Pewna starsza pani z Polski przygarnęła szczeniaka owczarka środkowoazjatyckiego. Piesek rósł jak na drożdżach i pilnował całego obejścia – pożerał michę jedzenia w mgnieniu oka, drapał grzbiet o płot tak mocno, iż go wyginał, a choćby próbował jednym szarpnięciem przewrócić staruszkę.

polregion.pl 2 godzin temu

Dawno temu, w jednej z małych wsi niedaleko Lublina, pewna staruszka pani Genowefa postanowiła przygarnąć szczeniaka owczarka podhalańskiego. Piesek gwałtownie rósł, jak na drożdżach, i z dnia na dzień coraz bardziej pilnował obejścia. Zjadał miskę jedzenia w kilka mgnień oka, drapał grzbiet o stary drewniany płot tak mocno, iż deski zaczęły się wyginać, a kiedy pani Genowefa przechodziła nieopodal, raz choćby prawie dosięgnął ją łapą, bo i jemu czasem psoty do głowy przychodziły.

Ale niestety, życie pani Genowefy dobiegło kresu. Nie przez psa, broń Boże, po prostu nie dożyła dziewięćdziesiątki. I wtedy do rodzinnego domu zjechały się jej dzieci i wnuki. Zastały gospodarstwo, o które troszczyła się latami, a tam na łańcuchu siedział pies. Już po jego spojrzeniu było widać, iż gości to akurat tu dawno nie widziano. Ale cóż, nie codziennie takie tłumy zjeżdżają naraz, pełne witamin i rozmaitego jedzenia.

Zaczęli się zastanawiać, co z psem robić. Uśpić szkoda, żyć z nim strach, puścić w świat po chrześcijańsku tak nie wypada. Świat nie jest aż tak zły, by go na takie próby wystawiać. Postanowili więc oddać psa w dobre ręce, choćby dopłacić, jeżeli trzeba będzie. Dla osoby, która przygarnie takiego futrzastego potwora, niczego by nie żałowali.

Znaleźli pana Stefana, który od zawsze marzył, by karmić psa pełnymi miskami i drapać za uchem grabiami. Cóż, ludzie mają różne upodobania. Wezwali weterynarza.

Weterynarzowi, panu Andrzejowi, przedstawili cały plan działania. Ustalili, iż pies dostanie środek usypiający, a potem gwałtownie przewiozą go do nowego domu. Trzeba jeszcze zdążyć przeżegnać nowego właściciela, postawić świeczkę za zdrowie, a może na wszelki wypadek i za duszę nigdy nie wiadomo.

O umówionej porze pan Andrzej przyjechał z karabinem na strzykawki. Wszyscy weterynarze to ludzie o stalowych nerwach. Włożył do karabinu strzykawkę z narkozą i jednym strzałem posłał psa w objęcia Morfeusza. Odpięli go z łańcucha, położyli na brezentowej płachcie i zawlekli do auta.

Wpakowali psa do bagażnika, który był połączony z kabiną samochodu. Pan Andrzej zdecydował, iż usiądzie z przodu komfort należał się przecież specjaliście. Nowy właściciel, pan Stefan, zasiadł za kierownicą. Z tyłu rodzina pani Genowefy, rozgadana i przejęta, wspominała staruszkę. Nagle pies, jeszcze w drodze, zaczął dochodzić do siebie.

Uniósł głowę i z ciekawością zaczął przyglądać się ludziom. Wszędzie obcy a może i swoi siedzą, patrzą.

Pan Andrzej zrobił wielkie oczy, pan Stefan podobnie. choćby przez chwilę nie spojrzał na drogę, bo miał to już w głębokim poważaniu nieważne, iż prowadził samochód.

No to interesujące pomyślał pies.
Czy tam jest raj? zastanawiali się wszyscy w aucie.

Pies postanowił przybliżyć się do ludzi, przeszedł do kabiny, bliżej domowników, nie czekając na żadne pozwolenie. Pan Stefan próbował otworzyć drzwi i wyskoczyć, choć prowadził auto w tamtej chwili nie miało to dla niego żadnego znaczenia. Pies polizał wszystkich po kolei. I rodzinę babci Genowefy, bo przecież trochę rodzina. I nowego właściciela dusza pokrewna. I choćby pana Andrzeja, choć to on strzelał w niego z karabinu. Cóż, człowiek rzecz dziwna.

Wtedy wszyscy zrozumieli, jak bardzo się mylili, nazywając psa potworem. Całą dalszą drogę jechali mokrzy od stóp do głów. Z góry bo ślina z psich buzi ściekała im po twarzach. Z dołu bo na widok odzyskującego świadomość psa wszystkich ogarnęły emocje nie do opisania.

Tak oto moja ukochana i rodzinna działka została zapamiętana na zawsze, wraz z jej najbardziej nietuzinkowym mieszkańcem.

Idź do oryginalnego materiału