Pewnego dnia pani Zofia przygarnęła szczeniaka owczarka środkowoazjatyckiego. Psiak rósł jak na drożdżach i pilnował wszystkiego dookoła. Potrafił pochłonąć miskę jedzenia w mgnieniu oka, drapał się o płot tak mocno, iż ten się wyginał, a czasem próbował jednym szarpnięciem przewrócić swoją opiekunkę.

16 godzin temu

Pewna starsza pani, Pani Zofia Kowalska, postanowiła przygarnąć szczeniaka owczarka środkowoazjatyckiego, zwanego u nas często alabajem. Psina gwałtownie rosła i bez wytchnienia strzegła całego obejścia. Potrafiła w mgnieniu oka pochłonąć całą miskę jedzenia, a kiedy drapała się o płot, deski aż się wyginały. Bywało, iż jednym szarpnięciem chciała chwycić staruszkę, kiedy ta przechodziła obok. Tak już mają szczeniaki czasem muszą się czymś zająć.

Lecz los bywa przewrotny. Pani Zofia zmarła nie przez psa, po prostu zabrakło jej sił niedługo przed dziewięćdziesiątką. niedługo do jej domu na wsi pod Radomiem zjechali się dzieci i wnuki. Na podwórku przywiązany do łańcucha siedział pies. Z jego spojrzenia łatwo było wyczytać, iż cieszy się z tylu gości nie codziennie przecież dom napełnia się tyloma witaminami i różnorodnym jedzeniem.

Rodzina zaczęła się naradzać: co zrobić z psem? Uśpić szkoda, mieszkać z nim strach, wypuścić w świat nie po chrześcijańsku. Świat nie zasłużył na taki egzamin z odwagi. W końcu postanowili znaleźć mu dobre ręce. jeżeli będzie potrzeba dorzucić choćby kilka stówek złotych. Temu, kto zdecyduje się przygarnąć futrzastego ludożercę, niczego by nie żałowali.

Znalazł się pan Marian Nowicki, który od dawna marzył o tym, żeby karmić psa miskami i za uszami grabiami drapać. Jakie to ludzie mają tylko pomysły na szczęście! Rodzina zamówiła weterynarza.

Przedstawili mu plan działania: pies miał dostać zastrzyk z narkozy i gwałtownie być przewieziony do nowego domu. Trzeba było jeszcze nowego właściciela przeżegnać na drogę, świeczkę w kościele zapalić może za zdrowie, może za spokój duszy. Różnie bywa.

O umówionej porze weterynarz przyjechał pod dom z Radomia, w ręku trzymał specjalną strzelbę na środki usypiające. Wszyscy weterynarze muszą być bardzo odważni. Nabój ze środkiem nasennym załadowany, jeden strzał i pies w kilka sekund zapadł w sen. Odpięli go z łańcucha, położyli na brezent i zanieśli do samochodu.

Wsadzili psa do bagażnika, połączonego z kabiną samochodu. Na przednim siedzeniu rozsiadł się weterynarz w końcu to profesjonalista i powinien jechać wygodnie. Pan Marian siedział za kierownicą. Z tyłu cała rodzina pani Zofii. Rozmawiali, żartowali, aż tu nagle pies zaczyna się budzić.

Podniósł głowę i ciekawie rozgląda się dookoła. Wszędzie ludzie, patrzą na siebie nawzajem. Weterynarz oczy wielkie jak pięciozłotówki. Pan Marian tak samo nie zerknął ani razu na drogę, choć przecież prowadził samochód.

Ależ ciekawie się robi pomyślał pies.
Ciekawe, czy istnieje życie po życiu zastanawiali się ludzie.

Pies gwałtownie zaczął przeciskać się bliżej do ludzi nie tracił czasu. Pan Marian w popłochu łapał za klamkę, by wyskoczyć z samochodu (i tak już wcześniej miał gdzieś, czy jest za kierownicą). Pies obślinił wszystkich całą rodzinę pani Zofii, w końcu to nieobce twarze; nowego właściciela, bo czuł, iż będą ze sobą blisko, i choćby weterynarza choć ten do niego strzelał, to przecież też człowiek.

Wtedy właśnie wszyscy zrozumieli, iż bardzo się mylili, podejrzewając psa o groźne zamiary. Resztę drogi jechali kompletnie mokrzy z góry od psiego jęzora, z dołu bo aż w sercach się zrobiło miękko od tego wzruszenia.

Tak właśnie na mojej rodzinnej działce pod Radomiem przypomniałem sobie istotną prawdę nie oceniaj innych zbyt pochopnie. Często za maską strachu kryje się serdeczność i chęć przyjaźni. Warto czasem spojrzeć głębiej.

Idź do oryginalnego materiału