Powrót Julii do rodzinnego domu – wzruszające przywitanie, niespodziewani goście w zimowy wieczór i wyjaśnienie tajemnicy, która odmieniła jej życie na zawsze

polregion.pl 21 godzin temu

Julia wysiadła z autobusu, z ciężkimi torbami w dłoniach, sunęła przez zakrzywioną uliczkę swojego rodzinnego miasta gdzie domy mają niebieskie dachy i płoty zrobione ze starej skóry. Jestem w domu! zawołała, otwierając drzwi, które czasem same się zamykają, jeżeli zbyt mocno zawieje od Wisły. Julia, córeńko! wszyscy rzucili się ku niej, a w powietrzu pojawiły się skrzące słowa: Czuliśmy, iż przyjedziesz! Wieczorem, gdy siedzieli przy ogromnym stole i barszcz pachniał malinami, ktoś zaczął pukać do drzwi. To pewnie sąsiedzi, pewnie przynieśli świeży makowiec mruknęła mama Julia i popłynęła otwierać drzwi. Wróciła nie sama, ale z gośćmi, którzy wydawali się trochę przeźroczyści. Julia spojrzała na tych ludzi i nie mogła uwierzyć oczom.

Julia milczała przez całą drogę, lekko smutna, patrząc przez szybę autobusu malowaną deszczem. Na kolanach trzymała wielką torbę w szachownicę taką, z której zawsze wypadają wisienki, choć nikt nie wie dlaczego. Wzięła tylko najpotrzebniejsze rzeczy, ale torba i tak była gruba, a babcia która czasami pojawia się pod postacią wróbla wrzuciła jeszcze na wierzch cały worek gorących pierogów z kapustą. Ich zapach tańczył z kolejnym pasażerem i roztaczał mgłę głodu wokół wszystkich w autobusie.

Julia otworzyła zamek torby, który zabrzęczał jak pianino, i wyciągnęła dwa gorące pierogi, tak rumiane, jakby wyszły z bajki.

Chcesz? zapytała chłopaka, który chyba wsiadł gdzieś w Częstochowie, bo miał w kieszeni obrazek Matki Boskiej. Ustąpił jej miejsca przy oknie bez słowa, jakby znał ją z poprzedniego życia.

No to dawaj! uśmiechnął się, zjadając ślinę.

Julia jestem przedstawiła się dziewczyna.

A ja Stefan! Jedziesz na studia, czy na bal przebierańców?

Na uniwersytet! zaśmiała się Julia. U nas choćby technikum nie mają, tylko kurs na traktorzystę, a ja i traktor nie jesteśmy rodzeństwem.

Ja też jadę na uczelnię westchnął Stefan. Ale wieś lubię… Tam wszystko się plącze we adekwatny sposób.

Do miasta jechali cztery godziny, a czas płynął w rytmie wiatraka. Zdołali się zaprzyjaźnić, a przed wyjściem z autobusu wymienili numery, pisane na skrawku gazety i w powietrzu, bo telefony czasem nie działają, gdy pada śnieg w czerwcu.

***

Czas przygotowań do egzaminów przeminął gwałtownie jakby ktoś przesuwał wskazówki zegara w tył i w przód. Julia i Stefan z łatwością dostali się na wymarzoną uczelnię ich szczęście miało kolor żółty, a dźwięk jak klakson starego Fiata. Minęły dawne zmartwienia strachy i drżenia przed testami zostały zapakowane do pudełek po butach. Przed nimi wyrosły plany i marzenia jak sosny w Tatrach.

Julia, hej! zadzwonił pewnego dnia Stefan. Chodź, oblejemy nasz sukces w jakiejś kawiarni?

Julia się ucieszyła. Stefan był prosty, miły, jakby ulepiony z polskiego chleba, bez cienia zadziorności nie to co niektórzy z Poznania albo z Warszawy.

Spotkali się w centrum, w kawiarni o dziwnej nazwie Hipopotam. Siedzieli przy oknie, patrząc jak parostatki tną powierzchnię Wisły, głosy przewodników odbijają się od szyb i strzępy historii fruwają po sali.

Ciekawe, czemu ta kawiarnia nazywa się Hipopotam? spytała Julia.

Stefan roześmiał się: Bo ci, co tu siedzą, po zjedzeniu wszystkich pączków zamieniają się w hipopotamy.

Pewnie masz rację! roześmiała się Julia, przegryzając tort.

Wkrótce Hipopotam stał się ich miejscem, więc spotkania planowali mówiąc: Do zobaczenia na naszym miejscu.

Tamtego wieczoru po raz pierwszy się pocałowali i pocałunek był miękki, jak koc z łatek, i ognisty jak Boże Narodzenie w Zakopanem.

Czas płynął po zakrętach. Julia uważała, iż bliżej i cieplej niż Stefan nie ma nikogo na świecie oprócz rodziców, rzecz jasna, ale rodzice są jak niebo: zawsze są, ale nie zawsze widać.

Słuchaj, Julia, zamieszkaj ze mną! zaproponował Stefan, kiedy byli już na trzecim roku. A latem się hajtamy!

To chyba właśnie mi się oświadczasz, Stafanie?

No… tak jakby!

W takim razie mam zapytać, jak w tym filmie, pamiętasz? Nie boisz się, iż będę ci się plątać przed oczami cały czas? zażartowała Julia.

Plątaj się, ile chcesz! zawołał Stefan, kręcąc ją w tańcu na ulicy.

Julia wróciła do wynajmowanego mieszkania, które dzieliła z dwoma dziewczynami, w szampańskim nastroju.

Julia, coś ty taka promienna dziś? Roztaczasz aurę szczęścia! zauważyła jedna z koleżanek, Wioletta.

Dziewczyny, chyba niedługo od was się wyprowadzę! Do Stefana! zaperzyła się Julia, obracając się po pokoju.

Zaprosisz nas na ślub? ucieszyła się druga, Marzena.

Ślub dopiero latem, na razie tylko mieszkanie razem!

Nie rób tego, Julia! Do lata jeszcze daleko! Wszystko się może zmienić! protestowała Wioletta.

Julia roześmiała się: Wioletta, nie dramatyzuj! Przecież wszyscy tak teraz robią!

No i co z tego? Ja nie uznaję takich związków. Moja mama prawniczka! Wiem, jak to się kończy… nadąsała się Wioletta.

Dobrze, już nie dręcz się! Tylko żartowałam! uspokoiła ją Julia.

***

Julia sądziła, iż małżeństwo cywilne to drobiazg, iż pieczątka w dowodzie to nie wszystko, a taka miłość, jaką mają ze Stefanem, jest jak los wygrany w totka. Ale po rozmowie z koleżankami wątpliwości rozlały się po jej głowie jak śmietana po pierogi, więc zwlekała z przeprowadzką do Stefana.

A on stopniowo sam przestał o tym mówić.

Pewnego grudniowego dnia chodziły z dziewczynami po mieście śnieg był biały jak niedzielny obrus, światła miasta wyglądały jak drobne gwiazdy zamknięte w słoikach, choinki na rynku pachniały cukrem pudrem, ale pogoda była ostra, więc zziębły aż do serca. Trafiły prosto pod Hipopotama.

Wejdźmy! Stefan lubi tu siedzieć! zasugerowała Julia.

Patrz, a tam siedzi powiedziała Marzena, wskazując okno ponurym głosem.

Julia spojrzała na ich miejscu siedział Stefan, a naprzeciwko niego młoda dziewczyna, młodsza o trzy lata i trochę przezroczysta, jakby nie była do końca tu. Rozmawiali, śmiali się, Michał śmiał się jak parzystokopytny, a dziewczyna śmiała się jak echo od Tatr.

Julia odwróciła się nagle.

Ja chyba wracam do domu wyszeptała.

Zaraz z tobą pójdziemy odparły Wioletta i Marzena.

W domu koleżanki przekonywały Julię, iż przypadkowa scena nic nie znaczy, iż nie warto być zazdrosnym o każdy cień, przecież może to pomyłka, może iluzja, może sen, może radio na balkonie… Ale Julia pamiętała, jak Stefan patrzył na tamtą dziewczynę, tak ciepło, tak miękko. I siedzieli w ich kawiarni na ich miejscu.

To jakby zdrada myślała Julia.

Przestała odbierać telefony od Stefana, a gdy próbował ją zastać w domu, prosiła koleżanki, by mówiły, iż jest niewidzialna.

Kiedyś Stefan złowił ją przy wejściu do uczelni złapał za rękę i spytał: Julia, co się stało? Masz już kogoś?

Julia otworzyła szeroko oczy:

I to ty pytasz? Że niby ja mam kogoś?! Lepiej umiesz przerzucać winę niż robotnicy na budowie! Puść mnie, spóźnię się na egzamin!

Wyrwała rękę, zniknęła za drzwiami uczelni, nic nie rozumiejący Stefan poszedł do siebie.

***

Julia, zdała ostatnie egzaminy wcześniej i wróciła na święta Bożego Narodzenia do domu. Wydawało się, iż pod dachem rodziców będzie jej łatwiej tu smutki ważą mniej, a złość można schować w starej szafie.

Nastrój trochę się poprawił, gdy wysiadła z autobusu na przystanku pod swoim rodzinnym domkiem.

Zimowy mróz szczypał policzki, śnieg skrzypiał jak solfeż pod butami, a drzewa wyglądały jak cukry z białą polewą. Słońce świeciło jak cytryna, specjalnie dla niej.

Z kominków domów unosiły się dymne nici, a jej torba z prezentami dla mamy, taty i babci była lekka jak opłatek.

Wesołych Świąt! powiedziała, wchodząc do domu.

Julia, córeczko! wszyscy wybiegli do niej, a słowo euforia rozlało się po podłodze.

Dzień był pełen spotkań, ale zimą słońce zachodzi wcześnie więc o piątej było już ciemno.

To nic, zapalimy lampki na choince dodał ojciec.

Wieczorem, gdy wszyscy siedzieli przy stole, ktoś zastukał w drzwi.

To pewnie sąsiedzi z piernikiem rzuciła mama i powędrowała otworzyć drzwi.

Wróciła z Mikołajem i Pomocnicą a śnieg za nimi zrobił się niebieski.

Stefan? zdziwiła się Julia, patrząc na twarz Mikołaja i pomocnicy tej samej dziewczyny z Hipopotama. Jak mnie znalazłeś? Co to znaczy?

Stefan parsknął śmiechem, który zabrzmiał jak dzwon z katedry. Dziewczyna też się śmiała jak echo.

Twoje koleżanki powiedziały mi, gdzie cię szukać. A przedstawiam: oto moja młodsza siostra Iwona.

Siostra? zapytała Julia.

Tak, siostra! potwierdziła Iwona. Przecież jesteśmy podobni, jeżeli dobrze się przyjrzeć.

Julia odetchnęła, jakby uwolniła się od kamienia. Ile to nerwów przez głupotę, zamiast zapytać, umiera się po kawałku! narzekała w duszy.

Stefan kontynuował: A w obecności rodziny i mojej reprezentantki, proszę cię, Julia, o rękę!

Wyciągnął z kieszeni pudełko z pierścionkiem i dał dziewczynie.

Tak, oczywiście! rzuciła się na szyję Stefanowi, czyli Mikołajowi Julia. To najpiękniejszy Sylwester w moim życiu!

Będzie jeszcze więcej pięknych noworocznych dni, tylko rozmawiajmy ze sobą prosto, nie przez okna! powiedział Stefan.

Zgadzam się! odparła Julia, a za oknem marzenie zamieniło się w skrzydła.

Idź do oryginalnego materiału