Psina była już zrezygnowana, gotowa opuścić ten okrutny świat…

polregion.pl 11 godzin temu

Psu było już prawie wszystko jedno, zamierzał opuścić ten okrutny świat
Zofia od wielu lat mieszkała w małym domku na samym skraju wsi. Gdy ktoś mówił, iż jest samotna, aż śmiała się pod nosem. Jakże samotna? odpowiadała z pogodnym uśmiechem. Ach gdzie tam, mam przecież wielką rodzinę!
Wiejskie kobiety kiwały z życzliwością głowami, ale gdy tylko odwracała się plecami, wymieniały porozumiewawcze spojrzenia i robiły wymowne kółka palcem przy skroni. Przecież jaka z tego rodzina męża brak, dzieci ni ma, tylko same zwierzęta Ale właśnie te czworonogie i skrzydlate stworzenia Zofia traktowała jako swoich najbliższych. Było jej zupełnie obojętne, co sądzą ci, którzy utrzymywali, iż zwierzęta trzyma się wyłącznie z korzyści: krowę dla mleka, kury dla jajek, psa dla stróżowania, kota do łapania myszy. U Zofii w domu mieściło się pięć kotów i cztery psy, a wszystkie mieszkały w cieple, nigdy w stodole ku wielkiemu zdziwieniu sąsiadów.
Niezrozumienie to wyrażali jednak tylko między sobą, wiedząc, iż dyskusje z dziwaczną sąsiadką nie mają najmniejszego sensu. Na wszelkie pouczenia Zofia tylko się śmiała: Oj, dajcie spokój! Tam na dworze już wystarczająco się nacierpiały, niech tu u nas mają spokojnie i ciepło.
Pięć zim temu nagle zmienił się jej świat straciła wtedy i męża, i syna. Wracali z ryb łowienia, gdy na szosie natrafili na ciężarówkę Po tragedii, kiedy już doszła do siebie, Zofia uświadomiła sobie, iż nie jest w stanie wytrzymać w blokowym mieszkaniu, które wciąż przywoływało wspomnienia o najbliższych. Boleśnie było chodzić tymi samymi chodnikami, odwiedzać te same sklepy, patrzeć na litościwe spojrzenia sąsiadów.
Po pół roku sprzedała więc mieszkanie i razem z kotką Bronką przeprowadziła się na wieś, kupując niewielki domek na obrzeżu. Latem pracowała w ogrodzie, a zimą zatrudniła się w stołówce w miasteczku powiatowym. Z biegiem czasu w jej domu pojawiały się kolejne zwierzęta: jedno podbiegło do niej na stacji, drugie kręciło się głodne wokół stołówki. Tak właśnie powstała jej rodzina złożona ze wszystkich tych, których świat porzucił. Serce Zofii opatrywało ich dawne rany, a one odwzajemniały się jej miłością i wiernością.
Dokarmiała wszystkich, choć bywało ciężko. Wiedziała, iż nie da się wszystkich uratować, więc setki razy obiecywała sobie, iż nie przygarnie już nikogo Ale pewnego marca zima postanowiła wrócić: wiatr wdzierał się w szpary, mokra breja mieszała się ze śniegiem i w nocy lodowaty mróz ściskał wszystko.
Tamtego wieczoru Zofia spieszyła się na ostatni autobus do swojej wsi. Przed nią były dwa wolne dni, więc po pracy zajrzała do sklepów, kupiła jedzenie dla siebie i zwierząt, i niosła też resztki ze stołówki. Ciężkie torby ciążyły jej w rękach, ale szła przed siebie, myśląc o cieple domowego pieca. A jednak serce, jak w baśni, było czujniejsze niż oczy: tuż przed przystankiem nagle się zatrzymała i spojrzała za siebie.
Pod ławką leżał pies. Spojrzenie miał puste, szkliste. Śnieg już lekko go przysypał musiał leżeć tam godzinami. Ludzie przechodzili obojętnie, opatulenie w szaliki, nikt się nie zatrzymał. Czy nikt nie zwrócił uwagi? przemknęło Zofii przez myśl.
Poczuła, jak coś ściska ją w środku. Zapominając o autobusie i postanowieniach, podbiegła, rzuciła torby, kucnęła przy psie. Zwierzę ledwo mrugnęło. Na szczęście żyjesz, kochana szepnęła z ulgą. No już, wstawaj
Pies nie miał siły się podnieść, ale też nie stawiał oporu, gdy Zofia delikatnie wyciągała go spod ławki. Wyglądało, jakby był już gotów pożegnać ten surowy świat
Do dziś nie pamięta, jak udało jej się zanieść dwie pełne torby i jeszcze nieść psa na rękach aż do poczekalni. Usiadła w kącie, zaczęła rozcierać i ogrzewać zmarznięte ciało przybłędy, przybliżała łapki do własnych dłoni, by szybciej rozgrzały się.
No dobrze, kochana, musisz nabrać sił, jeszcze przed nami powrót do domu szeptała. Będziesz naszą piątą psiną, żeby był porządek.
Z torby wyjęła kotleta i podała zziębniętej przyjaciółce. Najpierw pies odwrócił łeb, ale gdy się trochę rozgrzał, jakby postanowił jeszcze nie odchodzić z tego świata: w oczach pojawiło się życie, nozdrza poruszyły się, kąsek został zjedzony.
Po godzinie Zofia z Jadwigą tak nazwała psią znajdę stała już na przystanku próbując złapać autostop, bo autobusu dawno nie było. Pasem uszyła coś na wzór obroży, choć i tak Jadwiga trzymała się blisko, wtulona w nogi. Po dziesięciu minutach zatrzymał się samochód.
Wielkie dzięki! powiedziała Zofia. Niech pan się nie martwi, psa wezmę na kolana, na pewno nie pobrudzi. Proszę bardzo, nie mam nic przeciwko! odparł kierowca. Może siedzieć z tyłu, nie wygląda na małą.
Ale Jadwiga przycisnęła się do swej wybawczyni i usadowiły się dwie na kolanach. Tak cieplej uśmiechnęła się Zofia.
Kierowca tylko kiwnął i podkręcił ogrzewanie. Jechali w milczeniu: kobieta obejmowała nową podopieczną, patrząc przez szybę na płatki śniegu w świetle latarni, a mężczyzna podglądał w lusterku pogodny, choć przemęczony profil pasażerki. Domyślił się, iż psiaka przygarnęła i wiezie do siebie.
Pod samym domem wysiadł, by pomóc z torbami. Zaspy przy furtce były tak wysokie, iż musiał napierać ramieniem. Zardzewiałe zawiasy puściły furtka opadła na bok. Oj, trudno westchnęła Zofia. I tak dawno powinna być porządnie naprawiona.
Z otwartego domu dobiegły radosne szczeknięcia i miauczenie. Wszystkie jej zwierzęta wybiegły na podwórko. No, widzicie, doczekaliście się! Poznajcie naszą nową! przedstawiła Jadwigę, która wyjrzała zza jej nóg.
Psy merdały ogonami, wąchały torby, które niósł nieznajomy. No, chodźcie do środka, co się będziecie tłoczyć na dworze opamiętała się Zofia. Zapraszam do domu, jeżeli duża rodzina nie straszy! Może herbaty? Dziękuję za zaproszenie, ale już późno odparł gość. Nakarmcie swoich, pewnie wygłodniałe.
Nazajutrz, koło południa, Zofia usłyszała stukanie w ogrodzie. Włożyła kurteczkę i wyszła zobaczyła wczorajszego kierowcę. Już przykręcał nowe zawiasy do furtki, obok narzędzia. Dzień dobry! uśmiechnął się. Zepsułem pani furtkę, to musiałem przyjechać naprawić. Mam na imię Jan, a pani? Zofia
Jej futrzana rodzina natychmiast przyszła się przywitać, witana machaniem ogonów. Jan przykucnął i pogłaskał każdego z osobna. Zosiu, wejdźcie do środka, nie marznijcie. Zaraz skończę i z przyjemnością wypiję gorącą herbatę. W samochodzie czeka trochę sernika. I parę smakołyków dla waszej wielkiej gromady…

Idź do oryginalnego materiału