Pewna starsza pani zdecydowała się na szczeniaka owczarka środkowoazjatyckiego – piesek rósł jak na drożdżach i wszystkiego pilnował: potrafił pochłonąć miskę jedzenia w mgnieniu oka, drapał się o płot tak mocno, iż aż się wykrzywił, a raz niemal pociągnął babcię jednym szarpnięciem

17 godzin temu

Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć taką historię z życia mojej ciotki Janiny. Otóż jeszcze niedawno babcia Janina sprawiła sobie szczeniaka owczarka środkowoazjatyckiego. Psina rosła jak na drożdżach, wszystko pilnowała i karmiła się miską kaszy w kilka sekund. Drapała się o ogrodzenie na działce tak, iż aż przęsła się wyginały, a raz prawie przewróciła babcię, jak ta przechodziła z wiadrem wody do ogródka. Młodemu psu to jednak trzeba co jakiś czas dać się wyszaleć.

Potem jednak taka kolej rzeczy babcia niestety odeszła. Nie przez psa oczywiście, po prostu nie dożyła swoich dziewięćdziesięciu urodzin. I co się stało przyjechali dzieci i wnuki, żeby ogarnąć dom i podwórko. A tam? Na łańcuchu siedzi potężny pies. Patrzy na rodzinę tak bystro, iż od razu widać: to nie codzienność, iż nagle zjawiło się tyle różnych witamin i urozmaiconego jedzenia naraz.

No i zaczęło się co z nim zrobić? Uśpić? No serce nie pozwala… Zostawić, żeby biegał luzem? Trochę strach. Wypuścić na świat? No jakoś nie po chrześcijańsku, dać biednemu światu takie wyzwanie. Najlepiej oddać w dobre ręce, choćby dopłacić jak trzeba, żeby ktoś dobry zaopiekował się tym futrzanym monstrum.

W końcu znaleźli faceta Mirek miał zawsze marzenie, żeby doglądać potężnego psa, rzucać mu wielkie miśki jedzenia i czesać za uszami grabiami. Czego to ludzie nie mają w głowie!

Zaangażowali weterynarza, żeby profesjonalnie przeprowadzić operację przekazania psa. Weterynarz dostał misję uśpić psa na chwilę i przenieść do nowego domu. Wszyscy się modlili, żeby Mirek nie był ostatni na liście kontaktów i jeszcze zaliczył msze za zdrowie lub jeżeli się nie uda za spokój duszy. Jak życie pokaże

Przyjechał weterynarz z karabinkiem na środki usypiające. Oczywiście, w weterynarii to są sami twardziele. Naładował strzykawkę środkiem, pyk jeden strzał, pies wyleciał w objęcia Morfeusza. Odpięli go z łańcucha, przerzucili na płachtę i już ciągną do samochodu.

Psa wsadzili do bagażnika, który połączony był z kabiną. Z przodu zasiadł sam weterynarz wygodnie musi być, wiadomo, w końcu to fachowiec. Mirek nowy właściciel zabójczego szczeniaka prowadził samochód. Z tyłu zaś cała rodzina babci. Jadą, gadają, żartują A tu nagle pies zaczyna wracać do przytomności.

Podnosi głowę, patrzy na wszystkich dookoła, wszędzie ludzie. Siedzą, gapią się, nikt nie jest do końca spokojny.

Weterynarz robi wielkie oczy, Mirek też, choćby przez sekundę nie patrzył na drogę. Kompletne zero pilnowania kierownicy, bo przejął się, co się dzieje na tylnej kanapie.

Pies pomyślał sobie pewnie: No, ciekawie się zaczyna. Ludzie zaś: Ciekawe, czy będzie raj, czy od razu piekło.

I nasz owczarek zaczął się wyłazić z bagażnika na kolana do ludzi. Nikt nie zamierzał czekać, aż pies zrobi pierwszy ruch. Gdy Mirek próbował wyciągnąć klamkę, żeby wyskoczyć, bo jemu akurat zupełnie nie przeszkadzało, iż prowadzi auto, psisko po prostu wszystkich wycałowało od góry do dołu. Całą rodzinę po babci, bo w końcu przecież nie są mu obcy. Mirkowi się też dostało bo już prawie rodzina! Weterynarzowi o dziwo też mimo iż w niego strzelał. Pies niechęci nie chowa.

Wtedy wszyscy zrozumieli, iż z ludożercą to była gruba przesada. To zwykły pies tylko pełen energii i miłości. Całą drogę jechali przemoczeni od śliny, która spływała po buziakach psa i od emocji, jakie wzbudziło jego przebudzenie.

Tak właśnie wyglądają przygody na mojej ukochanej działce.

Idź do oryginalnego materiału