wy jak walczycie z cwanymi sąsiadami na działce? Dajcie znać w komentarzach!

Idź do oryginalnego materiału