Bus pod nasz hotel przyjeżdża punktualnie. Ma nas dowieźć do wsi, potem kończy się brukowana droga. Do maloki ( maloka to dom spotkań rdzennych) Kasji i Waltera musimy dojść pieszo przez dżunglę, około 2 kilometry. Padało, wszędzie jest błoto, mamy więc na nogach znienawidzone już kalosze. Jest gorąco, parno. Po chwili marszu człowiek się lepi. Zanim jednak mieliśmy dotrzeć do maloki, czekała nas daleka droga. I nie lot z Polski do Kolumbii mam tu na myśli.

Zakazany u nas psychodelik
Dla tych, co o ayahuasce nic nie wiedzą, kilka słów wyjaśnienia. Ten starożytny napój ceremonialny powstaje z pnącza dwóch amazońskich roślin. Ayahuasca w języku keczua oznacza "liana duszy", "pnącze dusz", w jej skład wchodzą yage, natema, caapi oraz huaraca.
To krzewy porastające lasy deszczowe na rozległych terenach dorzeczy Amazonki. Występują we wschodniej części Brazylii, w Ekwadorze, Boliwii, Peru, Kolumbii oraz na Karaibach. Pierwszym Europejczykiem, który zetknął się i poznał narkotyczne adekwatności tych roślin, był misjonarz i botanik Johni Banister, który w XVII w. badał amazońskie lasy. Rdzenni mieszkańcy poczęstowali go "pnączem duszy" albo "pnączem śmierci" – nazwy określają dosyć trafnie adekwatności, dla których wywar jest wykorzystywany.
Ceremonie tworzenia oraz podawania tego silnie narkotycznego wywaru od tysięcy lat prowadzili przeszkoleni i znający tajemnice tych roślin rdzenni szamani. Pod ich kontrolą ludzie poddawali się religijnemu rytuałowi, za pomocą którego mogli zapaść w głębokie, transformacyjne doświadczenia psychiczne. Osoby, które zażyły ayahuascę mówią, iż doświadczyły duchowych objawień, które pozwalały im zrozumieć cel na Ziemi i prawdziwą naturę Wszechświata. Były otoczone czystą miłością, mądrością, mogły dokonać wglądu we własne wnętrze. Ich ego znikało, dostawały wskazówki jak być lepszym człowiekiem oraz jak to osiągnąć. Po przebudzeniu z transu twierdziły, iż nastąpiło u nich wewnętrzne odrodzenie.

Nic dziwnego, bo w końcu to silny narkotyk, jego sława gwałtownie przekroczyła granice Amazonii. Rytuały są odprawiane w Ameryce i Europie, ceremonię wielu traktuje jak alternatywne metody leczenia depresji, uzależnień oraz i innych zaburzeń psychicznych. Powstają nowe publikacje na temat pozytywnych i negatywnych skutków ayahuaski. W Polsce ayahuasca jest zakazana, ale my przecież jesteśmy w Leticii, w środku amazońskiej dżungli. Tu możemy robić to, co nam się podoba, dlatego właśnie znaleźliśmy się w maloce Kasji i Waltera.
Trzeba mieć intencję
Przed wyjazdem do Kolumbii tylko jedna osoba deklaruje, iż chciałaby spróbować ayahuaski. To Alex, który nie boi się żadnych wyzwań. Reszta grupy, a jest nas dwanaścioro, nie ma ochoty na szamański odlot. I nagle wszystko się zmienia, gdy pierwszego dnia w Leticii do hotelu przychodzi Kasja ze swoim mężem Walterem i synem Hermanem. Ona jest abuela (po hiszpańsku babcia, oznacza starszą w plemieniu), on abuelo. Są z ludu Huitoto. Od pokoleń zajmują się medycyną naturalną, ayahuasca jest dla nich chlebem powszednim. Piją ją regularnie, od dziecka. Kasję poznałam rok temu, gdy na podobne spotkanie do hotelu przyszła ze swoją matką. Teraz jest z mężem i synem, opowiadają o ayahuasce. Walter tłumaczy, iż używają czterech rodzajów – boskiej lub niebiańskiej, na najwyższym poziomie, różańcowej – dla początkujących, żółtej, gdy chcą wypędzić choroby fizyczne i czarnej, aby odgonić złorzeczenia, czary i klątwy.

- Ayahuasca to nie jest szamanizm, ani żadne czary – zapewnia nas Walter. - To naturalny lek, stosowany od wieków. Pozwala wiele rzeczy uwolnić. Ale na ceremonię trzeba iść z zaufaniem, a przede wszystkim z istotną intencją. Wtedy adekwatna odpowiedź przyjdzie.
Ja się nie wybierałam, ale tłumacząc słowa Waltera, nagle doznaję olśnienia. Nagle wiem, co powstrzymuje mnie przed jej zażyciem. Znalazłam świetną wymówkę. Wszak jestem jedyna, która zna hiszpański, na wszelki wypadek muszę być „trzeźwa”. Dociera do mnie, co to oznacza. Jak zwykle, chce mieć wszystko pod kontrolą. Nie chcę niczego puścić, muszę móc w adekwatny sposób zareagować. W tym momencie nagle zmieniam zdanie. Idę. Pytam, kto jeszcze. Prawie wszystkie ręce podnoszą się w górę. Tylko trzy osoby rezygnują. Nie tylko ja podjęłam więc nagłą decyzję. Jacek, który jest lekarzem, sam jest zdziwiony swoją postawą.
- Miałem nie iść – mówi. - Ale przekonały mnie słowa Waltera. Może trzeba się spotkać z tymi innymi bytami? Wyjść poza swój schemat?

Kierunek Brazylia
Ale do ceremonii jest sporo czasu. Na razie płyniemy rzeką do dżungli do Brazylii. Ayahuasca będzie po powrocie do Leticii. Nie ma co jednak ukrywać, iż temat ayahuaski ciągle powraca. Jesteśmy podekscytowani, trochę się boimy, jesteśmy ciekawi, jak to będzie. Mikael, sternik naszej motorówki, był u Waltera pięć razy. Opowiada mi o swoich doświadczeniach. O tym, jak zobaczył, z kim zdradziła go narzeczona i o tym, jak widział cała swoją przyszłość.

- Widziałem góry, flagę Kolumbii, mundur policjanta – opowiada. - A potem kobietę z małą dziewczynką. Wszystko się sprawdziło. Skończyłem szkołę policyjną w Bogocie, ożeniłem się, mam córeczkę. Z policji po kilku latach odszedłem. Pierwszy raz na ayahuascę zabrała mnie mama. Miałem 18 lat, braliśmy oboje. Byłem w poważnym dołku, bo odeszła moja dziewczyna. Ale ceremonia mi pomogła.
Opowieści Mikaela sprawiają, iż moja ciekawość coraz bardziej rośnie. Wracamy z Brazylii choćby dzień wcześniej, żeby móc się przygotować do ceremonii. W drodze powrotnej do Leticii adekwatnie dominuje tylko jeden temat – jest nim oczywiście ayahuasca.
W błocie do maloki
Zanim jednak wyjdziemy na ceremonię, w naszym hotelu zjawia się Diego. Zaprosił go Edwin, nasz miejscowy przewodnik. Diego jest ratownikiem medycznym i ma nam towarzyszyć w ceremonii. Co prawda, sam ma zażywać ayahuascę, ale na wszelki wypadek będzie. Opowiada barwnie o swoich doświadczeniach. O potrzebie jasnej intencji, ale też poddaniu się temu, co do nas przyjdzie. O tym, iż odpowiedzi na pytania nie muszą do nas przychodzić wprost, iż będą raczej symboliczne. O tym, iż jest to nieporównywalne do niczego przeżycie. Padają jeszcze pytania dotyczące kwestii zdrowotnych. Diego zapewnia nas, iż jesteśmy bezpieczni. Co nas czeka? Mogą być ostre wymioty, czasami biegunka, na początku. Dlatego mamy się przygotować. W plecakach mamy ciuchy na zmianę, my z Krysią choćby na dwie zmiany. Do tego mokre chusteczki, mugga na komary. Krystyna zdejmuje szkła kontaktowe, uznajemy, iż nie wiadomo, co jej do głowy w ayahuascowym widzie przyjdzie. Okulary będą bezpieczniejsze.

Nazwa naszej ayahuaski – różańcowa, bardzo mnie ekscytuje od początku. Czy ma to związek z religią katolicką? Wszak w krajach podbitych przez Hiszpanów synkretyzm ma się dobrze. Wierzenia się pomieszały, Kościół był tu na tyle sprytny, iż zezwalała na rdzenne wtręty. Miejscowym było dzięki temu łatwiej przyjąć odgórnie narzuconą religię. Okazuje się, iż nazwa ayahuaski pochodzi od rośliny, której używa się na wywar. Na jej gałęziach tworzą się co jakiś czas kule, co sprawia, iż z wyglądu przypomina różaniec. Kiedy brniemy z Walterem przez dżunglę w stronę maloki, pokazuje nam tę roślinę.
- Herman dwa dni gotował dla was wywar – mówi. - Jesteśmy ze wszystkim gotowi.
Docieramy mokrzy, bo w tym klimacie człowiek natychmiast się poci. Siadamy przed maloką na drewnianych ławkach, z ulgą ściągamy z mokrych pleców plecaki. Idziemy się przebrać w krótkie spodnie i klapki, żeby było wygodniej. W końcu jest nas ośmioro. Jedna osoba zrezygnowała, bała się potencjalnych skutków.

Edwin ma nam powiedzieć, jakie obowiązują zasady. Słuchamy go w skupieniu. Prosi, by uważać przy paleniu papierosów, bo większość nas pali, a dach maloki jest z suchych palmowych liści. Miejscowi pokazują, jak mamy wymiotować. Nie kucać, bo można upaść, tylko schylić się, obejmując drzewo. Mamy też mieć przy sobie non stop latarki, bo za chwilę zapadnie tu całkowita ciemność. I najważniejsza rzecz.
- Dla rdzennych to święty rytuał, dlatego proszę, by z niego nie żartować i się nie śmiać – przestrzega nas Edwin. W milczeniu akceptujemy warunki. Poziom naszej ekscytacji, ciekawości i jednak stresu, urasta do zenitu.

Musicie siedzieć oddzielnie
Zanim wejdziemy do maloki, jemy jeszcze lekki posiłek. To zupa z banana i jajka, jak dla mnie niezbyt smaczna. Ale jest lekko glutowata, co pewnie ułatwia sprawę wymiotów, zmuszam się więc do przełknięcia kilku łyżek. W maloce siadamy na rozłożonych na podłodze materacach. Kobiety po jednej stronie – od północy, mężczyźni od południa. Mamy zachować odpowiednią odległość. Chodzi o to, by nasze energie się nie przenikały, bo możemy od współtowarzysza przejąć na przykład coś złego. Nie wolno nam się kłaść, ani zasypiać. Nie można palić papierosów. Zanim zaczniemy ceremonię, Walter wzywa do siebie kilka osób.

Bardzo mu imponuje, iż w jego progi zawitał prawdziwy lekarz i życzy sobie zdjęcie z Jackiem. Tłumaczę to co mówi, ale z coraz większym trudem. Walter co chwila sięga po mambę, żuje ją w ogromnych ilościach, co sprawia, iż mówi dosyć niewyraźnie. Mambe to nierafinowany, nieskoncentrowany proszek wytwarzany z prażonych liści koki i popiołu różnych innych roślin. Jest tradycyjnie przygotowywany i spożywany przez rdzenne plemiona w północno-zachodniej Amazonii.

Od wieków tu wierzono, iż mambe ma adekwatności lecznicze, energetyzujące i poprawiające koncentrację, pomaga umysłowi i ciału. A koka rośnie tu w każdym zakątku. Edwin też ma usta pełne mambe, proszę więc Dar, naszą przewodniczkę, by tłumaczyła momentami z hiszpańskiego na hiszpański. Do ceremonii podchodzimy bardzo serio. Konrad na rozmowę z Walterem stawia się wręcz na klęczkach. Ten kładzie mu ręce na głowę, mówi coś w swoim języku. Napięcie rośnie, czekamy już tylko momentu, kiedy wreszcie spróbujemy psychodelicznego trunku.

Teraz się zacznie
Herman przynosi ayahuascę w dużej butelce po coca-coli. Walter każe zdjąć papierową naklejkę, bo nie przystoi, aby święty napój opatrywała amerykańska etykieta. Kasja ubrana jest cała na biało, my też dostajemy białe czapeczki, jako symbol czystych intencji. Walter odmawia ojcze nasz, prosi o błogosławieństwo dla rodziny i nas wszystkich. Telefony mają zostać wyłączone, koniec filmowania, koniec zdjęć. Nie wiadomo wszak, jak kto zareaguje. W maloce jest ciemno, pali się tylko jedna świeca.

Zaczynamy spożywać ayahuascę, a Walter zapowiada, iż skoro to nasz pierwszy raz, to nie chce nam serwować zbyt dużych porcji. I tak wypicie napoju sprawia mi trudność. Jest obrzydliwy – gorzki, cuchnący, ma zapach ziemi i błota. Z trudem wychylam czarkę. Zamieniam się w oczekiwanie, staram się skupić na tym, co do mnie przyjdzie. W rzeczy samej jest mi niedobrze, ale to wynik okropnego smaku. Robię się też trochę senna. Na materacach w pozycji siedzącej bez podparcia jest nam niewygodnie. Dlatego kobiety przesiadają się na krzesła. W milczeniu czekamy na rozwój wypadków. Jest cisza, jak makiem zasiał. Słychać tylko śpiew Kasji, szelest liści robiących za grzechotkę, a potem śpiew Waltera. Siedzimy w całkowitym milczeniu. Walter coś mówi, ale nie chce mi się tłumaczyć. Mam wrażenie, iż mam zasznurowane usta. Ale nie dzieje się nic więcej. Po chyba godzinie siedzenia i czekania, zaczynamy się nerwowo poruszać i mówić do siebie. Nikt na razie ani nie wymiotuje, ani nie ma żadnych wizji.

Chyba jednak odleciałam
Walter częstuje nas drugą rundką. Stwierdza, iż chyba dostaliśmy za małą dawkę. Wypijamy drugą porcję. Jest równie obrzydliwa, jak ta pierwsza. Zamieniamy się w dalsze oczekiwanie. Wymiotuje wyłącznie Diego, który co jakiś czas wychodzi z maloki.

W naszej grupie spokój. Nikt nie wychodzi, nikt nic nie robi. Jedynie Krysia nagle wstaje i stwierdza, iż ktoś ukradł jej latarkę. Bierze inną, zapala światło i zaczyna przeszukiwać malokę. Wiemy, iż latarka jest jej potrzebna, ale jej zachowanie nie jest do końca zwyczajne. Okazuje się, iż latarkę wziął syn Waltera. Krysia wraca na miejsce, na nowo gaśnie światło. Zatapiamy się w oczekiwaniu, ale przez cały czas nic się nie dzieje. Mnie jednak dopada nagła jasność umysłu i widzę cały surrealizm sytuacji. Miejsce, w którym jesteśmy, nasze przygotowania, plecaki spakowane na każdą okoliczność, nasze nerwy i oczekiwania. Dostaję napadu śmiechu. Nie mogę się pohamować. Im bardziej grupa prosi o spokój, tym bardziej ja się śmieję. Za chwilę też dołącza do mnie Krysia. Okazuje się, iż wszyscy jesteśmy trzeźwi. Nikt niczego nie czuje, nikomu nie zbiera się na oczyszczające wymioty. Czar pryska. Walter i Kasja są wyraźnie skonsternowani. Zapalamy latarki, palacze sięgają po papierosy. Walter proponuje kolejną dawkę, ale nikt z nas już jej nie przełknie. Perspektywa zostania tu do rana jest dla mnie wręcz nieznośna. Dochodzi północ, chcę wrócić do hotelu, do czystego łóżka. Grupa jest pod tym względem jednomyślna.
Wielki powrót z odlotu
Jak zwykle, gdy trzeba działać, natychmiast wracam na pełne obroty. Dar ma załatwić kierowcę, Edwin eskortę przez dżunglę. Nie ma mowy, żebyśmy szli w nocy bez miejscowych i choć nasz przewodnik odwodzi mnie od tego pomysłu, jestem nieugięta. Synowie Waltera i Diego nas odprowadzą, Dar udaje się obudzić kierowcę. gwałtownie wkładam mokre spodnie i mokre skarpety, wzuwam kalosze. Jesteśmy w kilka minut gotowi do wyjścia. I tylko Jacek na odchodnym wymiotuje pod drzewem, ratując honor grupy. Ale i jemu nic nie jest, zwyczajnie żołądek odmówił posłuszeństwa.

Idę przodem z Hermanem. Z nami jego malutka suczka Sasza. Chłopak opowiada o swoim życiu w dżungli, o tym, iż sam postawił sobie chatkę, korzystając wyłącznie z materiałów z lasu. A Sasza to jego jedyna przyjaciółka, którą kocha nad życie. On sam w dżungli nie potrzebuje latarki, chodzi po niej bez światła od czternastego roku życia. Herman przeprasza mnie za ayahuascę. Uważa, iż może jesteśmy już za starzy na pierwszy raz, albo mamy za silną psychikę i dlatego nie dopuszczamy niczego do świadomości. W końcu dochodzimy do drogi, widać światła busa.

Zdejmuję z nóg kalosze, zakładam klapki. Oddaję gumowce Hermanowi, bo już nie będą mi potrzebne, kończymy przygodę z dżunglą. Oczy aż mu się błyszczą.
- Dziękuję, będę o nie dbał – mówi. I pyta, czy jestem zła, za to, iż nie wyszło. Mówię, zgodnie z prawdą, iż nie jestem. Ja swoją ayahuascę przeszłam. Wypiłam coś, co mogło różnie zadziałać, zgodziłam się na oddanie kontroli, nie wiedząc, jakie mogą być konsekwencje.
W busie śmiejemy się do rozpuku. I ten radosny śmiech z naszej przygody będzie nam towarzyszył do końca naszej wyprawy. Czy gdziekolwiek na świecie można znaleźć lepsze lekarstwo?

2 godzin temu