Pobraliśmy się pół roku temu, a od tamtej chwili coś nie daje mi spokoju – podczas wesela w ogrodzie przyłapałem żonę i mojego najlepszego przyjaciela na kłótni obok toalet i od tego momentu nie mogę przestać się zastanawiać, co naprawdę wtedy zaszło

1 tydzień temu

Ożeniłem się sześć miesięcy temu i od tego czasu pewna sprawa nie daje mi spokoju.

Wesele zorganizowaliśmy w ogrodzie. Głośna muzyka, światła, tańczący ludzie. W pewnej chwili wyszedłem z głównej sali, bo potrzebowałem chwili oddechu. Z oddali zauważyłem mojego najlepszego przyjaciela i moją żonę, którzy stali na uboczu, tuż obok toalet. Nie rozmawiali zwyczajnie. Kłócili się.

Jej ruchy były nerwowe, gestykulowała bardzo energicznie. On miał zaciśniętą szczękę. Nie mogłem usłyszeć wszystkiego przez muzykę, ale widać było, iż między nimi atmosfera jest napięta.

Zbliżyłem się do nich powoli, licząc na to, iż nie zostanę od razu zauważony. Gdy byłem już wystarczająco blisko, usłyszałem wyraźnie, jak mój przyjaciel mówi do niej:
Nigdy więcej tego nie poruszaj.
Powiedział to twardo, chłodno.

W tej chwili oboje mnie zauważyli. Zapytałem, o co chodzi, o czym rozmawiali.

Zareagowali zaskoczeniem. Moja żona odezwała się pierwsza powiedziała, iż nic takiego się nie stało, iż to bzdury. Przyjaciel dodał, iż posprzeczali się przez jakąś głupią zabawę, zakład on coś zaproponował, ona nie chciała i tyle. Wytłumaczenie było szybkie, chaotyczne, bez żadnych konkretów.

Od razu zmienili temat i wrócili do sali, jakby nic się nie wydarzyło.

Resztę wieczoru starałem się pielęgnować weselną atmosferę. Tańczyliśmy, wznosiliśmy toasty, składaliśmy życzenia gościom. Ale za każdym razem, gdy widziałem ich razem, rozmawiali ze sobą mało, praktycznie nie patrzyli sobie w oczy. Przy mnie więcej już słowa ze sobą nie zamienili.

Tego wieczoru nie poruszyłem tematu.

Po ślubie życie toczyło się dalej. Zamieszkaliśmy razem z żoną. przez cały czas spotykam się z moim najlepszym przyjacielem i jego partnerką wspólne wyjścia, urodziny, normalne plany. Nikt już nigdy nie wracał do tamtego dnia. Nie ma dziwnych wiadomości, podejrzanych telefonów, niczego konkretnego, do czego mógłbym się przyczepić.

Tylko tamten moment.

Ale ta chwila nie daje mi spokoju. Konkretne słowa. Ton głosu. Ta nerwowość, z jaką zakończyli rozmowę. To, jak zareagowali, kiedy ich zobaczyłem.

Nie mam żadnych dowodów. Żadnych wiadomości, scen, zwierzeń. Tylko tamtą kłótnię w dniu mojego ślubu i to dziwne uczucie, iż przerwałem rozmowę, której nie powinienem był słyszeć.

Minęło pół roku, a przez cały czas to siedzi mi w głowie. Nikogo nie oskarżyłem.

I teraz zastanawiam się:

Co powinienem zrobić z takim podejrzeniem, kiedy nie mam żadnych konkretów tylko przeczucie, iż tamtego dnia wydarzyło się coś, o czym nie mam pojęcia?

Idź do oryginalnego materiału