Koreańska restauracja niedaleko Los Angeles nie była co prawda sceną zbrodni, ale właśnie tu pewnego parnego, jesiennego popołudnia spotkali się dwaj najwięksi przemytnicy zwierząt działający w Meksyku. Usiedli na tyłach lokalu, zamówili jedzenie, zaczęli rozmawiać o interesach. Jedną z najbardziej dochodowych form działalności w ich branży jest szmugiel pęcherzy pławnych totoaby, ryby zagrożonej wyginięciem. Połów totoaby w Zatoce Kalifornijskiej może doprowadzić do wymarcia jednego z tamtejszych gatunków morświna, a żółtawe pęcherze wyglądają jak płaty martwej skóry i wydają się wyjątkowo nieapetyczne, ale co z tego – ponoć robi się z nich świetną zupę i potrafią sprawić, iż twoja skóra będzie gładka i lśniąca. Tak przynajmniej powiada ludowa mądrość. W Chinach cena pęcherzy totoaby potrafi dojść do 50 tysięcy dolarów za kilogram, więc często służą one jako szczególnie okazały prezent lub łapówka. Niektórzy kolekcjonują je jak jajka Fabergé.
Przemytnicy, Harry i Tommy, byli Chińczykami (wszystkim osobom przedstawionym wyłącznie z imienia nadałem pseudonimy). Harry, wysoki i grubawy, cały czas siedział przy stole, nachylony nad miseczką z jedzeniem, Tommy natomiast co chwila odbierał telefon, wstawał i chodził po sali. Obaj byli przekonani, iż Billy, który zaprosił ich na obiad, to zaufany przyjaciel. Znali go przecież od wielu lat, sądzili, iż jest biznesmenem z Hongkongu, który chce wykorzystać ich kanały przerzutowe. Mylili się: Billy pracował dla organizacji pozarządowej Earth League International (ELI) i po kryjomu nagrywał ich rozmowę na swoim iPhonie. ELI stara się zatrzymać globalny handel rogami nosorożców, kością słoniową, płetwami rekina, jaszczurkami, żółwiami madagaskarskimi, motylami królowej Aleksandry i przeszło 7 tysiącami innych gatunków. Nie próbuje łapać kłusowników – zamiast tego inwigiluje międzynarodowe sieci przemytnicze, których obroty mogą wynosić ponad 100 miliardów dolarów rocznie.

Aktualności „Pisma”
W każdy piątek polecimy Ci jeden tekst, który warto przeczytać w weekend.
Przy stoliku po drugiej stronie sali siedzieli Andrea Crosta, założyciel ELI, i Mark Davis, kierownik organizacji do spraw wywiadowczych. Obaj uważnie obserwowali sytuację. Billy wyszedł na papierosa. – W takich chwilach zawsze myślę sobie: „Warto zostawić telefon na stoliku, bo jest szansa, iż nagrasz coś cennego” – skomentował Crosta. Kiedy jednak zerknął na Harry’ego i Tommy’ego, tylko się roześmiał: dwaj przemytnicy nie rozmawiali ze sobą, zamiast tego w milczeniu pochłaniali bulgogi [danie z cienko krojonej wołowiny – przyp. red.]. – Nic nie czuję wobec tych ludzi – opowiadał później Crosta. – Ich biznesem jest śmierć, co oczywiście mi się nie podoba, ale nie ma sensu tracić energii na nienawiść.
Crosta, czterdziestoczteroletni Włoch o smutnawych błękitnych oczach, mieszka w kawalerce w Marina del Rey [w Kalifornii – przyp. red.] razem z Argosem, psem ze schroniska. Jak wielu miłośników zwierząt często czuje rozczarowanie gatunkiemHomo sapiens. – Andrea to jeden z moich ulubionych ludzi – powiedziała mi Jane Goodall. – Ma tyle pasji i odwagi, robi bardzo niebezpieczne rzeczy. Kocha psy. I nigdy, przenigdy się nie podda. – Czasami Crosta jest tak pochłonięty planowaniem następnej operacji, iż przez cały dzień nie ma czasu, żeby coś zjeść, i wieczorem przyłapuje się na tym, iż tęsknym wzrokiem wpatruje się w karmę w misce Argosa.
Roczny budżet ELI to zaledwie 350 tysięcy dolarów, ale organizacja doprowadziła między innymi do zatrzymania członków boliwijskiego gangu handlującego kłami jaguarów, pomogła rządowi Meksyku w dochodzeniu przeciwko tak zwanemu kartelowi morskiemu, czyli przestępcom ze stanu Kalifornia Dolna przemycającym totoabę i strzykwy, a ponadto zainicjowała siedem śledztw prowadzonych w tej chwili przez amerykańską Agencję do spraw Rybołówstwa i Dzikiej Przyrody, Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Federalne Biuro Śledcze (FBI). Wszystkie te agencje traktują ELI jak zaufanego partnera. Chris Egner z Departamentu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, który ściśle współpracuje z ludźmi Crosty, powiedział mi: – Ich pomoc jest bezcenna. Mają dostęp do przemytników, o jakim my nie możemy choćby marzyć.
Po obiedzie Crosta i Davis pojechali do pobliskiego lokalu z bubble teai zaczekali na zewnątrz na Billy’ego. Billy ma chłopięcą urodę i zna się chyba na wszystkim. Włada angielskim, kantońskim, mandaryńskim i kilkoma chińskimi dialektami, potrafi dogadać się po hiszpańsku i francusku. Uczestniczył w tajnych operacjach na pięciu kontynentach. Jest mistrzem w udawaniu tępawego bogacza, a tępawi bogacze to idealni klienci. – Poszło świetnie! – zapewnił Crostę i Davisa. – Na początku byli trochę ostrożni. Pytali: „Kto jest twoim szefem?”. – Szefa odgrywa Larry, inny agent ELI, który jednak nie mógł wziąć udziału w spotkaniu. – Wyjaśniłem im, iż złapał covid.
– Pięknie! – mruknął z uznaniem Davis. – Jakby co, zawsze możesz im powiedzieć, iż umarł. – Davis przez trzydzieści lat pracował w FBI. W 2016 roku przeszedł na emeryturę; ma na koncie wiele tajnych operacji, jakieś dwieście razy udawał kogoś innego. Przeniknął do karteli narkotykowych Pabla Escobara i Joaquína Guzmána Loery (znanego jako El Chapo). Jest chudy, żylasty, ma białe wąsy, maleńką bródkę i przekłute uszy, bo w terenie często musiał nosić kolczyki. Przypomina starego surfera, który całe życie obijał się na plaży, ludzie uważają go więc za niegroźnego. To błąd. Za pracę w ELI nie pobiera wynagrodzenia.
Billy opowiedział, iż kiedy Harry i Tommy trochę się wyluzowali, opisali rozmaite biznesy swoich kumpli, w tym przerzut strzykw do San Diego i produkcję podrabianych torebek Gucci. Wyjaśnili też, jak szmuglują Chińczyków do Stanów Zjednoczonych przez Makau i Ekwador. – Używają podrabianych japońskich dokumentów, dzięki którym ludzie docierają do miasta Meksyk. Tam wystarczy łapówka dla straży granicznej i można polecieć do Tijuany – objaśniał Billy. – Następnie kartel przeprowadza ich górskim szlakiem do Stanów Zjednoczonych. – Tommy przyznał, iż podróż bywa niebezpieczna. – Czasami kartel zabierze ci całą kasę, zdarzają się szalone rzeczy, choć gwałty to rzadkość.
Crosta uznał, iż te szczegóły zainteresują Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego, dzięki czemu ELI zyska. Z punktu widzenia agencji rządowych przemyt zwierząt jest mniej istotny niż inna działalność prowadzona przez te same grupy przestępcze. Szmuglerzy ze Złotego Trójkąta [położonego na terenach Laosu, Mjanmy i Tajlandii jednego z najważniejszych centrów światowej produkcji narkotyków – przyp. red.] przerzucają do Chin pangoliny i niedźwiedzie, oprócz tego zaś zarabiają na opium i amfetaminie. Grupa, która sprowadza małpy z północnego Maroka do Europy, zajmuje się też haszyszem, handlem ludźmi i podróbkami. ELI stara się wykorzystywać współpracę z agencjami, żeby ugrać swoje. – Areszt za przemyt zwierząt nikogo nie odstrasza – tłumaczył mi w restauracji. – Trzeba oskarżyć szmuglerów o handel ludźmi i pranie brudnych pieniędzy. Wtedy pójdą do pierdla na dwadzieścia lat.
– Nie obchodzi mnie, czy skurwiele przerzucą się na przemyt kokainy – dodał Davis. – Zależy mi tylko na tym, żeby przestali niszczyć matkę Ziemię.
Większość ludzi sądzi, iż zasoby przyrody są odnawialne. Przemytnicy są innego zdania. Harry powiedział Billy’emu: „Przestałem robić w owocach morza. Nie ma w tym przyszłości, wszystko wyeksploatowano”. Davis się zaśmiał, a Crosta westchnął tylko: – No tak, oczywiście. – Zawsze reaguje w ten sposób, gdy dowiaduje się o niszczeniu ekosystemów przez chciwych ludzi. – Ciągle słyszę to samo – powiedział Billy. – Mówią, iż coraz trudniej o rogi nosorożców i płetwy rekina, więc chcą zdobyć ich jak najwięcej, żeby się wzbogacić, zanim nie będzie na czym.
Mroczna strona globalizacji
Temat przemytu zwierząt przebija się do mediów przede wszystkim w formie ciekawostek typu: na lotnisku w Amsterdamie zatrzymano pasażera, który ukrywał kolibry w majtkach. Prasa chętnie opisze też aresztowanych na lotnisku Kennedy’ego podróżnych z Gujany, w bagażu których znaleziono dziesiątki wałków do włosów, a w każdym z nich ziarnojadka. Społeczność imigrantów z Gujany mieszkająca w nowojorskiej dzielnicy Queens wykorzystuje ziarnojadki w konkursach śpiewu. Cena najbardziej utalentowanych ptaków potrafi przekroczyć 10 tysięcy dolarów.
Dziwaczność takich newsów sprawia, iż łatwo przeoczyć, co naprawdę się za nimi kryje. Mamy tu do czynienia z mroczną stroną globalizacji. Południowoamerykańskie motyle trafiają do Stanów Zjednoczonych przez Tajlandię. Meksykańskie kartele handlują tygrysiątkami. Zwierzęta wysyła się w długą drogę do klienta, który gotów jest zapłacić najwyższą cenę – nieważne, iż część z nich umrze. Nils Gilman, ekspert z zakresu globalizacji z Berggruen Institute, powiedział mi: – Różnica cen jest proporcjonalna do różnic w ocenach moralnych handlu zwierzętami, więc szanse na długotrwały wysoki zysk są bardzo duże. – Rogi nosorożca bywają droższe niż złoto, nic zatem dziwnego, iż południowoafrykańskie nosorożce są zabijane dzięki czeskich strzelb sprzedawanych kłusownikom z Mozambiku przez portugalskich handlarzy bronią. Następnie kurierzy wiozą rogi do Kataru albo Wietnamu. Czasami pakuje się je razem z kością słoniową w Maputo, Mombasie, Lagosie czy Luandzie i wysyła do Chin przez Malezję lub Hongkong.
Media społecznościowe bardzo ułatwiają funkcjonowanie tego rynku. Autorzy przeprowadzonego w 2020 roku badania znaleźli na Facebooku 473 strony i 281 grup wykorzystywanych przez handlarzy żywymi zwierzętami. Ich grypsera jest dość oczywista. „Kości wołowe” to tak naprawdę ciosy słoni, „T-shirt w paski” to skóra tygrysa. Gretchen Peters, szefowa Alliance to Counter Crime Online, organizacji, która przeprowadziła badanie, powiedziała mi: – Wystarczy, iż jakiś gatunek staje się modny, a jego populacja natychmiast gwałtownie się kurczy. Może to dotyczyć tarantuli, słoni lub gepardów.
Szacuje się, iż do 2050 roku zniknie choćby milion gatunków roślin i zwierząt. Aż 93 procent światowych łowisk ryb jest nadmiernie eksploatowanych. Ludzie stanowią w tej chwili 36 procent kręgowców żyjących na lądzie. Kolejne 59 procent to zwierzęta hodowlane. Dzikie zwierzęta – zaledwie 5 procent. Zagłada gatunków zaczyna się, gdy przez dziewiczy las zostaje poprowadzona szosa. Potem przychodzi masowa wycinka drzew, powstają kopalnie, plantacje palmy olejowej albo ogromne pastwiska dla krów. Pojawiają się też kłusownicy i przemytnicy. Kiedy w Kongu firma pozyskująca drewno zbudowała drogę przez las, okoliczne populacje dzikich zwierząt w ciągu zaledwie trzech tygodni skurczyły się o ponad 25 procent.
Szacuje się, iż do 2050 roku zniknie choćby milion gatunków roślin i zwierząt. Aż 93 procent światowych łowisk ryb jest nadmiernie eksploatowanych. Ludzie stanowią w tej chwili 36 procent kręgowców żyjących na lądzie. Kolejne 59 procent to zwierzęta hodowlane. Dzikie zwierzęta – zaledwie 5 procent.
Główną bronią w walce z przemytnikami zwierząt jest CITES, czyli Konwencja o międzynarodowym handlu dzikimi zwierzętami i roślinami gatunków zagrożonych wyginięciem z 1973 roku, podpisana przez niemal wszystkie kraje świata. Reguluje ona globalny obrót ponad 40 tysiącami gatunków, ale pod wieloma względami się nie sprawdza. Pierwotnie powstała po to, by ułatwić handel, a nie, by go zakazać. Dlatego na przykład nie wolno sprzedawać kości słoniowej – ale trofea łowieckie w postaci wypchanych głów słoni z ciosami są legalne. Celnicy korzystający z bazy danych CITES muszą najpierw przeprowadzić żmudną procedurę identyfikacji zwierzęcia, z którym mają do czynienia, po łacińskiej nazwie gatunku. Co najistotniejsze, nie istnieją żadne globalne mechanizmy egzekwowania zapisów konwencji. Nie wiadomo też, co zrobić ze skonfiskowanymi zwierzętami – w rezultacie często poddaje się je eutanazji. John Scanlon, który w latach 2010–2018 piastował stanowisko sekretarza generalnego do spraw CITES, powiedział mi: – Jest oczywiste, iż konwencja handlowa sprzed pięćdziesięciu lat nie może służyć do walki z międzynarodową przestępczością zorganizowaną.
Przemyt ma globalne konsekwencje: śmierć gatunków negatywnie wpływa na sekwestrację dwutlenku węgla i zapylanie kwiatów, utrudnia kontrolowanie pożarów i powodzi, sprawia, iż pojawiają się nowe choroby odzwierzęce, takie jak ptasia grypa albo AIDS, mimo to przez cały czas brakuje woli politycznej, żeby przygotować narzędzie, które zastąpi CITES. – Rządy nie traktują poważnie niczego, co ma związek z dziką przyrodą – stwierdziła Mary Rice, kierowniczka brytyjskiego oddziału Environmental Investigation Agency. – Politykom ten temat kojarzy się jedynie z milusimi zwierzątkami. Nikt nie zauważa, iż mówimy tu o zorganizowanej działalności przestępczej, o korupcji, czasami choćby o morderstwach. – Co roku na walkę z przemytem narkotyków ludzkość wydaje 100 miliardów dolarów. Na walkę z przemytem zwierząt idzie niecały miliard. Żeby zgromadzić dowody przeciwko ludziom handlującym narkotykami, stosuje się podsłuchy i werbuje się informatorów. W przypadku przemytu zwierząt praktycznie nikt nie wykorzystuje takich środków. Wysokiej rangi urzędnik Organizacji Narodów Zjednoczonych (ONZ) odpowiedzialny za kwestię przestępstw przeciwko środowisku naturalnemu opowiadał mi o jednym z państw skandynawskich: – Funkcjonariuszy zajmujących się przemytem zwierząt nazywano tam Drużyną Węża. Było ich dwóch, obaj przed emeryturą. Przydzielono im pokój na zapleczu.
Przeczytaj też:Czego potrzeba dzikiej przyrodzie?
W roli globalnego policjanta często obsadzane są Stany Zjednoczone. Ustawa Laceya [przyjęta w 1900 roku, zabraniająca handlu zwierzętami i roślinami z nielegalnego źródła – przyp. red.] oraz inne przepisy federalne przyznają agencjom rządowym dużą jurysdykcję. Wystarczy, iż płatność za nielegalną transakcję dzikimi zwierzętami przejdzie przez amerykański serwer, a służby mogą wkraczać do akcji. Roczny budżet Departamentu Bezpieczeństwa Wewnętrznego to 950 miliardów dolarów, ale do Wydziału do spraw Przestępstw Przeciwko Zwierzętom i Środowisku trafia zaledwie siedem i pół miliona. Agencja do spraw Rybołówstwa i Dzikiej Przyrody dysponuje 94 milionami, nie wystarcza to jednak, żeby jakkolwiek utrudnić życie przemytnikom. Spędziłem cały dzień na lotnisku Kennedy’ego, obserwując pracę inspektorów urzędu. Jeden z nich, Paul Chapelle, wyznał: – Jesteśmy przeciążeni. – Trzy osoby odpowiadały codziennie za przeanalizowanie 400 ton przesyłek, 4 tysięcy ton cargo i sprawdzenie ponad 100 tysięcy pasażerów.
Inspektorzy mają uniemożliwić nam zaspokojenie głęboko zakorzenionych pragnień. Dzikie zwierzęta wydają nam się piękne i egzotyczne, czasem uważamy je za przysmaki. Nic dziwnego, iż wykorzystuje się je na całym świecie. Są przerabiane na leki i tradycyjne preparaty, bada się je w laboratoriach, służą jako rekwizyty do selfie, niektórzy chcą je trzymać w domach, inni – produkować ubrania z ich futer lub skór, polować na nie dla sportu. Motywacją do zakupu dzikiego zwierzęcia bywa choćby dziecięcy zachwyt: popularność powieści o Harrym Potterze spowodowała gwałtowny wzrost handlu sowami. Za wszystkim tym kryje się pożądanie rozbudzane przez zdumiewającą dziwaczność i niezwykłość dzikich zwierząt. Projektujemy na nie cechy, które sami straciliśmy, a które pragniemy odzyskać lub na zawsze zniszczyć.
Skąd wziąć fundusze na ratowanie zwierząt
Woda w basenieinfinitylśniła, odbijając promienie zachodzącego październikowego słońca. Trwała właśnie impreza fundraisingowa na rzecz ELI zorganizowana przez Jima Demetriadesa, przedsiębiorcę i obrońcę środowiska. Wszystko odbywało się w Beverly Hills w jego willi w stylu toskańskim, noszącej łacińsko-grecką nazwę Villa Theos, co można przetłumaczyć jako „wiejska posiadłość Boga”. Po trawniku kręciło się osiemdziesięciu nienagannie ubranych gości, między innymi reżyser filmowy Oliver Stone i aktorka Rebecca De Mornay. Crosta liczył, iż tego wieczoru uda mu się zebrać wymarzoną kwotę w wysokości pół miliona dolarów.
Najpierw jednak musiał uniknąć rozmaitych pułapek. Demetriadesowie i ich przyjaciele głosowali na republikanów, do tego lubili polować. Crosta dołożył niemałych starań, żeby dania serwowane na przyjęciu nie wywołały oburzenia zaproszonych wegan. Potem w swoim przemówieniu Demetriades wspomniał, iż jego córka zasiada w zarządzie ELI, choć kwestia ta nie została jeszcze rozstrzygnięta. Andrea Crosta postanowił trzymać język za zębami. Pomyślał tylko: „Może jeżeli przyjmiemy ją do zarządu, Jim da nam pieniądze”.
– Działania operacyjne i infiltracja sieci przemytników wcale nie są największym wyzwaniem. O wiele trudniejsze jest pozyskiwanie funduszy. Nienawidzę tego. Marnie mi to wychodzi – powiedział mi Crosta. Wielokrotnie bywał na galach i przyjęciach, patrzył, jak rozmaite organizacje zbierają miliony dolarów dzięki emocjonalnym apelom, ale wszystko to budzi jego niesmak. – Pewnego dnia zwróciłem się o pieniądze do znanego filantropa. Powiedział mi: „Wolałbym coś sympatyczniejszego, coś, w co będę mógł wciągnąć mojego syna. Na przykład chętnie adoptowałbym małe osierocone słoniątko”. W Los Angeles wszyscy mają obsesję na punkcie adoptowania słoniątek. Wyjaśniłem gościowi: „Dzięki naszej działalności mniej słoniątek będzie zostawało sierotami”. Nie dostałem kasy.
Przeczytaj też:Jachciarze – najbogatsi z bogatych
Adoptowanie uroczych zwierząt to jedna z głównych rzeczy, którymi organizacje pozarządowe zajmujące się ochroną przyrody kuszą darczyńców. Liczą, iż przy okazji pomogą innym, mniej popularnym stworzeniom. Rikkert Reijnen, doradca w International Fund for Animal Welfare (IFAW), tłumaczył: – Słoń potrzebuje dużo przestrzeni do życia. jeżeli mu ją zapewnimy, ochronimy też wiele innych zwierząt. Tak naprawdę najważniejszym zwierzęciem w tym ekosystemie jest termit. – Termity rozkładają martwe drewno i liście, sprawiają też, iż do gleby przedostaje się powietrze. Gdyby nie one, nie byłoby roślin stanowiących pożywienie dla słoni i innych zwierząt. – Problem w tym, iż skuteczna kampania nie może się kręcić wokół termitów.
Crosta wiedział, iż musi się płaszczyć przed darczyńcami, dlatego właśnie na przygotowanych przez niego posterach, porozstawianych w ogrodzie willi Demetriadesa, znalazło się zdjęcie słoniątka z matką. Poproszono go, żeby wygłosił przemówienie; wspominał czasy, gdy pracował jako konsultant do spraw bezpieczeństwa i niekiedy szkolił strażników parków narodowych. – Moja historia zaczęła się dwanaście lat temu w Kenii, w trakcie kryzysu kłusowniczego – opowiadał. – Traciliśmy wówczas choćby 50 tysięcy słoni rocznie. Jeździłem po parku ze strażnikami, pewnego dnia trafiliśmy na jedną z najokropniejszych scen, jakie kiedykolwiek widziałem: całe stado słoni rozstrzelane kałasznikowami przez kłusowników. Chodziło oczywiście o ciosy. Ocalał tylko mały słonik, któremu później nadaliśmy imię Zambezi. Dostał maczetą w grzbiet, prawdopodobnie próbował obronić swoją mamę. Pamiętam twarze strażników. – Rozłożył bezradnie ręce. – Dzień później udało się złapać dwóch kłusowników, którzy uczestniczyli w tej masakrze. Żyli w okropnej nędzy i brudzie. Dostawali parę dolarów za kilogram kości słoniowej, a tymczasem przemytnicy zgarniali tysiące dolarów.
Przechodził przez kolejne slajdy swojej prezentacji; goście Demetriadesa mogli zobaczyć Wietnamczyka zajmującego się przemytem rogów nosorożca, osierocone orangutany z Tajlandii, nielegalną wycinkę drzew w Gabonie. Crosta wyjaśniał metody działania ELI: – Zebraliśmy ekipę byłych agentów FBI i Centralnej Agencji Wywiadowczej (CIA) mających doświadczenie w tajnych operacjach. Dzięki temu przenikamy do najważniejszych grup zajmujących się przemytem …