Sarna z Podlasia, która nie chciała wyjść przez otwarte drzwi

polregion.pl 4 godzin temu

Grażyna Wilk od dwudziestu lat prowadzi gospodarstwo pod Bielskiem Podlaskim, kawałek od lasu, i to ona pierwsza zauważyła, iż coś jest nie tak ze starą stodołą. Krowy tam już dawno nie trzymali, drzwi stały otworem od miesięcy, bo zamek dawno się urwał. Rano, gdy szła nakarmić kury, usłyszała w środku jakiś szelest.

W kącie, między spróchniałymi deskami i kupą zeschniętego siana, leżała sarna. Skulona, przyciśnięta do ściany, jakby chciała się w nią wtopić.

— Zraniona — pomyślała od razu Grażyna i zawołała męża.

Tadeusz przyszedł z widłami w ręku, chociaż sam nie wiedział po co, tak na wszelki wypadek. Stanął w progu i patrzył. Zwierzę nie próbowało wstać. Drzwi były otwarte na oścież, pole za nimi puste, a las zaczynał się jakieś sto metrów dalej — biegiem osiem, dziesięć sekund. Sarna miała wszystko, żeby uciec. I nie ruszała się z miejsca.

— Coś jej dolega z nogami — powiedział Tadeusz.

Zadzwonili do lokalnego koła łowieckiego, a stamtąd przekierowali ich do wolontariuszki z fundacji zajmującej się dziką zwierzyną, Kasi Zarzyckiej. Przyjechała po czterdziestu minutach, w gumiakach, z termosem herbaty, który zresztą tego dnia choćby nie otworzyła.

Weszła do stodoły powoli, zatrzymała się kilka metrów od zwierzęcia. Sierść sarny była zmierzwiona, pełna źdźbeł siana, oddech płytki. Kasia zrobiła krok w bok, żeby zajrzeć pod jej brzuch — i wtedy sarna gwałtownie podniosła łeb, jakby broniła czegoś całym ciałem.

— Nie podchodźcie — rzuciła Kasia przez ramię do Grażyny i Tadeusza, którzy stali w progu. — Ona coś kryje.

Usiedli więc na starej beli siana pod ścianą i czekali. Nikt nie próbował podejść bliżej, nikt nie machał rękami, nie próbował jej wypłoszyć na zewnątrz. Minęło z piętnaście minut, tylko gdzieś na podwórku piał kogut i słychać było, jak w oddali przejeżdża traktor sąsiada.

W końcu sarna przesunęła jedną przednią nogę. Wolno, jakby to ją kosztowało resztę sił.

I wtedy wszyscy troje zobaczyli to samo.

Pod jej klatką piersiową leżało maleńkie, cętkowane koźlę. Tak małe, iż niemal ginęło w sianie — sierść jeszcze wilgotna, cienkie nóżki podwinięte pod ciałkiem. Urodziło się chyba w nocy, bo pępowina wyglądała na świeżą.

Grażyna zacisnęła dłoń na rękawie własnego swetra, jakby musiała się czegoś przytrzymać.

— O matko — powiedziała cicho.

Sarna wcale nie była uwięziona. Ona rodziła w tym kącie, sama, w nocy, w opuszczonej stodole obcych ludzi, i teraz, mając otwartą drogę do lasu, nie miała zamiaru zostawić dziecka choćby na sekundę.

Kasia postawiła cicho miskę z wodą jakieś dwa metry od nich i cofnęła się aż do progu. Nikt się nie odzywał.

Koźlątko poruszyło się pierwsze. Uniosło łepek, dotknęło pyszczkiem klatki piersiowej matki, wyciągnęło jedną drżącą nóżkę. Sarna od razu pochyliła się i musnęła je nosem, delikatnie, jakby sprawdzała, czy wszystko na miejscu. Maluch spróbował wstać. Nóżki utrzymały go przez sekundę, może dwie — i ugięły się. Upadł z powrotem w siano.

Matka nie odeszła. Stała przy nim, trąciła go jeszcze raz nosem, poczekała.

Druga próba. Cztery cienkie nóżki, drżące, ale tym razem trzymały. Koźlę stało.

Nikt w stodole się nie poruszył. Tadeusz odłożył widły pod ścianę, żeby przypadkiem nie zabrzęczały. Grażyna wciąż trzymała Kasię za rękaw, sama nie wiedząc kiedy go złapała.

Popołudnie przeszło w spokoju — sarna leżała, koźlę drzemało przy niej, od czasu do czasu podnosząc łebek. Kasia zostawiła jeszcze trochę siana świeżego zamiast starego, wymieniła wodę i odjechała, obiecując wrócić przed zmrokiem, gdyby coś było nie tak.

Nie musiała wracać.

Tuż przed zachodem słońca, kiedy niebo nad polami zrobiło się pomarańczowe, a Tadeusz akurat zamykał kurnik, sarna podniosła się na cztery nogi. Za nią, chwiejnie, ale pewnie, wstało koźlę.

Matka odwróciła się w stronę otwartych drzwi.

Maluch ruszył za nią.

Krok, przystanek, kolejny krok — tak dotarły do progu, minęły stodołę i zniknęły w kierunku lasu, dwa cienie na tle gasnącego światła. Grażyna stała jeszcze długo w drzwiach, wpatrzona w miejsce, gdzie dawno już nic nie było widać, a za jej plecami Tadeusz zatrzasnął drzwi kurnika na noc.

Idź do oryginalnego materiału