PRZECZUCIE NIESZCZĘŚCIA
Obudziłam się tej nocy nagle i już nie zmrużyłam oka do rana. Może to przez zły sen, a może niepokój, który nie dawał mi spokoju, choćby gdy już świtało. Na sercu pojawił się taki ciężar, iż same łzy napłynęły mi do oczu. Nie rozumiałam, skąd to wszystko po prostu coś ściskało gardło i nie dawało oddychać, a dziwne przeczucie nadciągającego nieszczęścia było coraz silniejsze.
Podniosłam się z łóżka i podeszłam do łóżeczka synka. Mały Stasiek spał i uśmiechał się przez sen, zabawnie cmokając ustami. Okryłam go lepiej kołderką, a potem przeszłam do kuchni na zewnątrz była zupełna ciemność, tylko gdzieniegdzie latarnie migały w oddali.
Znowu nie możesz spać, Zosiu? usłyszałam nagle głos Darka za swoimi plecami.
To znowu to… Nie wiem, Darek, co się ze mną dzieje odpowiedziałam cicho.
Może to słynna depresja poporodowa? próbował zażartować mąż.
Nie wiem. Stasiu prawie pół roku, żadnej depresji wcześniej nie miałam, a teraz takie coś?
Przecież różnie bywa. Hormony, nerwy Wszystko się ułoży, zobaczysz.
Ale ja się boję, Darek wyszeptałam, mocno się do niego przytulając.
Wszystko będzie dobrze! objął mnie mocno.
Minęły trzy tygodnie. Pielęgniarka z przychodni zadzwoniła z zaproszeniem na wizytę do pediatry przed nami był bilans półroczny z kompletem badań. Wzięłam Stasia i poszłam do ośrodka, chociaż w środku miałam wielki niepokój. Nigdy nie zapomnę tego telefonu.
Stało się coś złego? zapytałam przez drżące usta.
Zosiu, proszę się nie martwić, lekarz wszystko wyjaśni odpowiedziała pielęgniarka łagodnym głosem.
W przychodni na korytarzu tłum, a mnie już zalewała fala lęku. Gdy wreszcie weszłam do gabinetu, byłam roztrzęsiona.
Proszę usiąść, pani Zofio powiedziała cicho doktor. Musimy powtórzyć badania. Proszę się nie denerwować, ale wskaźniki są niepokojące.
Co się dzieje? wykrztusiłam ledwie słyszalnie. W tej chwili poczułam, iż wszystkie moje przeczucia wypełniają się co do joty.
Stasiu ma bardzo nieprawidłowe wyniki. Znacznie podwyższone leukocyty, inne wyniki też są niepokojące. Trzeba natychmiast powtórzyć badania, najlepiej w specjalistycznym ośrodku.
Gdzie dokładnie? spytałam cicho.
W wojewódzkim centrum onkologii dziecięcej odpowiedziała.
Nie pamiętam, jak wracałam wtedy do domu. Darek czekał już na mnie, wziął wolne, bo napisałam mu całą prawdę w sms-ie i przybiegł do domu natychmiast.
Co się stało, Zosiu? zapytał.
Płakałam, ale łez choćby nie zauważałam.
Musimy iść z Stasiem na badania do centrum onkologii dziecięcej wydusiłam z siebie.
Darek próbował mnie uspokoić:
Może to tylko rutynowe badania, może nic poważnego
Nie, Darek szepnęłam ja czuję, iż to nie jest przypadek. Czułam, iż coś złego się zbliża.
Przytuliłam synka i płakałam jeszcze bardziej. Staś zaczął się wiercić przez sen, nieświadomy wszystkiego.
Ostra białaczka powiedział wiekowy lekarz, przeglądając wyniki. Musimy natychmiast wdrożyć leczenie.
Nie mogłam w to uwierzyć. Łzy same spływały po policzkach, a ja nie mogłam być na oddziale razem z synkiem przenieśli go na intensywną terapię, mnie zatrzymali pod drzwiami. Chemia, zabiegi, lekarstwa toczyły się gdzieś za ścianą.
Proszę iść do domu, mówiła mi dyżurna pielęgniarka, i tak dziś pani do synka nie wpuszczą.
Nie dam rady! Co ja tam będę robić bez niego?!
Z Darkiem jesteśmy małżeństwem od ośmiu lat. Przez długi czas nie mogłam zajść w ciążę badania, lekarze, wszystko w porządku, a jednak przez osiem lat nic. I wreszcie pojawił się Staś spełnienie wszystkich modlitw. To był czas największego szczęścia i jednocześnie lęku Darek dosłownie nosił mnie na rękach, nie dawał podnieść nic cięższego niż szklanka wody. Ostatni miesiąc ciąży spędziłam w szpitalu, na obserwacji dla bezpieczeństwa. A sześć miesięcy temu urodził się Stasiu. Nazwaliśmy go po tacie Darka, który kilka lat temu zginął tragicznie w wypadku samochodowym.
Zosiu, nie nazywaj dziecka po kimś, kto zginął gwałtowną śmiercią! ostrzegała babcia, gdy usłyszała o tym, ale odparłam tylko:
Babciu, to zabobony! Jestem szczęśliwa i nie chcę, by coś to szczęście zmąciło.
Siedziałam przy łóżeczku w sterylnej sali, gdzie w końcu mnie wpuścili po awanturze z ordynatorem. Chciałam tylko być z moim dzieckiem. Stasiu bardzo schudł i pobladł, pod oczami miał sine kręgi. Nie mogłam powstrzymać płaczu. Przez szybę obserwowałam lekarzy.
Takich operacji tu nie przeprowadzamy, ogłosił nazajutrz ordynator, doktor Genowefa Wasilewska.
Gdzie je robią? spytałam, ściskając ręce.
W Niemczech. Tylko tam są szanse. Ale to bardzo, bardzo duże pieniądze
Znajdziemy. Proszę przygotować konieczne wypisy.
Dokumenty wysłaliśmy do kliniki w Monachium specjalizującej się w leczeniu białaczek. Odpowiedź przyszła szybko: tak, przyjmą Stasia, ale koszt leczenia to pond 800 000 złotych.
Zosiu, choćby jak sprzedamy mieszkanie, samochód nie uzbieramy choćby połowy stwierdził Darek. Już dałem ogłoszenia, ale to trochę potrwa.
Czasu nie mamy, rozpłakałam się, musimy coś wymyślić.
Pieniądze zbieraliśmy wszędzie: u nas w pracy, w lokalnej fundacji, na zbiórkach w Internecie i w sklepach. Pomagała gmina, oddawali nam ile mogli znajomi i obcy ludzie. Uzbieraliśmy ponad połowę, ale czas naglił. Dłużej zwlekać się nie dało.
Zosiu, lećcie! zdecydował Darek. Resztę spróbuję wam dosłać, może uda się sprzedać mieszkanie.
Cała wieś żyła naszym dramatem, ale taka kwota była tu niewyobrażalna.
Po tygodniach nerwów, załatwiania papierów i zbiórek, wylecieliśmy ze Stasiem do Niemiec. Zebranych pieniędzy brakowało do pełnej kwoty. Zaczęto przygotowywać syna do zabiegu, przeprowadzano badania o brakujących pieniądzach starałam się nie myśleć. Pozostała tylko wiara w cud. Mój synek za miesiąc miał obchodzić swoje pierwsze urodziny.
W sąsiedniej sali leżała inna matka z chłopcem, mały był trochę starszy Michaś miał już trzy latka. Okazało się, iż są z sąsiedniego miasta, połączonego z naszym tylko powiatową szosą. Joannie udało się zebrać całą kwotę, ale wyniki jej synka były gorsze: białaczkę wykryto za późno, choroba postępowała błyskawicznie. Co rusz przekładano operację.
Nie płacz, Zosiu, jakoś to będzie! pocieszała mnie Joanna. Pójdziecie jeszcze do cyrku, do zoo my z Michałkiem w zeszłym roku oglądaliśmy misie, był zachwycony… Nie wiedziałam jeszcze wtedy, iż jest chory. W zoo pierwszy raz poleciała mu krew z nosa nie mogłam zatamować, a potem znów i znów… W końcu szpital, a tam już trzecie stadium. Jak ja wcześniej tego nie zauważyłam!
Joasiu, wszystko jeszcze będzie dobrze! Wszyscy pójdziemy z dziećmi do zoo! teraz ja ją przytulałam.
Przecież widziałam, iż coś nie tak! Michał chudł, źle jadł, ciągle był jakiś smutny. A ja nie chciałam wierzyć… Joanna dusiła się od płaczu. Słów brakowało, by ją pocieszyć
Pewnego dnia Michałkowi bardzo się pogorszyło. Trafił na OIOM. Joanny nie wpuszczali, więc koczowała na korytarzu, modląc się i płacząc. Prosiłam ją, by chociaż odpoczęła, ale wciąż tam trwała.
Muszę być obok. Michaś czuje moją obecność, dzięki temu jest mu lżej powtarzała.
W końcu pielęgniarka dała jej zastrzyk uspokajający. Joanna siedziała i wpatrywała się pustym wzrokiem w drzwi. Czekała na cud.
Wieczorem zadzwonił Darek.
Zosiu, udało mi się przelać sto tysięcy powiedział. Dziś ktoś oglądał mieszkanie, byli zainteresowani, dam znać, czy kupią.
Dobrze… odpowiedziałam ledwo słyszalnie.
Wtedy nagle na korytarzu rozległ się rozdzierający krzyk. Upuściłam telefon. Staś się przebudził, zaczął płakać; pogłaskałam go po głowie, aż znów zasnął. Zostawiłam go w łóżeczku i wybiegłam na korytarz. Już wiedziałam, co się stało, choć nie chciałam w to uwierzyć. Joanna na kolanach wyła pod drzwiami OIOM-u, a wokół pielęgniarki starały się ją pocieszyć. W oczach Joanny widziałam taki ból, jakiego nie opiszą żadne słowa.
Objęłam ją mocno.
Trzymaj się, Joasiu… szlochałam razem z nią.
Po co ja mam żyć! Mojego synka już nie ma! Ja jestem winna, ja… wrzeszczała.
A ja mogłam tylko ją tulić, póki nie podano jej kolejnego zastrzyku.
W tamtą noc nie spałam ani chwili. Siedziałam przy łóżeczku i wpatrywałam się w synka, chcąc zapamiętać go na zapas, za dwie osoby i dla siebie, i dla Michałka.
Następnego dnia Joanna przyszła się pożegnać. Była wyciszona, ale postarzała się jakby o dziesięć lat. Długo stałyśmy wtulone w siebie.
Zosiu, korzystajcie z szansy, która jest wam dana. Macie szczęście wyszeptała, zostawiając mi w rękach kopertę. Nie dam rady powiedzieć wszystkiego, przeczytasz… Proszę.
Po jej wyjściu poczułam się okropnie samotna. Stasia zabrali na kolejne badania.
Otworzyłam kopertę:
„Zosiu! Wiem, jak bardzo chcesz, by Twój Staś żył. Niech żyje także za mojego Michałka niech rośnie, dorasta, śmieje się, biega i zjeżdża na sankach… I bardzo Cię proszę, jak wrócicie do kraju, idźcie do naszego zoo i pozdrówcie ode mnie wielkiego czarnego niedźwiedzia Michaś go uwielbiał. W kopercie są pieniądze na operację. Michałkowi już się nie przydadzą, niech pomogą Twojemu Stasiowi!”
Płakałam. Ze szczęścia, bo teraz mogłam sfinansować operację synka, i z rozpaczy, bo ta pomoc przyszła w najbardziej bolesny sposób.
Darku, nie sprzedawaj mieszkania! powiedziałam mu przez telefon następnego dnia. Musimy mieć dokąd wracać z Stasiem!
Ale przecież nie mamy kasy
Już ją mam. Teraz wszystko będzie dobrze.
Po raz pierwszy od miesięcy w słuchawce zabrzmiał jego uśmiech. Usłyszał w moim głosie pewność iż wygramy. Ja też poczułam, iż będzie dobrze.
Operacja odbyła się dzień po urodzinach Stasia dokładnie w dzień, gdy skończył roczek. Przez tygodnie koczowałam przed oddziałem intensywnej terapii, jak Joanna. Ale z każdym dniem prognozy były coraz lepsze. W końcu pozwolili mi go odwiedzać, potem przenieśli nas razem do jednej sali. Przed nami był jeszcze miesiąc izolacji i kilka miesięcy rehabilitacji, ale to były już sprawy drugorzędne Stasiu żył.
Mały powoli odzyskiwał siły, zaczynał się interesować zabawkami, jadł samodzielnie, uśmiechał się. Gdy pierwszy raz powiedział coś, co brzmiało jak „mama”, pękłam ze szczęścia. Cud się wydarzył.
Nedźwiadź! pokazywał Staś palcem na wielkiego czarnego niedźwiedzia w klatce.
Staś, nie „nedźwiadź”, tylko „niedźwiedź”! śmiałam się.
Poszliśmy razem do zoo tego samego, którym zachwycał się Michałek.
Pozdrawiamy cię, niedźwiedziu, od Michałka! powiedziałam cicho.
Staś biegał, jadł lody i siedział Darkowi na barana, wpatrując się w zwierzęta. Teraz jego życie wypełniała dziecięca radość, nowe wrażenia. Szpital został gdzieś daleko w tyle. Tylko wieczorami, gdy budziłam się ze strachem, podchodziłam do łóżeczka i nasłuchiwałam spokojnego oddechu synka. Coraz rzadziej ograniał mnie lęk. Była przed nami cała przyszłość dla nas i dla tego chłopca, który oddał Staszkowi szansę na życie.







