„Proszę… nie zostawiaj mnie samego. Nie dziś.” Ostatnie słowa sześćdziesięcioośmioletniego emerytowanego policjanta Kazimierza Hala, wyszeptane tuż przed upadkiem na parkiet własnego salonu. Jedynym, kto je usłyszał, był wierny K9, stary owczarek niemiecki Reks – partner i przyjaciel od dziewięciu lat. Kazimierz nigdy nie był wylewny – ani w pracy, ani po odejściu na emeryturę, choćby gdy po śmierci żony jego smutek rósł w ciszy. Dla sąsiadów był „tym wdowcem”, którego widywało się na wieczornych spacerach z kulejącym psem; obaj zdawali się iść przez życie ramię w ramię jak dwaj wytrwali żołnierze, którym nie potrzeba nic więcej. Aż pewnego zimnego wieczoru wszystko się zmieniło. Reks zdrzemnął się przy kaloryferze, gdy nagle usłyszał trzask ciała padającego na podłogę. Stary pies poderwał łeb, poczuł strach – i ból rozstania. Kazimierz oddychał z trudem, a palce próbowały dosięgnąć czegoś, czego nie było – z ust wymykały się ostatnie, łamiące głos słowa. Reks nie rozumiał ich dosłownie, ale wyczuł lęk i pożegnanie. Zawył, drapiąc drzwi wejściowe tak mocno, iż po listwach spłynęła krew z łap. Sąsiadka Lena, ta, która nieraz przynosiła Kazimierzowi świeże drożdżówki, została zaalarmowana. Wybiegła na gankek, znalazła klucz pod wycieraczką – tak, jak Kazimierz zawsze powtarzał: „na wszelki wypadek, gdyby los spłatał figla”. Zadzwoniła po pogotowie. Gdy ratownicy pojawili się na miejscu, Reks bronił swego pana – schorowany, ale niestrudzony. Starszy ratownik, pan Wysocki, rozpoznał w nim nie psa, ale pełnoprawnego funkcjonariusza. – On wykonuje swoją robotę – mruknął i przemówił do Reksa z szacunkiem. Dopiero wtedy pies pozwolił podejść do Kazimierza. Kiedy podnosili go na nosze, Reks zawył przeciągle, a echo przepełnione żalem rozeszło się po klatce schodowej bloku. Próbował dostać się do karetki – łapy odmówiły posłuszeństwa, ale nie poddał się, dopóki ratownicy nie złamali protokołu i nie zabrali go razem z panem. W szpitalu lekarze zauważyli, iż serce Kazimierza biło spokojniej, gdy Reks był przy nim. Dyżurująca pielęgniarka pozwoliła psu czuwać tuż obok łóżka. Kiedy Kazimierz odzyskał przytomność, pierwszym słowem było: – Reks… Pies zerwał się na łapy i podszedł do właściciela, wtulając pysk w jego dłoń. – Myślałem, iż cię zostawię… – wyszeptał Kazimierz przez łzy. W tej chwili wiedzieli, iż jedno uratowało drugie: dwaj starzy przyjaciele, którzy przeszli przez życie ramię w ramię, obiecali sobie, iż już nigdy nie zostawią się samych – choćby nocą.

9 godzin temu

Proszę… Nie zostawiaj mnie samego. Nie tej nocy.

To były ostatnie słowa, jakie 68-letni, emerytowany komisarz Zbigniew Nawrocki wyszeptał, zanim upadł na dębową podłogę w swoim salonie. Jedyną istotą, która je usłyszała, był jego wierny owczarek niemiecki, Borys, z którym przeżył dziewięć ostatnich lat.

Zbigniew nigdy nie należał do wylewnych. choćby po odejściu na emeryturę i po stracie ukochanej żony tłumił smutek głęboko w sobie. Sąsiedzi postrzegali go jako zamkniętego w sobie wdowca, który codziennie powoli przechadza się po osiedlu ze swoim starym psem. Ich kroki były równie ciężkie i nieśpieszne, jakby czas postanowił zatrzymywać ich razem. Dla postronnych byli jak dwaj zmęczeni wojownicy, którzy już niczego więcej nie oczekują od świata.

To jednak zmieniło się pewnego zimnego wieczoru.

Borys drzemał przy kaloryferze, gdy nagle usłyszał huk odgłos ciała Zbigniewa uderzającego o podłogę. Mimo podeszłego wieku pies natychmiast zerwał się na łapy. Od razu wyczuł strach. Słyszał płytki, nierówny oddech swojego pana. Z wysiłkiem dokuśtykał do Zbigniewa.

Oddech komisarza był płytki i nieregularny. Dłońami szukał czegoś, jakby próbował się ratować. W jego łamiącym się głosie Borys nie rozumiał słów rozumiał za to ból, lęk, pożegnanie.

Borys szczeknął raz. Potem jeszcze raz. Głośniej, desperacko.

Zaczął drapać drzwi wejściowe, aż pazury poraniły mu opuszki i ślady krwi pojawiły się na drewnie. Szczekał coraz mocniej, aż echo niosło się przez ogród do sąsiedniego domu.

Tam mieszkała pani Ola młoda sąsiadka, która często przynosiła Zbigniewowi własnoręcznie pieczone pierniki. Znała dobrze różnicę pomiędzy zwykłym szczekaniem a prawdziwą paniką. Tym razem pies wzywał pomocy.

Ola wybiegła na ganek i spróbowała otworzyć drzwi były zamknięte. Zajrzała przez okno i zobaczyła Zbigniewa leżącego nieruchomo na podłodze.

Zbigniew! wrzasnęła, a głos jej zadrżał z przerażenia. Po omacku zaczęła szukać zapasowego klucza pod wycieraczką, który, jak mawiał gospodarz, miał być na wszelki wypadek.

Klucz dwa razy wyślizgnął jej się z palców, nim zdołała otworzyć drzwi. Wbiegła do środka w chwili, gdy oczy Zbigniewa już zaczynały wędrować pod powiekami. Borys czuwał przy nim, liżąc mu twarz i skomląc w taki sposób, iż Ola poczuła, jak serce jej pęka. Drżącymi dłońmi wykręciła numer alarmowy.

Dzień dobry, proszę pilnie! Sąsiad nie oddycha normalnie!

Chwilę później w ciasnym saloniku pojawiła się para ratowników medycznych z aparaturą. Borys, zwykle łagodny, zasyczał na nich i zasłonił swoim ciałem właściciela.

Proszę pani, prosimy odciągnąć psa! rzucił jeden z ratowników.

Ola chwyciła Borysa za obrożę i próbowała go odciągnąć, ale pies ani drgnął. Ledwo trzymał się na nogach, ale stał niewzruszenie, rzucając na medyków spojrzenie przepełnione troską. Spojrzał na Zbigniewa, potem na nich jakby błagał, by go nie opuszczać.

Starszy ratownik pan Marian zatrzymał się. Zauważył przetarte już futro, białe plamy na pysku, stare odznaczenie policyjne przy obroży.

To nie jest zwykły pies mruknął do młodszego kolegi. To policyjny weteran. On czuwa przy swoim partnerze.

Pan Marian powoli ukląkł i powiedział miękkim tonem:

Borys, chcemy mu pomóc, pozwól nam działać.

W spojrzeniu Borysa coś się zmieniło. Z wysiłkiem odsunął się na bok, ale cały czas pozostawał tuż przy nogach pana.

Gdy przenosili Zbigniewa na nosze, jego aparat EKG zaczął wariować. Ręka zwisała mu bezwładnie.

Borys zawył tak żałośnie i głęboko, iż choćby ratownicy zamarli w bezruchu.

Kiedy przynosili Zbigniewa do karetki, Borys próbował wskoczyć do środka, ale jego tylne łapy się załamały. Padł na podjazd, rozpaczliwie próbując się jeszcze doczołgać po betonie.

Nie możemy zabrać psa rzucił kierowca karetki takie są przepisy!

Wtedy półprzytomny Zbigniew cicho wyszeptał w pustej przestrzeni:

Borys…

Pan Marian spojrzał na umierającego mężczyznę i na wyjącą na podjeździe psinę. Zacisnął mocno usta.

Olejmy przepisy mruknął do kolegi. Zabieramy go.

Obaj ratownicy podnieśli ciężkiego owczarka i ułożyli blisko Zbigniewa w karetce. Gdy tylko Borys dotknął partnera, aparat monitorujący serce wyraźnie się uspokoił dając wszystkim cień nadziei.

Cztery godziny później

Szpitalny pokój rozbrzmiewał spokojnym rytmem aparatury. Zbigniew otworzył oczy, zdezorientowany. Czuł charakterystyczną suchość szpitalnego powietrza, ostry zapach środków dezynfekujących wszystko wydawało się nierealne.

Wszystko w porządku, panie Nawrocki szepnęła pielęgniarka. Napędził nam pan niezłego stracha.

A mój pies… gdzie jest? wychrypiał.

Na początku chciała odpowiedzieć standardowo zwierząt nie wolno ale zawahała się. Odchrząknęła i odsłoniła zasłonę.

W kącie, na kocu, leżał Borys. Spał ciężko, klatka piersiowa unosiła się równo i miarowo.

Pan Marian nie chciał zostawić Borysa na korytarzu. Opowiedział lekarzowi, iż gdy pies był zabierany, stan Zbigniewa się pogarszał. Dlatego lekarz, po cichu, wydał Wyjątkowe zezwolenie na opiekę.

Borys… powiedział cicho Zbigniew.

Pies podniósł głowę i powoli dokuśtykał do łóżka, opierając pysk na dłoni pana. Zbigniew pogłaskał znajome futro, a po jego policzkach popłynęły łzy.

Myślałem, iż cię opuszczam wyszeptał. Myślałem, iż tej nocy wszystko się skończy.

Borys przysunął się jeszcze bliżej, liżąc łzy. Ogon uderzył słabo o łóżko.

Pielęgniarka cicho otarła oczy, stojąc w drzwiach.

Pan uratował nie tylko swoje życie powiedziała. Wydaje mi się, iż i jego pan ocalił.

Tej nocy Zbigniew nie bał się już ciemności. Jego ręka leżała poza łóżkiem, czule spleciona z łapą Borysa dwóch starych przyjaciół, którzy przetrwali razem wiele, milcząco obiecując sobie, iż nigdy nie zostawią siebie nawzajem.

Niech ta historia trafi do tych serc, które najbardziej jej potrzebują. Bo prawdziwa wierność i przyjaźń to nasza największa siła.

Idź do oryginalnego materiału