Oj, daj spokój, Kasieńko, no co Ty, dwóch ogórków mi pożałujesz? Przecież i tak Ci się przerośnie, pożółknie, a do mnie wnuki przyjechały, witamin chcą! Nie bądź dusigrosz, przecież my jak rodzina, przez płot mieszkamy!
Kazimiera wychyliła się przez niską siatkę oddzielającą naszą działkę od jej. Jej okrągła twarz rozciągnęła się w przesadnie słodkim uśmiechu. W jednej ręce trzymała emaliowaną miskę, już do połowy wypchaną moimi truskawkami, a drugą sięgała do gałązki porzeczki rosnącej po mojej stronie.
Stałem akurat na kolanach wśród marchewek i pieliłem drobne chwasty. Plecy aż strzeliły, kiedy się prostowałem. Otarłem pot z czoła dłonią ubrudzoną w ziemi i spojrzałem ciężkim wzrokiem na sąsiadkę. Te jej rodzinne stosunki to ja słyszałem regularnie od trzech lat, odkąd razem z żoną kupiliśmy tę działkę i z zaniedbanego ścierniska zrobiliśmy zgrabny ogródek.
Kazia powiedziałem spokojnie, ale stanowczo. Przecież masz własne truskawki. Widziałem, iż Ci rosną. Czemu swoich nie zbierasz?
Eck, co to za truskawki u mnie! machnęła ręką, zupełnie nie zawstydzona. Małe, kwaśne, a chrząszcze wszystko zeżarły. Ja tam się nie znam na tych Twoich nawozach i podlewaniu. Wszystko robię naturalnie, jak natura da. A u Ciebie owoc jak pięść! Szkoda takiej urody na zmarnowanie. Zwłaszcza iż Wy z Edkiem we dwójkę, po cóż Wam tyle? Przecież nie przejecie.
Westchnąłem głęboko. Logika Kazimiery była twardsza niż beton. Szczerze uważała, iż jak ktoś czegoś ma dużo, to musi się podzielić z tym, kto nie ma a powód braku, czyli lenistwo, w ogóle jej nie obchodził.
Jej ogród wyglądał żałośnie: pokrzywione jabłonki porośnięte mchem, grządki, które widziały motykę tylko w święta, i wszędobylskie dmuchawce z euforią wysyłające swoje parasole na cudze ogrody. Kazimiera przyjeżdżała na działkę głównie, by odpoczywać psychicznie: leżała w hamaku, smażyła najtańsze kiełbaski na cegłówkach i ryczała radio Złote Przeboje.
Ja natomiast byłem fanatykiem upraw. Każdą roślinę znałem po imieniu, sprowadzałem przez internet rzadkie odmiany pomidorów, wstawałem o piątej, żeby otworzyć szklarnię, chodziłem spać, jak się ściemniało. Każdy pomidor i ogórek to był efekt ciężkiej pracy, bolących pleców i nieprzespanych nocy, gdy zdarzył się wiosenny przymrozek.
Kazia, odstaw tę miskę powiedziałem. Truskawki zbieram na dżem. Mam na nie swój plan.
No weź, znowu swoje! przewróciła oczami Kazimiera teatralnie. Skąpiec z Ciebie. No ale dobra, nie zubożesz. Wziąłem tylko kilka, dzieciom na smak. Przecież nie odbierzesz dzieciakowi z buzi?
Zanim podszedłem do płotu, zagarnęła jeszcze dużą truskawkę, ostentacyjnie zjadła i odpłynęła do swojego domku z łupem.
Stałem jeszcze chwilę, czując, jak w środku aż mnie skręca. Edek, mój żonaty, wyszedł z szopy z hebelkiem w ręku. Widział całą scenę, ale nie lubił wtrącać się w babskie utarczki.
Znów Kazka korzysta? zapytał podchodząc.
Korzysta. Już przegina. Ostatnio jak pojechaliśmy z Tobą do sklepu, to oberwała nam cukinie. Stwierdziła, iż my zapomnieliśmy i wyrosną na zbyt duże. A teraz truskawki z premedytacją zrywa.
To postaw płot z paneli rzucił Edek. Dwa metry i po sprawie.
Nie można westchnąłem. Według regulaminu ROD-ów tylko siatka, żeby cienia nie rzucać. Poza tym kasy brak szklarnię przecież postawiliśmy w tym roku.
A tymczasem problem narastał. Lipiec był upalny i wszelkiego dobra w ogrodzie było zatrzęsienie: pomidory robiły się czerwone na gronach, ogórki aż śmigały, papryka nabierała sosu. Im więcej u mnie plonów, tym częściej Kazimiera pojawiała się przy siatce.
W pewną sobotę u Kazimiery pojawiła się cała ekipa: dziesięć osób, wino, muzyka, wrzaski. Wieczorem podlewałem kwiaty, a ona już podchmielona podkręciła imprezę:
Kasiu! ryknęła. Ratuj, skończyły się przekąski. Daj sałatę, pomidorów tych Twoich Bawole serce i trochę zieleniny. Do sklepu daleko, a goście chcą dalej biesiadować.
Wyprostowałem się z wężem ogrodowym w ręku.
Kazia, większość pomidorów jeszcze zielona. Dojrzałe jadę zawieźć jutro córce do miasta.
Przestań marudzić! wychyliła się przez płot, powiało alkoholem. Przecież widać, iż czerwone. Taka z Ciebie przyjaciółka? Aha, później Ci czekoladę kupię.
Nie, Kazimiera powiedziałem twardo. Nie.
Kazimiera przestała się uśmiechać.
To siedź ze swoimi warzywami! Niech Ci pękną! Szkoda gadać, sąsiadki… Zimą śniegu nie pożyczysz! Phi!
Wróciła do siebie z trzaskiem. Do wieczora z jej posesji leciały złośliwe docinki: warszawskie burżuje, za złotówkę dać się uduszą, kto by jadł te jej sztuczne warzywa. Aż się żal zrobiło. Poszedłem do domu, zamknąłem okna, puściłem telewizor.
Rano, wychodząc na ganek, zamarłem. Drzwi do nowej szklarni zostawione niedomknięte. Serce zamarło. Poleciałem do grządek.
Oczywiście dolne piętra najładniejszych pomidorów oberwane. Część gałązek połamana, niedojrzałe pomidory poprzewracane w pośpiechu, ogórki też ucierpiały. Połączenie grabieży z pogardą dla mojej pracy.
Edek! zawołałem drżącym głosem.
Przyszedł zaraz, zobaczył szkody, zmarszczył czoło.
To już nie żarty, Kaśka. To kradzież.
I co jej zrobisz? Kto udowodni? Kamer przecież nie mamy. Powie, iż nie ona, albo iż sami zebraliśmy, a na nią zwalamy.
Popatrzyłem na jej ogród cisza, imprezowicze spali. Na ganku, pośród butelek, stała miska z resztką sałatki z wyraźnie moimi pomidorami i pietruszką.
Dość tego powiedziałem. Wypróbuję podejście na stracha.
Tylko nie żadna policja, Kaśka! ostrzegł Edek.
Spokojnie uśmiechnąłem się. Tylko psychologia i troszkę chemii.
Plan ułożyłem szybko. Pojechaliśmy do ogrodniczego. Kupiłem żółty kombinezon, maseczkę, okulary, duże gumowe rękawice, opryskiwacz i spożywczy barwnik niebieski oraz najtańsze, śmierdzące mydło w płynie.
Wieczorem, kiedy u Kazimiery goście zaczęli pić kawę, w naszym ogrodzie zaczęło się przedstawienie.
Przebrałem się za minirobota z laboratorium, Edek też wciągnął stary płaszcz i maskę. Wyszliśmy do szklarni. Z wielką pompą rozrabiałem wodę z mydłem i barwnikiem mikstura była niebiesko-fioletowa i śmierdziała apteką.
Edziu, odejdź! powiedziałem głośno przez maseczkę, żeby słyszeli sąsiedzi. Silny środek! Instrukcja każe tylko w rękawicach!
Zacząłem pryskać pomidory, paprykę i kapustę. Wszystko pokrywała niebieska maź, wyglądało to, jakby ogród nasz dotknęła zaraza albo wylało smołę.
Kazimiera natychmiast przykicała do płotu z miną przerażoną.
Kasia! Co wy tam robicie? krzyknęła. Pożar? Co tak śmierdzi?
Zdjąłem maskę. Gorzej, Kazia. W necie wyczytałem o grzybie-mutancie. Exp. środek ChemAgro-Tox. Mówią, iż wszystko żywe zabija, tylko rośliny wytrzymują.
Ale… jak to zabija?
Chrząszcze, ptaki, myszy… Dla człowieka też niebezpieczny. Siedem dni nie wolno niczego dotykać, a spożycie grozi hospitalizacją, wątrobę rozwala. Potem niby neutralizuje się, ale nie wiem… No, próbuję ratować.
Siedem dni? upewniła się blednąc Kazimiera. A jak dotknąć?
Tylko w rękawicach, zaraz umyć kwasem albo spirytusem. Jak sok dostanie się do oka czy buzi lepiej nie myśleć.
Wróciłem do pryskania. Sąsiadka cofnęła się, potem zaczęła ostrzegać gości, by sałatki nie dojadać, bo dość dziwnie smakuje.
Uśmiechnąłem się pod maską. Cel osiągnięty.
Przez tydzień omijała nas szerokim łukiem, dzieciom zabraniała podchodzić do granicy. Wieczorem zmywaliśmy barwnik z ogórków, a one wieczorem smakowały wybornie. Pomidory tam musiały straszyć wszystkich swoim kolorem, choćby ptactwo nie podlatywało.
Ale Kazimiera długo nie wytrzymała.
Kasiu! woła któregoś ranka. Czemu jesz własne ogórki? Przecież mówiłaś, iż siedem dni minimum nie można?
Te są sklepowe! odparłem. Moich, własnych nie ruszam, póki nie zniknie barwnik. Myślisz, iż jestem taki bezmyślny?
Burknęła coś pod nosem i poszła, ale do grządek już nie ciągnęło.
Ostatecznie jednak finał nastąpił w sierpniu, gdy przyszła największa pora zbiorów. Barwnik niemal zeszedł, zostało ledwie niebieskawe zabarwienie na ogonkach.
Kazimiera chyba pomyślała, iż toksyny już zniknęły, lub po prostu żal przezwyciężył strach.
Wyjechaliśmy do miasta na kilka dni. Na furtce powiesiłem wielką kłódkę, a na siatce po stronie Kazimiery zalaminowaną karteczkę z napisem:
*Uwaga! Monitoring. Działka zabezpieczona eksperymentalnymi środkami ochrony roślin III stopnia szkodliwości. Spożycie zbiorów bez specjalnej neutralizacji grozi poważnymi konsekwencjami zdrowotnymi. Zarząd ROD powiadomiony. W przypadku wtargnięcia wzywana jest policja.*
Kamer oczywiście żadnych nie było, ale brzmiało groźnie.
Po powrocie zastaliśmy Kazimierę awanturującą się z prezesem ROD, panem Zbigniewem.
Panie Zbyszku, niech Pan zobaczy! Ona nas truje! Dziecko miało bóle brzucha, przez te chemikalia i opary! Niech zabierze te środki i kamery, podgląda nas do tego!
Prezes spojrzał na mnie, na tabliczkę, potem na moje lekko niebieskawe pomidory i ledwie powstrzymał śmiech.
Pani Katarzyno, są zarzuty w sprawie chemii i monitoringu…
Panie Zbyszku, nie ma żadnych zakazanych środków. Tabliczka wisiała, bo ostatnio plony jakoś ginęły dzięki dwunożnym szkodnikom. Co do dzieci… Jakby się nie łazili do mnie na grządki, żadnych dolegliwości by nie było.
To ja niby grzebałam?! Udowodnij! Nie złapałaś za rękę, to nie kradłam!
A ja mam monitoring skłamałem patrząc jej prosto w oczy. Przed wyjazdem zamieniłem atrapę na prawdziwą kamerę z czujnikiem ruchu. Chcesz, Kazia, zobaczyć nagranie, jak ostatnio sięgasz przez płot albo jak Twoi goście rwali mi koper? Właśnie miałem iść na policję.
Strach przed kompromitacją i karą wygrał.
Sama se zjedz te swoje trutki! rzuciła z wściekłością. Ja swoje wyhoduję! Jeszcze lepsze!
Zamknęła się w domu, trzaskając drzwiami.
Zbyszek spojrzał na mnie i z mrugnięciem rzucił:
Katarzyno, a prawda, iż taka mocna ta chemia?
Barwnik spożywczy i mydło do mszyc. Na sąsiadów najlepsze.
No widzi Pani, można! uśmiechnął się szeroko. Tabliczka niech zostanie, profilaktycznie.
Od tego dnia nasze relacje z Kazimierą weszły w etap wojny chłodnej. Przestała się odzywać, obracała się plecami, wszystkim tłumaczyła, iż ma za płotem czarownicę i trucicielkę. Cent mi to nie przeszkadzało najważniejsze, iż plony nikt nie kradł.
A najlepsze, co się wydarzyło, miało miejsce wiosną następnego roku. Przyjeżdżam na działkę, patrzę, a u Kazimiery ruch sama przekopuje grządkę (krzywo, bokiem, ale jednak!). Obok skrzynki z rozsadą: marne, kupione na wyprzedaży, ale swoje.
Podszedłem do płotu. Kazimiera wyprostowała się i wymachnęła łopatą niczym halabardą.
Po co tu stoisz?! Podglądasz?
Dobrej roboty! powiedziałem pogodnie. Głębiej nie kop, na glinę natrafisz. Dobrze byłoby dosypać piasku.
Sam wiem! odburknęła. Poradzę sobie bez porad. W tym roku będę miał swoje. Bez Twoich eksperymentów!
I dobrze uśmiechnąłem się. Własne najlepsze.
W lipcu Kazimiera zebrała swoje pierwsze, trochę koślawe ogórki i małe pomidorki. Snuła się po swoim ogródku z dumą godną profesora. Co interesujące już nie zaglądała przez płot. Wkładając pracę, doceniła wartość każdego owocu.
Pewnego wieczoru widziałem, jak przegania chłopaków, którzy wpadli po piłkę.
Wynocha mi z grządek! krzyczała. Tu się nie gra w piłkę! Tu jest praca!
Spojrzałem na Edka rozpalającego grilla i mrugnęliśmy do siebie z uśmiechem.
Widzisz, mówiłeś o płocie powiedziałem ale to praca wychowuje najlepiej.
Jesienią, przed zamknięciem sezonu, Kazimiera sama podeszła do płotu. Miała w ręku słoik z mętną zalewą i trzema ogórkami.
Masz. mruknęła, wręczając mi słoik przez siatkę. Spróbuj. Własne. Z przepisu z gazetki.
Przyjąłem podarunek, jakby to była puchar.
Dziękuję, Kazia. Dam Ci na wiosnę trochę nasion. Te Bawole serce. Tylko trzeba je w lutym wysiewać. Mogę Ci pokazać.
No daj odparła z udawaną obojętnością. Jak nie żal.
Dla ludzi, którzy pracują, nigdy nie żal odpowiedziałem.
Postaliśmy chwilę w milczeniu, patrząc na ogrody żółknące. Tabliczka o chemii dawno już zniknęła, spłukana deszczem, ale niewidzialna granica szacunku została. Ona była lepsza niż jakikolwiek płot.
A pomidorów w tym roku zakisiłem rekordowo dużo. Ani jeden się nie zmarnował.

1 dzień temu






