Nazywam się Robert Kaczmarek, mam czterdzieści dwa lata i od siedmiu lat pracuję jako opiekun w Domu Seniora "Pogodna Jesień" w Bydgoszczy. To ja przywiozłem tam psa. I to ja stałem w progu, kiedy stało się to, co teraz wszyscy w budynku nazywają "tamtym wtorkiem".
Zacznę od tego, iż nie lubię się przywiązywać do podopiecznych. Tak mnie uczono na szkoleniu, tak radziła mi przełożona, pani Danuta, kiedy zaczynałem: "Robert, jak się przywiążesz do każdego, to cię tu nie starczy na dwa lata". I rzeczywiście, przez pierwsze miesiące trzymałem dystans. Ale pan Zbyszek – dla mnie zawsze Zbyszek, mimo iż miał siedemdziesiąt osiem lat i po udarze mówił z trudem – jakoś się przebił.
Trafił do nas w maju, po tym jak upadł we własnej łazience w Fordonie i leżał tam dwanaście godzin, zanim znalazła go sąsiadka. Córka, Ewelina, mieszka w Gdańsku, pracuje w firmie logistycznej i do Bydgoszczy jeździ, kiedy się da – zwykle raz w miesiącu, czasem częściej. Za każdym razem przywoziła mu te same drożdżówki z cukierni na Gdańskiej, bo wiedziała, iż inne nie tknie. Siadała przy nim na godzinę, czasem dwie, i wychodziła z czerwonymi oczami, bo ojciec coraz mniej mówił.
Ja to widziałem inaczej niż ona. Ona widziała go raz w miesiącu i porównywała do tego sprzed udaru. Ja widziałem go codziennie i wiedziałem, iż coś w nim gasło powoli, dzień po dniu. Rano nie pytał już, kiedy wraca do domu na Kasztanową. Przestał pytać w lipcu. To był zły znak – u nas w branży wiadomo, iż jak ktoś przestaje pytać o powrót, to znaczy, iż się z czymś pogodził. A pogodzenie się w tym wieku bywa gorsze niż bunt.
Wiedziałem o psie od pierwszego dnia, bo w teczce z dokumentami było napisane: "właściciel psa, rasa – owczarek podhalański, imię Bruno, pozostawiony pod opieką córki ze względu na regulamin placówki". Regulamin faktycznie nie pozwala trzymać zwierząt na stałe – z powodów sanitarnych i alergii innych mieszkańców. Ale wizyty zwierząt domowych są dopuszczalne, jeżeli dyrekcja wyrazi zgodę i jeżeli pies ma aktualne szczepienia. O to właśnie poprosiła mnie Ewelina pod koniec sierpnia, kiedy przyjechała i zobaczyła ojca siedzącego przy oknie z pokoju 14, patrzącego na parking, jakby na kogoś czekał, choć sam by tego nie przyznał.
– Robert, on nie pyta o Bruna, bo się boi, iż jak zapyta, to usłyszy złą odpowiedź – powiedziała mi wtedy w korytarzu, ściskając w ręku telefon z otwartą aplikacją banku, bo akurat płaciła za miesiąc pobytu ojca. Cztery tysiące dwieście złotych – tyle kosztuje u nas miejsce z pełną opieką, powiedziała mi to bez ogródek, bo chyba potrzebowała komuś to powiedzieć na głos.
Załatwiłem zgodę u pani dyrektor, umówiliśmy termin na wtorek po południu, kiedy w placówce jest najspokojniej – większość mieszkańców śpi po obiedzie, korytarz pusty, tylko gdzieś telewizor mruczy w świetlicy. Ewelina przywiozła Bruna w transporterze, bo suczysko waży prawie trzydzieści kilo i w windzie by się nie zmieściło inaczej.
Otworzyłem drzwi do czternastki pierwszy, bo taka jest procedura – najpierw sprawdzam, czy podopieczny jest gotowy na odwiedziny. Zbyszek siedział tyłem, patrzył w okno na parking, gdzie akurat jakiś dostawca rozładowywał skrzynki z warzywami dla kuchni. Powiedziałem tylko: "Panie Zbyszku, ma pan gościa".
Nie zdążyłem dokończyć zdania, bo Bruno już się wyrywał z transportera, skomląc tak, iż aż mi się gardło ścisnęło. Puściłem smycz. Pies przebiegł te cztery metry po linoleum, pazury ślizgały się na podłodze, i wskoczył łapami na koc na kolanach Zbyszka.
Zbyszek odwrócił się od okna. Przez sekundę patrzył tak, jakby nie wierzył, iż to nie sen. Potem chwycił psa oburącz, przyciągnął do piersi, i wtedy usłyszałem dźwięk, którego nie słyszałem od maja – śmiech. Chrapliwy, urywany, bo mięśnie po udarze wciąż mu nie do końca wracały do normy, ale to był śmiech, prawdziwy.
Trzymał głowę Bruna w dłoniach i mówił coś, czego nie od razu zrozumiałem, bo po udarze zlewał sylaby, ale po chwili wyłowiłem: "Dobry pies, dobry, tęskniłem, ty głupku, tęskniłem". Ewelina stała w progu z ręką na ustach, a ja specjalnie zająłem się poprawianiem prześcieradła na sąsiednim łóżku, żeby nie patrzeć jej w twarz, kiedy popłynęły jej łzy.
To był wtorek. W czwartek Ewelina przyszła do gabinetu dyrektor z aktem notarialnym, który podpisała dzień wcześniej u notariusza przy placu Wolności. Zniosła darowiznę mieszkania na Kasztanowej, które i tak miało po ojcu przejść na nią – ale zamiast czekać, sprzedała je od razu za trzysta osiemdziesiąt tysięcy złotych, bo puste mieszkanie tylko generowało koszty, a ojciec i tak nigdy tam nie wróci, sam to w końcu przy mnie powiedział.
Z tych pieniędzy założyła dla niego rachunek powierniczy, z którego pokrywane są opłaty za pobyt na dziesięć lat z góry – dyrektor policzyła, iż starczy z zapasem choćby przy podwyżkach. A jedną klauzulę w umowie z placówką zmieniła osobiście, przynosząc mi wydrukowany aneks do podpisania przez kierownictwo: Bruno ma prawo przyjeżdżać co niedzielę, bez konieczności każdorazowej zgody, dopóki pies żyje.
W tę niedzielę, kiedy piszę te słowa, Bruno śpi zwinięty na kocu pod oknem czternastki, a Zbyszek trzyma rękę na jego grzbiecie, choćby kiedy śpi. Ja stoję w progu z termometrem w kieszeni fartucha, bo mam jeszcze dwa pokoje do obejścia, ale zwlekam chwilę dłużej niż muszę. Nie dlatego, iż ktoś każe. Po prostu lubię patrzeć, jak coś, co wydawało się skończone, jednak wraca.



