Przez cztery lata małżeństwa wierzyłam, iż wyszliśmy za siebie z wielkiej miłości. Myliłam się… Opowiem wam, jak to naprawdę było.
Z Piotrem byliśmy razem rok przed ślubem. Rok po weselu urodziłam mu syna — Michała. Od tego momentu cała opieka nad dzieckiem i domem spadła na mnie. I może nie byłoby to takie trudne, gdybyśmy mieszkali w mieszkaniu w centrum Gdańska. Ale nie — zamieszkaliśmy w domu pod Kartuzami.
Do pracy zawodowej i opieki nad synem doszły obowiązki domowe i praca w ogrodzie. Piotr traktował mnie coraz chłodniej. Był obojętny, leniwy i zamknięty w sobie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio usłyszałam od niego ciepłe słowo, nie wspominając o kwiatach. choćby na urodziny.
Z czasem zauważyłam, iż coraz więcej czasu spędza u sąsiadów, a dokładnie — przy żonie sąsiada. Ewa była młoda, zadbana i uśmiechnięta. A ja? Pracowałam od świtu do nocy — najpierw w urzędzie, potem w domu, a na koniec w ogrodzie. Nie miałam czasu w makijaż czy nową sukienkę.
Piotr nie pomagał mi w niczym. Ale u Ewy? Codziennie — to przyniósł drewno, to coś naprawił, to zagadał. Czułam, iż coś jest nie tak. W końcu nie wytrzymałam i powiedziałam mu wprost, co o tym myślę.
A on odpowiedział zimno:
— Posłuchaj, ożeniłem się z tobą, żebyś mnie obsługiwała. Nie zasługujesz na kwiaty ani prezenty. Twoim zadaniem jest dbać o mnie, dom i Michała. jeżeli ci się nie podoba — droga wolna.
Byłam w szoku. Przez lata starałam się być idealną żoną, a okazało się, iż jestem dla niego tylko służącą. Ale zamiast się załamać — wzięłam się w garść.
Spakowałam się, zabrałam Michała i wróciłam do rodziców pod Sopot. Złożyłam pozew o rozwód i odzyskałam dom. Piotr nie walczył — nie chciał płacić alimentów, więc odpuścił.
Dziś jestem zupełnie inną kobietą. Mam dobrą pracę w Gdyni, zarabiam dobrze i korzystam z życia. Dom sprzedałam, kupiłam dwa mieszkania — jedno dla siebie, drugie na wynajem. Mam wolność, spokój i nikt już nie traktuje mnie jak służącej.