Pewna starsza pani z Polski przygarnęła szczeniaka owczarka środkowoazjatyckiego. Piesek gwałtownie rósł i pilnował domu. Pochłaniał miskę jedzenia w sekundę, drapał się o płot tak mocno, iż aż go wygiął, a raz prawie przewrócił swoją właścicielkę jednym szarpnięciem.

polregion.pl 16 godzin temu

Pewna starsza pani z podwarszawskiej wsi sprawiła sobie szczeniaka anatolijskiego owczarka. Piesek rósł jak na drożdżach, wszystko wokół pilnował i ochraniał, aż trzęsło całą ulicę. Wcinał miskę jedzenia w mgnieniu oka. Drapał się o płot tak zawzięcie, iż ten z czasem się przekrzywił. choćby zdarzyło się, iż jedną łapą nieomal przewrócił staruszkę, gdy przechodziła z zakupami. Młodemu psu zawsze trzeba wymyślić jakąś rozrywkę.

Ale potem staruszka umarła. Wcale nie przez psa. Po prostu nie doczekała dziewięćdziesiątki. Wtedy do jej starego domu zjechali się dzieci i wnuki z najdalszych rejonów Polski. A tam na łańcuchu siedzi pies. I choć nie szczeka, to wzrok ma taki, iż wiadomo goście są mile widziani. W końcu nie codziennie przyjeżdża tylu nowych ludzi, a z tym nowe smakołyki i całe morze witamin.

Zaczęli się zastanawiać: co zrobić z tym olbrzymem? Uśpić żal. Zostawić strach. Puścić wolno nie po katolicku, i świat nie zasłużył na taką próbę cierpliwości. Uznali więc, iż najlepiej oddać go w dobre ręce, a nawet, jakby co, dorzucą parę tysięcy złotych dla tego, kto przygarnie sierściuchapotwora. Dla człowieka, który zdecyduje się drapać go po uszach grabiami, nie żal byłoby niczego.

W końcu znaleźli faceta Janusz od zawsze marzył o takim psie, którym mógłby się chwalić przed sąsiadami i karmić go kotłem gulaszu. Różne ludzkie psychiki mają swoje pragnienia. Wezwali weterynarza.

Przedstawili mu plan: pies dostanie zastrzyk uspokajający i gwałtownie przeprowadzą go do nowego domu. Należało jeszcze pokropić nowego właściciela i zapalić świeczkę za zdrowie. Albo za spokój zależnie od rozwoju wydarzeń.

O wyznaczonej godzinie weterynarz zjawił się z karabinkiem. Wszyscy wiedzą, iż polscy weterynarze to najodważniejsi ludzie na świecie. Nabóstwił strzykawkę środkiem nasennym i jednym precyzyjnym strzałem przeniósł psa do królestwa Morfeusza. Odpięli łańcuch, położyli olbrzyma na brezent i zaczęli ciągnąć.

Załadowali psa do bagażnika, łączonego z tyłem samochodu. Weterynarz zasiadł z przodu w końcu to specjalista musi mieć wygodę. Nowy właściciel, Janusz, prowadził. Na tylnych siedzeniach cisnęła się babcina rodzina. Jechali, rozmawiali. Wtem pies zaczął się budzić.

Podniósł łeb i ciekawie spojrzał dokoła. Ludzie. Siedzą, patrzą na niego. Weterynarz miał oczy jak spodki. Nowy właściciel też. Ten choćby nie spojrzał na drogę w tej chwili nie obchodziło go, iż jest za kierownicą.

To dopiero przygoda pomyślał piesek.

Ciekawe, czy jest niebo…? rzucili się do myślenia ludzie.

Pies wspiął się do środka, by być bliżej ludzi a co się będzie długo zastanawiał! A Janusz próbował otworzyć drzwi i wyskoczyć, bo przecież już wcześniej miał wszystko gdzieś, choćby to, iż prowadzi. Pies zlizał wszystkich. Całą rodzinę babci. Bo przecież to nie są obcy. Nowego właściciela też. W sumie, już mu rodzina. choćby weterynarza, mimo iż do niego strzelał. Taki człowiek to tylko śmiech.

I tak rodzina przekonała się, iż z tym ludojadem to była przesada. Dojechali na swoje działki, mokrzy od stóp do głów. Od góry bo ślina psa po szerokich buziakach ściekała strumieniami. Od dołu bo serca aż kipiały z przejęcia, gdy pies odzyskiwał przytomność.

Moja ukochana polska działka i stary ogród…

Idź do oryginalnego materiału