Po Prostu Żyć: Sztuka Codzienności w Polskim Stylu

5 dni temu

Stałem przy ogromnym panoramicznym oknie mojego nowego mieszkania na dwudziestym drugim piętrze w Warszawie. W dole, jak rozgrzana lawa, płynęły światła wieczornych arterii. Każdy samochód lśnił jak koralik, każde światło sygnalizacyjne jak mały rubin lub szmaragd. Patrząc z tej wysokości, czułem się jak drapieżny ptak, w końcu odnajdujący swoją podporę.

Wszystko, o czym marzyłem, już było moje. W oddali dymiła komin fabryki, którą kiedyś uratowałem przed bankructwem. Moje nazwisko szanowano w kręgach biznesowych, a ludzie jednocześnie go bali i podziwiali. Mieszkanie, samochód, zegarek wart tyle, co nowy egzemplarz Mercedesa wszystko stało się rzeczywistością, o której myślałem, kiedy jeszcze w latach dziewięćdziesiątych zrywałem worki z warzywami na targu.

Życie wydawało się perfekcyjnym planem, schematem, w którym każdy ruch przynosił zysk. Jednak wieczorami coraz częściej podchodziłem do tego okna i nie czułem triumfu, ale ciszę ogromną, dzwoniącą, jak w opustoszałym kościele.

Mój służbowy telefon, drugi biznesowy używany wyłącznie do spraw zawodowych wibracją rozbrzmiał na szklanej półce. Spojrzałem na wyświetlacz. Nieznany numer. Chciałem odrzucić natrętni telemarketerzy już mnie mieli dość ale palec drgnął. Może nowy klient? Zawsze byłem dostępny.

Halo? odezwałem się zmęczonym, nieco korporacyjnym głosem.

Po drugiej stronie usłyszałem cichy, niepewny oddech, a potem kobiecy głos, którego nie słyszałem od ponad dwudziestu lat.

Jan? To ja to ja, Jadwiga. Twoja koleżanka ze studiów.

Oparłem czoło o chłodne szkło. Jadwiga chuda dziewczyna z warkoczami, z którą siedzieliśmy razem na wykładach z analizy matematycznej. Śmiała się z moich ambitnych planów i powtarzała, iż ważniejsze są korzenie niż wysokość. Wtedy tylko uśmiechałem się pobłażliwie. Korzenie? Kiedy trzeba wzbić się w niebo?

Jadwiga wymamrotałem. Co cię tu sprowadza?

Liczyłem się na prośbę o pieniądze, pomoc czy pracę tak zwykle kończyły się rozmowy z dawnymi znajomymi. Ale Jadwiga powiedziała coś zupełnie innego.

Dzwonię, bo przeglądałam rzeczy u mamy na wsi. Znalazłam twoje stare notatki i jedną książkę. Poniedziałek zaczyna się w sobotę Strugackich. Pamiętasz? Pożyczyłeś ją na pierwszej sesji i nigdy nie oddałeś. Znalazłam ją u siebie, ale nie oddałam. Przepraszam, nie miałam czasu.

Zamilkłem. Nie pamiętałem żadnego Poniedziałku. W pamięci krążyły wykresy, notowania, liczby z kontraktów. A jednak z najgłębszych zakamarków wyłoniło się wspomnienie ekscytacji i szaleństwa, które wywoływała ta książka o zwykłych czarodziejach. Kiedyś marzyłem, by być takim naukowcem, wynalazcą, twórcą.

Myślisz, iż chcesz ją mieć? drżał głos Jadwigi. Sprzedaję wioskę mamusi, więc wszystko rozbieram. Może pamięć ci jest droga?

Miałem powiedzieć, iż to nic, iż może wyrzucić, iż nie mam czasu w stary grat. Zamiast tego zapytałem:

Gdzie jest ta wioska?

W Starym Sączu, w pobliżu. Byłeś u nas kiedyś.

Przypomniałem sobie rzekę, zapach ogniska, Jadwigę w prostym, lnianym sukience. Byłem wtedy młody, biedny, szczęśliwy, dyskutujący o przyszłości ludzkości i marzący o zmianie świata. Kilku kolegów z uczelni przyjeżdżało tam na odpoczynek.

Dobrze powiedziałem nieoczekiwanie dla siebie. Daj adres. Przyjadę.

Jechałem swoim Land Cruiserem po wybojowych wiejskich drogach, mając wrażenie, iż nie przemieszczam się w przestrzeni, ale w czasie. Przypominało mi to zapach taniego wody kolońskiego i młodość.

Wioska wyglądała tak, jak ją pamiętałem, choć ogrodzenie było pochyłe, a połowa działki porastła trawą. Jadwiga wyszła na próg. Nie zmieniła się prawie nic brak makijażu, prosta sukienka, spojrzenie pełne głębokiej mądrości. Uśmiech taki sam jak dawniej.

Wejdź rzekła. Herbata już gotowa.

Usiedliśmy przy kuchni z widmią lat starego czajnika. Jadwiga opowiadała o życiu: pracuje jako księgowa w lokalnym zakładzie, mieszka blisko wioski, ma córkę i wnuka. Mąż zginął w wypadku samochodowym dawno temu. Żyje spokojnie, skromnie. Wieżowce i notowania giełdowe dla niej to jakby z innej planety.

Podniosła zużytą książkę w kartonowym oprawie. Otworzyłem ją kartki żółkną, na marginesach moje dawne, zapomniane rysunki. Czułem dziwny ukłucie w sercu, jakby ktoś dotknął struny, która milczała latami.

Dziękuję, iż zachowałaś mruknąłem.

A co robić? wzruszyła ramionami. Wszystko to bezsens i niepotrzebne, ale nie podniosę ręki, by wyrzucić. To chyba właśnie w tym cała istota.

Czy nie wydaje ci się, iż to wszystko na nic? zapytałem nagle, z nieznaną mi dotąd ostrością. Przepraszam, ale twoje życie ciche, niepozorne. Żadnych wielkich wydarzeń, żadnych rozgłosów. Czy nie żałujesz?

Jadwiga spojrzała na mnie spokojnie, nie z gniewem, ale z lekką melancholią.

Skala jest różna, Janie. Zobacz odprowadziła mnie do okna. Na podwórzu rosła stara rozłożysta jabłoń. To jabłoń zasadził mój dziadek. Tam wciąż stoi stary szop, który zbudował mój ojciec. Moja córka bawiła się lalkami pod jej gałęziami, a teraz tam biega wnuk. To dla mnie cały świat. Czy żałuję? Nie. Po prostu żyję i będę żyła.

Patrzyłem na jabłoń, na pochyłe szopy, na zwykły drewniany dom i nagle uderzyła mnie ostra myśl. Zbudowałem drapacze chmur, a nie miałem własnego drzewa, czegoś, co przechowywałoby ciepło moich rąk, wspomnienie dla przyszłych pokoleń. Osiągnąłem wszystkie szczyty, ale nie miałem korzeni.

Pożegnałem się. Miałem istotną kolację z inwestorami, wsiadłem do auta, położyłem na siedzeniu zużytą Strugackich i uruchomiłem silnik. Światła wieczornego miasta migotały przed nami, wzywając w górę. Już nie czułem się drapieżnym ptakiem, a raczej zagubionym wędrowcem, który nie tam szedł przez całe życie.

Nie pojechałem na kolację, odwołałem spotkanie coś, czego nigdy nie robiłem. Dojechałem do swojego wieżowca, wszedłem na dwudziesty drugi piętro, podszedłem do okna. Dół tętnił życiem, obcy, nieznany.

Wziąłem w ręce przywiezioną książkę, przejechałem palcami po szorstkiej okładce, otworzyłem losową stronę i przeczytałem: Szczęście dla wszystkich, darmo, i niech nikt nie odchodzi zraniony! Stałem tak aż do nocy, patrząc, jak gasną światła w bezdusznym mieście, i po raz pierwszy od lat chciałem nie wznieść się wyżej, ale znaleźć jedyne miejsce na ziemi, gdzie mógłbym posadzić drzewo moje własne.

Rano obudziłem się, czując, iż coś we mnie pękło na dobre. Spojrzałem wokół swojego sterylnego, białego mieszkania, pełnego minimalnego mebla i kilku drogich obrazów. To nie było dom, to przystanek między lotami. Piękna, ale bezduszna scenografia.

Podniosłem telefon, chwilę wahałem się nad przyciskiem sekretarki, po czym wybrałem inny numer.

Halo, Jadwiga? To znowu Jan. Zrobiłem przerwę, szukając słów. Czy nie masz nic przeciwko, żebym jeszcze na chwilę wpadł? Chcę coś zapytać.

W jej głosie zabrzmiało lekkie zdziwienie, ale zgodziła się.

Dwie godziny później mój Land Cruiser znów sunął po zakurzonej, wiejskiej drodze. Tym razem nie przyspieszałem, jechałem powoli, przysłuchując się znanym i zapomnianym krajobrazom.

Jadwiga czekała na tym samym ganku i znów uśmiechnęła się do mnie swoją cichą, niewymuszoną buźką.

Myślałam, iż już jesteś w mieście rzekła. Masz przecież sprawy.

Sprawy poczekają odparłem i, nie dając jej się namówić, dopytałem: Sprzedajesz wioskę. Za ile?

Podana kwota w złotówkach była dla mnie żartem, drobnostką.

Kupuję odpowiedziałem natychmiast. Ale z jednym warunkiem.

Jadwiga spojrzała na mnie z rosnącym zdumieniem.

Chcesz tu zamieszkać? zapytała.

Nie mogę być tu na stałe, ale chcę, by to miejsce żyło, miałe serce. Żeby mogła przyjść, kiedy zechcę, by posadzić drzewo. mówiłem niepewnie, potykając się o słowa. Jej oczy zdradzały mieszankę nieufności, zamieszania i nadziei.

Janie, czy ty w pełni władasz rozumem? wreszcie westchnęła. Po co ci ta ruiną?

Mam drapacze chmur zaśmiałem się gorzko. A takiego miejsca nie mam. Nie kupuję wioski, Jadwigo. Kupuję punkt wyjścia. Co odpowiesz?

Spojrzała na jabłoń, na ścieżkę wiodącą do rzeki.

Dobrze powiedziała cicho. Ale obiecaj, iż będziesz wracał, sadzić drzewo i pamiętać, dlaczego to robisz.

Uściskaliśmy się, bez prawników i papierów, po prostu ręka w rękę. Po raz pierwszy poczułem, iż zawieram najważniejszą umowę w życiu.

Wróciłem do miasta, do swojej szklanej wieży, prowadziłem rozmowy, podpisywałem kontrakty, zarabiałem miliony. Jednak wieczorami podchodziłem do okna nie po to, by poczuć wyższość, ale by wyobrazić sobie to miejsce poza miastem, pachnące jabłoniami i świeżo skoszoną trawą.

Czasem sięgałem po zużytą Poniedziałek i czytałem podkreślone tam fragmenty, kiedy młody chłopak wierzył, iż można uszczęśliwić wszystkich za darmo. Zaczynałem rozumieć, od czego adekwatnie zaczyna się prawdziwe szczęście.

Na początku przyjeżdżałem na wioskę jak na inwestycję notatki w drogim tablecie, listy rzeczy do naprawy, wymiany, budowy. Jadwiga nie przeszkadzała mi. Gotowała konfitury, pielęgnowała ogród, a od czasu do czasu, opierając się o framugę drzwi, patrzyła na tego spiętrzonego w eleganckich butach człowieka, którego brud wiejskiej ziemi powoli niszczył.

Pewnego deszczowego wieczoru, kiedy udało mi się wyrwać z biura, siedzieliśmy przy kuchennym stole, piliśmy herbatę z jej malinowym dżemem. Rozmowa nie układała się po mojej stronie tematy biznesowe wymalowały się, a ja zamykałem się w sobie.

Wtedy Jadwiga, nie patrząc na mnie, zapytała cicho:

Pamiętasz, jak na zajęciach u Stawińskiego dyskutowaliśmy o Szekspira? Ty twierdziłeś, iż Hamlet to nie tchórz, a genialny prokrastynator. Ja mówiłam, iż to po prostu nieszczęśliwy chłopiec.

Spojrzałem na nią, jakby po raz pierwszy dostrzegając nie księgową, a dziewczynę z płonącymi oczami.

Pamiętam chrapnąco odparłem. Wciąż uważam, iż miał rację.

A ja? uśmiechnęła się, a w jej oczach pojawiły się drobne zmarszczki rozświetlone światłem.

Uśmiechnąłem się do niej, naprawdę, po raz pierwszy od lat. To nie był uśmiech biznesowy, ale szczery.

Zaczynałem przyjeżdżać częściej, ale już nie z tabletem w ręku. Przynosiłem książki z miasta, stawiałem je na półkach, które sam kiedyś naprawiłem. Rozmawialiśmy o wszystkim o przeczytanym, o przeżytym, o tym, co kiedyś wydawało się ważne, a teraz ma inny sens.

Pewnego wieczoru zobaczyłem ją, jak czyta wnukowi Małego Księcia. Lampka nad stołem rzucała złote światło na jej twarz. Głos był cichy, kołyszący, pełen takiej delikatności, iż w mojej piersi zaciąSpojrzałem na Jadwigę i w tym krótkim spojrzeniu poczułem, iż w końcu odnalazłem dom, którego tak długo szukałem.

Idź do oryginalnego materiału